O odkrywaniu smaków na nowo

Musli. Z definicji mieszanina płatków zbożowych, bakalii i orzechów oraz suszonych owoców, zazwyczaj spożywana z mlekiem i jogurtem, najczęściej jako forma śniadania. Samo musli świetnie się też podchrupuje jako formę przekąski (nie jest to może najzdrowszy nawyk, no ale jak tu się oprzeć ;)). Niestety kupne musli zazwyczaj zawierają nadmiar cukru. Pragnę zaznaczyć, że cukier sam w sobie nie jest szkodliwy, ale jego nadmiar już tak. Skądś przecież się wzięło przysłowie „co za dużo, to nie zdrowo”. Aby uniknąć tego zabójczego nadmiaru, trzeba albo bardzo uważnie czytać skład produktu i wybierać ten o jak najmniejszej zawartości białej słodyczy pod jakąkolwiek postacią (czytaj: syrop glukozowo – fruktozowy, fruktoza, cukier kukurydziany, etc.). Niestety, bardzo często taka „ujma” kosztuje. Może nie są to kokosy, ale wiadomo, że nikt nie chce przepłacać . Dlatego świetnym rozwiązaniem wydaje się być tworzenie mieszanki w domu.
Samodzielne mieszanie składników ma wiele zalet. Najprawdopodobniej wyjdzie to taniej niż kupowanie gotowego miksu, możemy też zdecydować czego będzie więcej – rodzynek czy orzechów? Sama próbowałam robić „mieszanki śniadaniowe”, jak ja to nazywam, ale smak nigdy mnie nie zadowalał. Płatki nigdy nie były tak kuszące jak te sklepowe odpowiedniki. Do teraz.

Magia patelni

Pewnego wieczoru wpadłam na genialny pomysł zrobienia własnego musli. W tym momencie nie widać jeszcze jego przełomowości, ale cierpliwości! Spojrzałam na zawartość kuchennych szafek. Poza suszonymi daktylami i rodzynkami z półek krzyczały do mnie płatki migdałów i pestki dyni oraz słonecznik. Stwierdziłam, że czemu nie. Jednak aby wydobyć pełnię ich smaku, postanowiłam je lekko uprażyć. Po czym stwierdziłam, że skoro i tak będę musiała to wszystko wymieszać, to mogę równie dobrze zrobić to na patelni (koniec końców i tak musiałam na dwa razy wszystko prażyć i mieszać w misce, ale było warto!). Tym oto sposobem, na suchej patelni wylądowały płatki, bakalie i pestki dyni. Jako, że jestem słodyczolubem, dodałam erytrolu (jest to zamiennik cukru i zasadniczo nie posiada kalorii). Znalazła się jeszcze zapomniana skórka pomarańczy. Wszystko na jednej patelni, wymieszane, ładnie pachnie….a smak niesamowity. Nie potrafię opisać, jak cudowna jest ta mieszanka. Chrupiąca, słodka, podbijająca kubki smakowe. Żyć nie umierać, w końcu udało mi się stworzyć idealny zamiennik sklepowego musli, który w dodatku nie bombarduje mnie nadmiarem cukru. Jedynym jego źródłem jest kandyzowana skórka pomarańczy, ale tej starałam się nie użyć za wiele. Oczywiście rodzynki i daktyle również zawierają cukier, ale jest to cukier naturalnie występujący, o który raczej nie należy się martwić, Gdy mowa o nadmiarze cukru, to ma się na myśli ten dosypywany do produktu. W swojej mieszance śniadaniowej takowego nie dodałam i wyszła świetna. A wszystko dzięki lenistwu i magii patelni.

Likes

Comments

Historia kołem się toczy, czyli jak to się zaczyna a nie ma końca

Stajesz przed lustrem. Patrzysz. Oceniasz. I masz ochotę płakać. Jak można było się tak zapuścić? Wszyscy dookoła są ładni, szczupli, mądrzy i wysportowani. A ty? Ty jesteś leniem nielubiącym imprez, którego marzeniem jest wieczór z serialem. W dodatku jeden rzut oka i to widać. Ale, ale! Nie jest za późno! Jeszcze może uda się coś zrobić z tak beznadziejnym przypadkiem jak ty. Zaczynasz ćwiczyć. Zdrowo jeść. Odmawiasz słodyczy, alkoholu, a zamiast siedzieć przed komputerem (chociaż o niczym innym nie marzysz) męczysz się z tymi wszystkimi trenerkami z youtuba. I jest super! Wszyscy zauważają, że schudłaś, że lepiej wyglądasz…tylko te ukradkowe spojrzenia na talerze innych, poczucie „wyższości”, bo ty nie jesz takiego świństwa, ty ćwiczysz, zdrowo się odżywiasz i sama sobie wmawiasz, że jest ci z tym cudownie. A w środku płacz i krzyk. Czemu nie mogli uważać cię za ładną, gdy miałaś te parę(naście) kilogramów więcej? I czemu, do jasnej cholery, zmusiłaś się do takiego życia, które wcale ci nie pasuje? Nie, nie masz ochoty na trening. Nienawidzisz ćwiczyć. Masz już dość tych babrów o pięknej nazwie owsianka. Nie smakuje ci sałata, którą do niedawna nazywałaś żarciem dla królika. Już masz dosyć wpieprzania dzień w dzień tego samego, byleby tylko się makro zgadzało i byleby nie przekroczyć limitu kalorii. Radość z kupienia ubrania dwa czy trzy rozmiary lepszego wyparowała. Masz ochotę na czekoladę, na ciasto, na pizzę. Na cokolwiek, co nie jest „fit”. W pewnym momencie dochodzisz do momentu, bardzo krótkiego, kiedy na coś sobie pozwolisz. Może to być Boże Narodzenie, mogą to być urodziny babci, albo zwykłe spotkanie ze znajomymi, gdy pozwolisz sobie na odrobinę więcej. A potem już tylko pozwalasz sobie na jeszcze. Na jeszcze jedno ciasteczko. Na jeszcze jeden dzień bez treningu. Nie ważne, że żołądek jest już pełny a mięśnie błagają o jakikolwiek ruch. Możesz sobie pozwolić na jeszcze.
Bardzo łatwo sobie takie „jeszcze” usprawiedliwić. Od jutra wracasz do treningów, zupełnie odcinasz cukier, no po prostu fit życie jak z obrazka (lub, jak wolicie, z Instagrama). Jednak w sumie to ten jeden dzień może jeszcze zlecieć z filozofią „jeszcze”. Doba w jedną stronę czy w drugą nie zrobi AŻ takiej różnicy.
Po kilku tygodniach, gdzie więcej było dni na „jeszcze” niż dni „fit”, okazuje się, że trochę przytyłaś. No dramatu nie ma, w te nowe spodnie jeszcze się mieścisz, a od jutra…chwila moment, czy to nie brzmi znajomo? Zanim się spostrzeżesz, wracasz do lustra. I do płaczu. Do tego dochodzi zgrzytanie zębami, bo przecież byłaś już tak blisko spełnienia marzeń o byciu piękną! Na nowo rozpoczyna się twoja walka. Dieta. Tym razem trochę inna, bo udowodniono, że te nasiona wspomagają spalanie tłuszczu, a to warzywo wspomaga metabolizm. Ćwiczenia. Zmieniasz yutuberkę, ta nowa jest lepsza. Restrykcje ponownie witają w twoim życiu. I ponownie dochodzisz do punktu, po przekroczeniu którego wkrada się do głowy motto „jeszcze”.

Jedzenie jak malowane, czyli najgorszy wróg psychiki

Trudno jest się nie porównywać do innych, zwłaszcza gdy wszystkie dziewczyny z twojego otoczenia wyglądają jak modelki Vouga, zdają się nie tylko być mądre, są również wysportowane, a co najgorsze, co drugi dzień widzisz je z batonikiem a mimo to są szczuplutkie! A ty od zawsze byłaś trochę większa. W dodatku w Internecie co chwilę wyskakuje artykuł o tym jak schudnąć, jakie to korzyści daje sport, jak ograniczyć kaloryczność posiłków, i tak dalej, i tak dalej. W końcu się przełamujesz i zaczynasz coś ze swoim życiem robić. Jednak wpadasz w najgorszą możliwą pułapkę: szukając inspiracji i przeglądając Instagrama, Pinteresta i inne platformy zaczynasz patrzeć na życie innych dziewcząt i obiecywać sobie, że też dojdziesz do takiego moment i będziesz miała takie właśnie życie. Chęć zmiany i wprowadzenia zdrowych nawyków żywieniowych nie jest zła. To co złe, to fakt, że patrzysz na zdjęcia tych ich owsianek, koktajli, fit obiadów i stwierdzasz, że od zaraz zaczynasz jeść tak jak te dziewczyny. Fajno. Pod warunkiem, że albo to ty gotujesz dla całej rodziny, albo cała rodzina gotuje dla ciebie. Ewentualnie macie kucharza, któremu nie przeszkadza gotowanie dziesięciu różnych potraw dziennie.
Gotowanie w stylu „fit” to super sprawa. Tylko że kuchenne berło nie zawsze należy do nas i jedyne, co możemy zrobić, to się dopasować. Oczywiście to dopasowanie nie musi być idealne, i na przykład możemy poprosić króla czy królową kuchni, żeby zamiast schaboszczaka zrobiono dla nas filet z piersi kurczaka. Albo możemy po prostu powiedzieć, że tego i tego nie zjemy a w zamian zrobimy sobie to i to. Niestety rezultat finalny zależy od naszego kuchennego władcy, bo będąc w wieku nastoletnim jesteśmy nadal zależni od naszych opiekunów, a jeśli w czasie studiów ciągle z nimi mieszkamy, to nasze opcje mimo wszystko pozostają ograniczone. Ponadto, gotowanie gotowaniem, a zakupy zakupami. Rady na brak czasu czy przepisy na tanie i zdrowe posiłki znajdą się wszędzie, ale zakupy ktoś zrobić musi i jeśli nie robisz tego samemu to trudno od innych wymagać, aby kupili kropka w kropkę to, co ty chcesz i aby NIE kupowali tego, co próbujesz wykluczyć ze swojej diety. Poza tym, bądźmy szczerzy, kto nie lubi pierogów, klusek na parze, czy naleśników na słodko? Knedle ze śliwkami to też nie do końca „fit” obiad. I uwierzcie, gdy już trzeci dzień pod rząd jesz razowy makaron z warzywami, bo akurat tylko to jest w przysłowiowej lodówce, to masz już serdecznie dość tych „zdrowych” posiłków.
Podsumowując tę część, Instagramowe żywienie to najgorsze co może być. Gdy nie jesteś osobą, która mieszka „na swoim” i jest niezależna finansowo, naprawdę trudno, aby w kuchennych szafkach były same zdrowe i „fit” produkty. Przekłada się to na życie w taki sposób, że nie codziennie jest możliwe jedzenie w Instagramowym stylu. Bo mama już zrobiła mielone. Bo nie masz czasu. Bo po całym dniu harówy najzwyczajniej w świecie ci się nie chce. Bo taki obiad jak ze zdjęcia produkuje cały stos garów do pozmywania.
Z drugiej strony, gdy mieszka się samotnie, to często nie odczuwa się potrzeby takiego „ładnego” gotowania. Skoro i tak je się samemu, to po co się starać? Odgrzana pizza wystarczy. A jeśli już sięgniemy po „fit” produkty, to obraz estetycznie podanego dania rozwiewa się niczym poranna mgła. W końcu najlepszą zaletą dań jednogarnkowych jest mała ilość naczyń do zmywania. Nie szkodzi, że w teorii powinniśmy użyć trzech garnków, jeden wystarczy.
Na sam koniec tego fragmentu pragnę wspomnieć, o tym, że próby takiego „malowniczego” gotowania, a następnie jedzenia, kończą się zazwyczaj fiaskiem. Bo próbujemy tak dzień w dzień ładnie jeść. Tak się nie da, bo takie jest życie. Czasem już ktoś nam ugotuje pierogi. Czasem odstrasza nas wizja sprzątania. Czasem szybszym wyjściem jest odgrzać zapiekanki. Ku nieszczęściu mojemu, nie jest łatwo wytłumaczy sobie, że życie to mimo wszystko nie dziwka, i nie da nam na zawołanie tego, co chcemy. Potem pojawiają się wyrzuty sumienia. A te bywają bardzo niebezpieczne. Ale o tym później.

Kłamstwo powtórzone 100 razy wcale nie staje się prawdą

Czyli o tym, co się dzieje, gdy miniesz magiczny punkt „jeszcze”, o którym wspomniałam wcześniej. No więc najpierw jest jeszcze okej. Przez pierwsze kilka godzin, pierwszy dzień, czasem dłużej. Jeszcze się kontrolujesz. Takie masz przynajmniej wrażenie. A potem się zaczyna – już nie dbasz o to czy ten kawałek tortu jeszcze mieszczący się w granicach przyzwoitości będzie ostatnim czy nie. Tego, co robisz, nie można nawet nazwać jedzeniem. Ty się najzwyczajniej w świecie obżerasz. I nadal wierzysz, że obędzie się bez konsekwencji. Bo skoro ćwiczyłaś to podniósł ci się metabolizm (prawda) to nic się nie stanie jak zjesz więcej (już nieprawda), bo w końcu zwiększył ci się metabolizm! Ale na takim racjonalizowaniu przejadania się mija jeden dzień, drugi, aż w końcu jesteś w stanie podniesionym metabolizmem czy kolejnym treningiem wytłumaczyć każde odstępstwo od jakiegokolwiek zbilansowanego odżywiania.
Na domiar złego, takie odstępstwa i racjonalizowanie po pierwsze: powodują wyrzuty sumienia, które próbujesz zabić jeszcze większą ilością jedzenia, po drugie: sprawiają, że zaczynasz myśleć, że skoro „spalisz to na treningu” to i tak możesz jeszcze trochę więcej zjeść. Gorzej, gdy (niezależnie od przyczyny) jednak nie idziesz poćwiczyć. Ale dalej wmawiasz sobie, że dobra, zmniejszyła się ilość treningów, ale za to jakie to są treningi! Więc jeszcze możesz sobie tego jednego wafelka zjeść. W sumie to możesz się najeść tych słodyczy na zapas, bo od jutra wracasz so super zdrowej, super „fit” diety. Tylko że tak się nie dzieje, ty dalej jesz cukru „na zapas”, treningów nie przybywa za to wracają kilogramy. Jeśli gdzieś po drodze chudnięcia pojawiły się jakieś problemy zdrowotne, to jeszcze sobie tłumaczysz, że skoro tak czujesz, taką masz ochotę to pewnie organizm potrzebuje żeby jakoś odreagować czy coś. Czy coś. Piękne sformułowanie, pod którym kryją się już pierwsze obawy, co do słuszności naszych przekonań. No, ale jeszcze nie jest tak źle, jeszcze nam wolno. Dobry trening wszystko wynagrodzi, więc ta czekoladka jeszcze nie pójdzie w biodra. Miesiąc i nową parę spodni później mówisz to samo. A że rozmiar większa jesteś, to tylko dlatego że kobiety krągłości mają.

Złoty środek, czyli tak zwane panaceum

Podziwiam ludzi, którzy potrafią wypośrodkować zdrowy styl życia z przyjemnym stylem życia. Choć momentami zastanawiam się, czy takie osoby nie oszukują samych siebie. Jasne, niektóre „zdrowe” zamienniki smakują tak samo, jeśli nie lepiej niż orzynały. Na ten przykład naleśniki z mąki gryczanej. Na słono smakują mi o wiele lepiej niż takie z czystej pszennej mąki. Na słodko są zaskakującym odkryciem – wytrawne ciasto podkreśla słodycz nadzienia. Niech mi ktoś jednak wytłumaczy, jak ciasta pokroju fasolowego ciasta czekoladowego mogą być bardziej lub równie smaczne, co oryginał? Przecież takie coś (przepraszam, ale po prostu nie mogę, no nie mogę!) bardziej zakalec niż ciasto przypomina!
Możliwe, że właśnie przez takie usilne wpychanie „fit” przepisów tam gdzie wstęp powinien im być wzbroniony, wykształciły się u mnie zaburzenia odżywiania. Kiedyś pieczenie sprawiało mi przyjemność, i chociaż byłam wtedy większa, to przynajmniej szczęśliwsza. Teraz tylko myślę sobie, ile kalorii ma ten kawałek tortu, albo zapycham się słodyczami, byleby tylko słodkiego smaku mieć „na zapas”.
Przykra prawda jest taka, że już dwa razy przechodziłam przez to samo. Właściwie to półtorej razu, bo cykl jeszcze się nie zamknął. Na szczęście. A jak takie błędne koło wygląda? Staję przed lustrem. Płaczę i postanawiam coś ze sobą zrobić. Zaczynam ćwiczyć i zdrowo się odżywiać. Choć nie do końca jest to zdrowe odżywianie, bo momentami zahacza to już o anoreksję. Nie fizyczną, bo waga jest w porządku, kości nie wystają. Dzieje się to na poziome psychicznym. Nie potrafię się zadowolić swoją wagą, swoim wyglądem. Myślę tylko o tym jak by tu jeszcze trochę schudnąć, bo o, tu, tu jeszcze jest fałdka tłuszczyku. Zabraniam sobie wszystkiego, co mi smakuje. Dżemów, nawet tych domowej roboty. Kanapek z żółtym serem, bo przecież ser jest tłusty. O pierogach i kluskach najlepiej zapomnieć. Za dużo mąki. O czekoladach, wafelkach czy słonych paluszkach w ogóle nie mówmy, to dopiero jest herezja!
Potem przychodzi punkt załamania. Jednego dnia pozwolę sobie na więcej. A potem na jeszcze więcej. I jeszcze i jeszcze i jeszcze. Aż dochodzę do momentu, który najlepiej opisać można bardzo częstymi napadami kompulsywnego jedzenia. Tutaj właśnie stoję, choć chyba nie jest aż tak źle. Górka nie wydaje się być aż tak stroma, może się nie stoczę. Ale kto to wie?
Myślę, że stałam się jedną z ofiar mass mediów. Presja, żeby wyglądać tak, jak te wszystkie modelki jest ogromna. Co chwilę też pojawia się jakaś reklama środków odchudzających, jakiś artykuł o tym jak ćwiczyć żeby schudnąć, czy przepis na jak najmniej kaloryczne danie. Dziunie z instagrama walczą o to, która ma większy „fit” tyłeczek. Która ma bardziej płaski brzuch, która smuklejsze nogi, która ma lepsze ramiona. Nienawidzę tego. NIE-NA-WI-DZĘ. Większość ludzi nie ma pojęcia, jak to jest, gdy od zawsze czujesz się tą grubszą i brzydszą, mniej wysportowaną i wkładającą mniej wysiłku. Prze te cholerne zawody w byciu „fit” i wymuszaniu pewnej „idealnej” sylwetki stają się to kompleksy od zawsze na zawsze. Nie pomaga tłumaczenie sobie, że pracą modelki jest dobry wygląd, i że taka modelka może sobie w przeciwieństwie od większości osób pozwolić na codzienny trening. Na zaniżone poczucie własnej wartości nie ma lekarstwa, są za to jego „obniżacze”, które obecnie są wszędzie: w radiu, w Internecie, w telewizji. Mam serdecznie dosyć tego kultu jedzenia i ćwiczeń. Powoli przestaje się liczyć zdrowie psychiczne, najważniejszy staje się wygląd i fasada zwana stylem życia. Sport na nieprofesjonalnym poziomie traci swe znaczenie. Rodzi się sekta „fitciała”. Nie chcę być fit. Chcę się cieszyć jedzeniem. Nie odmawiać sobie tego, co lubię. Nie chcę też wmawiać sobie, że słodycze mnie uszczęśliwiają. Nie chce nimi zagłuszać wyrzutów sumienia albo używać treningu, jako usprawiedliwienia. Chcę normalnie jeść ze smakiem, chcę ćwiczyć wtedy, kiedy mam na to ochotę i nie zadręczać się tym, że dzień spędziłam przed komputerem a nie na bieżni. Chcę znaleźć złoty środek między pseudozdrową „fit” dietą a obżeraniem się czym bądź. Chcę się odżywiać a nie jeść. Chcę być zdrowa.

Likes

Comments