Żyjemy w erze wszechobecnego internetu który, chyba mogę to śmiało powiedzieć, przewyższył telewizję i gazety papierowe, radio. Internet zalewa nas zewsząd: jako radio online (np. Open FM), jako TV online (np. Netflix, Showmax), Social Media, Blogi o zróżnicowanej tematyce - po prostu teraz wszystko jest w sieci. A sieć wszędzie. Nie tak jak kiedyś w kafejkach internetowych (ktoś to jeszcze pamięta?) tylko w domu, na komputerze, na tablecie, w pracy, a przede wszystkim w smartfonach. Smartfonach pełnych aplikacji (tak jak powyższe), bo jest szybciej, łatwiej, prościej niż do wszystkiego dochodzić z przeglądarki w telefonie. Aplikacje tak bardzo nam spowszedniały, że niestety często pomijamy warunki instalacji, zezwalamy "lekką ręką" na prośby aplikacji o dostęp do.. sami nie wiemy czego. Przyznajcie się, wiecie z czego korzysta i na co pozwalacie swojej ulubionej aplikacji? Ja bez bicia przyznaję, że nie. Dopiero wczoraj, podczas dokładnego sprawdzania ustawień mojego Huawei P9 lite dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Zobaczcie sami.

Nie wiem, jak w innych systemach, ale sama na Androidzie w Sklepie Play, kiedy instaluję aplikacje wyskakuje mi piękne okienko:

Teraz na logikę, po co Snapchatowi dostęp do kontaktów? Przecież, można normalnie wyszukać kogoś przez nick albo QR. To samo dostęp do SMSów i Bluetooth. Przyznam, nie wiem po co bo nigdy w życiu nie używałam tych funkcji. Dla mnie to trochę podejrzane apropos SMSów. Trochę mniej dziwi dostęp do lokalizacji, przecież są filtry lokalizacji spersonalizowane dla danego miejsca na świecie. Ale, jeżeli wejdziecie głębiej w ustawienia swojego telefonu to zauważycie że aplikacja pracuje w tle. Nawet jak macie zgaszony ekran.
Sytuacja wygląda tak: telefon jest nieużywany, lokalizacja włączona w tle, aparat i mikrofon mają dostęp nawet przy wygaszonym ekranie. Trochę to brzmi strasznie, zwłaszcza, że nie mamy pewności, czy ktoś tego nie używa do śledzenia. Warto przeczytać, na co się zgadzacie bo przy okazji tej aplikacji dajecie dostęp do ważnych dla siebie danych.

Przy okazji szpiegowania, użytkowników telefonu z jabłuszkiem powinna zainteresować kwestia Facebooka i jego chęci ochrony Was, jako użytkowników. Szczegóły znajdziecie TUTAJ , natomiast ja to trochę skrócę.
Na przestrzeni ostatnich dni w Stanach Zjednoczonych, użytkownicy Jabłuszka (pozwólcie, że pieszczotliwie nazwę tak ten sprzęt, którego notabene nie posiadam) na swoich telefonach znaleźli nową zakładkę "Protect" w menu nawigacyjnym. Wiadomo że prowadzi ona do instalacji aplikacji Onavo Protect. Nie mniej jednak, mało osób wie, że od 2013 roku ta aplikacja należy do Facebooka. Co więcej, są podejrzenia aby Onavo udostępniało Facebookowi informacje, które gigant mógłby wykorzystać dla swojego własnego zysku. Sieć VPN działa na zasadzie szyfrowania danych użytkownika i przepuszczeniu ich przez serwer pośredniczący po to, by już nie szyfrowane przesłać dalej do globalnej sieci, czyli po uruchomieniu Onavo Protect wszystko co przy pomocy Jabłuszka zrobimy w internecie jest przesyłane przez Protect do Facebooka. Dzięki temu FB będzie wiedziało o nas wszystko co związane z internetem w naszym telefonie. Oczywiście taka informacja pojawia się przed zainstalowaniem aplikacji, więc powtarzam, czytajcie wszystko przed instalacją, żeby potem nie było wątpliwości. Akceptacja, nawet jeżeli jest bez przeczytania, w dalszym ciągu obowiązuje i instalując aplikację, wyrażacie zgodę właśnie na śledzenie swoich poczynań w internecie.

Obok zobaczycie 36 aplikacji, które chciałyby uzyskać dostęp do mojej lokalizacji. Domyślnie, zaznaczone było wszystko. Teraz, widzicie sami. Polecam znaleźć w ustawieniach telefonu zakładkę Aplikacje >Uprawnienia i przeglądnąć na spokojnie każde jedno uprawnienie. Czy na pewno wszystkie aplikacje, które zainstalowałeś potrzebują dostępu do tej czy innej funkcji.

Ważną i ostatnią kwestią są Wasze dane, a konkretniej co się z nimi dzieje. Swego czasu było głośno o aplikacji Prisma . Pierwszą wątpliwość zasiał fakt, że aplikacja pozwalająca na zastosowanie tak szerokiego wachlarza filtrów (powiedzmy sobie, różnorodnych i ciekawych) jest darmowa. Jest też konieczność połączenia z internetem, gdyż zdjęcia przerabiane są w Prisma Labs na serwerze. Po wczytaniu się w warunki polityki prywatności, aplikacja Prisma ma prawo użyć zdjęć z serwera, czyli Waszych zdjęć po przerobieniu w ich aplikacji według własnego uznania. Oczywiście, z Waszą zgodą, bo przecież instalując zaakceptowaliście ich politykę prywatności.

Reasumując, zainteresujcie się tym co instalujecie i na co pozwalacie aplikacji w trakcie i po użytkowaniu. Warto przeanalizować, czy nie lepiej darować sobie tą aplikację za cenę prywatności. Najważniejszym jest to, by czytać wszystko przed instalacją.
A Wy, jesteście świadomi na co pozwalacie swoim aplikacjom?



#snapchat #onavoprotect #onavovpn #facebook #facebookonavoprotect #politykaprywatnosci #smartphone #smartfon #prisma #aplikacje #telefon #android #apple #ios #bezpieczenstwo #aplikacjewtelefonie #najmodniejszeaplikacjewtelefonie #topalpikacje #lifestyle #stylzycia #internet #socialmedia #mediaspolecznosciowe #uprawnienia #mozliwosciaplikacji #lokalizacja #kontakty #instalacjaaplikacji #uwaga #wazne #dostepdo #dostepaplikacjido #czytajcopodpisujesz #czytajcoinstalujesz #silverleaf


Żródła:
TVN24BIZ o Prisma
businessinsider.com.pl o ONAVO


Przenieś swój blog na Nouw - teraz możesz importować swój stary blog - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Ostatnimi czasy coraz gorzej wspominałam dni wieczorem. Byłam bardzo rozczarowana, czasem zasmucona a wręcz sfrustrowana. Pewnie każdy z Was miał taki dzień, w którym myślał, że wybuchnie. No jak ja to znam: wszystko Cię denerwuje, każdy Cię wkurza, myślisz, że najlepiej byłoby wyjść i nie wracać. Ewentualnie wywalić wszystkich z domu, usiąść w swoim kącie i pozbierać myśli, pobyć samemu. Po prostu się wyciszyć. A jak na złość (na pewno na złość, przecież los jest zawsze złośliwy, prawda?) nikt nie zamierza sobie pójść, a nawet dać Ci spędzić czas samemu. Przecież, akurat teraz kiedy chcesz pobyć sam to jesteś najbardziej potrzebnym człowiekiem a bez Twojego zaangażowania świat ulegnie zagładzie. Masz 10 sekund dla siebie jak dobrze pójdzie.
Znam to aż za dobrze, dlatego myślałam kolejny raz jak to zmienić i chyba coś wymyśliłam. Piszę "chyba" bo moje pomysły zweryfikuje życie.. no i Wy!

1. Wstań wcześniej niż inni.
Serio? Myślicie ,że zwariowałam, ale nie. Spieszę z wyjaśnieniem. Jeżeli wstaniecie np. godzinę przed domownikami, wtedy zyskujecie godzinę dla siebie, na swój prysznic, swoją kawę, swój czas. Czas niezmącony niczyim głosem, niczyimi pragnieniami. Liczysz się tylko Ty. Ty i poranek który spędzisz w błogiej ciszy domowej, tak jak chcesz tylko Ty.
Wiem, że na początku jest cholernie trudno się przełamać, zwłaszcza jeżeli jesteście śpiochami, ale kiedy już się obudzicie i zaczniecie coś robić będzie lepiej. Po jakimś czasie Wam się to spodoba. Gwarantuję, przetestowałam. I trwam w tym nadal, o ile niemowlak mnie nie wyczai i nie zacznie krzyczeć.

2. Uprzyjemnij sobie wyjście do pracy / szkoły
... lub jakiegokolwiek miejsca gdzie musisz iść a tak bardzo nie chcesz. Jeżeli już konieczność zmusza Cię do opuszczenia domowych pieleszy, spraw by ten obowiązek był znośny. To trochę tak jak z małym dzieckiem: mama każe coś zrobić, dziecko nie chce, więc jak zrobi to dostanie ciastko. Rezultat? Dziecko to zrobi, bo dostanie ciastko. Czemu więc Ty, dorosły człowieku, nie możesz uprzyjemnić sobie życia? Ja przykładowo nie znoszę zaprowadzać dziecka do przedszkola bo z różnych względów, nigdy nie jestem o tej porze, o której być tam chcę. Dodatkowo, droga wcale nie jest przyjemna tylko nerwowa, więc kiedy wracam z przedszkola do domu sama kupuję sobie właśnie, akurat ciastko. Na zgubę portfela mojego męża (bo kto by wydawał ze swoich na głupoty, nie?) moja ulubiona ciastkarnia jest w bloku obok mojego i akurat dziwnym zrządzeniem losu, muszę codziennie przejść koło witryny.
Nie mniej jednak, nie musi to być ciastko. Może to być kawa w ulubionej kawiarni która akurat jest koło pracy, może być to lunch zamówiony do pracy z knajpy, a może krótkie zakupy w Rossmannie przy okazji wizyty w urzędzie? Czego dusza zapragnie. Tylko pamiętajcie, dopiero po załatwieniu wszystkiego a nie przed - to ma być kurcze nagroda.
Zamiast takiej formy przyjemności, możesz też po prostu wybrać inną drogę. Jeżeli codziennie idziesz ulicą A, to pewnie po dłuższym czasie Ci zwyczajnie zbrzydła. Może dla odmiany idź inną drogą do celu? Zamiast chodnikiem przy ulicy, idź przez park który lubisz albo koło kwiaciarni gdzie pięknie pachnie? Ja zawsze lubię spacerować parkiem koło Kampusu, jednak jest to dłuższa droga jak i piękniejsza, więc zostawiam ją tylko na specjalne okazje.

3. Otaczaj się zapachami
Słyszeliście o aromaterapii ? Potwierdzono naukowo, że zapachy oddziaływają na nas leczniczo, poprawiając naszą kondycję psychiczną jak i fizyczną, czemu więc nie sprawić sobie takiej przyjemności? Do naszego mózgu docierają lotne związki aromatyczne i oddziaływają na połączenia nerwowe, które odpowiadają np. za aktywność mięśniową czy przekazywanie sygnałów bólowych.
Polecam zapoznać się TUTAJ z tym, jakie zapachy powodują określone rzeczy i otaczać się nimi. Ewentualnie, w prostszy sposób: kupić świece zapachowe lub perfumy/wodę kolońską w ukochanym zapachu. Ja natomiast dodatkowo, kupuję płyny do płukania tkanin, płyny do naczyń, mydełka, szampony, odświeżacze powietrza i całą tę chemię w ukochanych zapachach - dzięki temu, nie ważne czy myję podłogę, wieszam pranie czy się myję, jest mi przyjemniej to robić.

4. Słuchaj ulubionej muzyki
To działa na tej samej zasadzie jak aromaterapia, z tym że nie ma podziału na gatunki muzyczne. Po prostu, zainwestuj w dobre słuchawki (te za 5 zł szumią niemiłosiernie) i słuchaj ulubionych utworów w drodze, w domu podczas obowiązków. Zainwestuj w radio do pracy, dużo przyjemniej pracuje się gdy w tle słychać przyjemną melodię a nie tylko ciszę czy stukot klawiatury. Mnie osobiście, muzyka inspiruje. Dzięki temu mogę pisać dla Was lepsze posty, reflektuję się często nad swoimi wyborami w życiu, czy po prostu się relaksuję.

5. Utrzymaj porządek wokół siebie.
Przysięgam, nie jestem w stanie funkcjonować w syfie. Uważam, że bałagan w głowie w zupełności mi wystarczy, bałagan w sprawach życiowych tak samo, więc chociaż niech moja przestrzeń osobista, przestrzeń domu i pracy będzie w porządku. O ile lepiej wstaje się widząc względny porządek wokół siebie niż ciuchy na ziemi, gdzieniegdzie plamy a na myśl o śniadaniu staje przed oczami wieża z brudnych naczyń? Ja osobiście dużo lepiej wstaję, kiedy wiem, że będę miała tyle obowiązków w domu ile przypada na ten dzień, na świeżo a nie, kiedy zdaję sobie sprawę, że mam jeszcze ogarnąć coś z dnia poprzedniego. Wymaga to trochę samozaparcia ale myślę, że dacie radę. Jak ja nie miałam siły to myślałam "jeszcze 30 minut, ogarniesz mieszkanie a jutro nie będziesz musiała od rana nadganiać". Poza tym, śniadanie i kawa smakują lepiej w czystych naczyniach.

6. Porozmawiaj z kimś życzliwym.
W naszym życiu pojawiają się różne osoby. Na przestrzeni lat, zrozumiałam, że towarzystwo konkretnych osób z konkretnymi dla siebie cechami wywołują we mnie różne emocje. Podejrzewam, że w Tobie, Czytelniku, też. Najpierw warto rozpoznać, przy których osobach czujemy się niekomfortowo, jest nam przykro lub źle - unikajmy takich osób. Nie trzeba zrzucać sobie na plecy dodatkowego balastu w postaci osoby, która nie wnosi w nasze życie niczego dobrego. Unikajmy też osób, które wywołują w nas niezdrowe emocje, np. gniew na konkretną osobę, poczucie wyższości nad kimś kogo ta osoba nielubi (przykładowo, kiedy mam scysję z mężem to unikam własnej mamy, która szczerze okazuje niechęć wobec zięcia). Ja mam w swoim gronie znajomych osobę, przy której nie jestem w stanie się pokłócić mimo, że z natury bywam wybuchowa. Ta osoba jest tak harmonijna, tak zrelaksowana ,że aż sama jej obecność sprawia, że czuję się jak na wakacjach. Może czas poszukać w swoim towarzystwie kogoś takiego?

7. Odseparuj się.
Nawet nie wiecie ile razy mój mąż wyprowadził mnie z równowagi. Nie uwierzycie, ale moje dzieci czasem dają popalić tak, że aż kapcie spadają. Są dni kiedy mam wrażenie, że zaraz wystrzelę w kosmos jak rakieta... Wiem, że nie mogę wybuchnąć. Wiem, że nie chcę się pokłócić z mężem czy nakrzyczeń na dzieci. Lepiej zamilczeć, niż powiedzieć o jedno przykre słowo za dużo. Kiedy czuję, że mogłabym kogoś skrzywdzić swoimi wypowiedziami, zatrzymuję się, mówię, że przepraszam na chwilę i znikam na jakiś czas. Czasem na 5, czasem na 10 a czasem 30 minut. Po prostu odcinam się od tej sytuacji, staram się ochłonąć. Kiedy emocje opadną, analizuję co się stało, czemu i przede wszystkim: jak to rozwiązać z korzyścią dla wszystkich. Wtedy wracam, rozmawiamy spokojnie. Od razu lepiej, niż wywoływać kłótnię. Kłótnia potrafi często zepsuć resztę dnia, dlatego dbajmy by ich unikać. Jeżeli już się jednak zdarzą, nie bójmy się pierwsi wyciągnąć ręki - przecież i tak chcemy się pogodzić, prawda?

Mam nadzieję, że moje pomysły poprawią Wasz każdy dzień, a przynajmniej większość. Dajcie znać, który Wam się spodobał najbardziej a który ze sposobów stosujecie i z jakim skutkiem?
Pięknego dnia !

#goodday #positivvibes #gr8place #pozytywnaenergia #dobrydzien #aromaterapia #muzykoterapia #muzyka #lifestyle #parenting #freetime #czaswolny #czasdlasiebie #dobrydzien #dziendobry #lifehacks #tricks #triki #rady #codziennosc #dobry #poranek #przyjemnosci #umilanieczasu #radosczzycia #radosc #stylzycia #rodzicielstwo #silverleaf

Likes

Comments

Nadszedł ten czas, gdy moje dziecię opanowało przemieszczanie się na czworaka, zostało tylko chodzenie i myśl: chodzik czy pchacz?
Wiadomo, pchacz jest zdrowy bo dziecko stoi przy nim samo a nie wisi jak w majtkach powieszonych na sznurku od prania - rozumiecie? Trochę jak stringi na całej długości, nie tylko na tyłku. Z drugiej strony babcie, starsze sąsiadki i znane wszystkim, tanie jak barszcz chodziki. Oczywiście fizjoterapeuci potępiają to urządzenie, nieliczni rodzice domagają się zakazu sprzedaży jak ma to już miejsce w Kanadzie czy krajach Skandynawskich.


Teraz, kiedy nasza druga córka zbliża się do etapu chodzenia, wraz z mężem stanęliśmy przed trudnym wyborem.Przy pierwszym dziecku wybraliśmy chodzik.
Po pierwsze, ówcześnie mieszkaliśmy w mieszkaniu z parkietem drewnianym. Prawdziwym, ale nie tak pięknym jak w romantycznych filmach. Właściwie, nawet właściciele mieszkania stwierdzili że to się nadaje tylko do wymiany. Dziury, piach w parkiecie, drzazgi a do tego ślisko jak na lodowisku. Sprzedawcy i znajomi od razu odradzili nam pchacz, że względu na to, że nie spełni on na tym podłożu swojej roli. Po prostu będzie się ślizgał, albo przewracał. A dziecko razem z nim, na drzazgi.
Żeby z wizualizować Wam problem, kiedy córka poszła boso po parkiecie, miała w stopie 10 drzazg. Po jednym spacerku. Tutaj był punkt dla chodzika przez wzgląd na stabilność : miał on służyć jako pchacz (dziecko stoi od zewnątrz, pcha lub trzyma chodzik za stelaż). Trochę jak pchacz na 4 kołach.


Wiele rodziców sadza dzieci w chodzik zaraz jak zaczną siadać, dzięki czemu nie mają stabilnego podparcia nóg i mamy efekt "majtek na sznurku". Ja poczekałam do momentu, kiedy córka stabilnie poruszała się na dwóch nogach przy meblach. Dodatkowo obniżyłam wysokość siedziska chodzika tak, by stabilnie stała na nogach a siedzisko było na wysokości kolanek: to sprawiło, że córka w ogóle w nim nie siedziała. Wiem, mogłam wyjąć siedzisko i pozwolić córce stać wewnątrz. Nie mniej jednak, wymyśliłam, że wykorzystam już to siedzisko jak jest, mianowicie jako asekurację. Jak już wspomniałam, kiedy Anastazja w chodzik została wsadzona, stała już pewnie i poruszała się przy meblach. Niestety, ze względu na parkiet i jak wiadomo brak dobrze rozwiniętej równowagi, czasem się potykała i upadała. Tutaj świetnie sprawdził się mój pomysł: Anastazja 99% czasu stała lub chodziła w chodziku, natomiast kiedy upadała, tyłek wpadał w siedzisko a rączki i twarz nie uderzały o ziemię. Dzięki temu wystarczyło jedynie zakupić buciki z dobrymi podeszwami które uchroniłyby stopy.


Pewnie wiele osób na tym etapie, kiedy dziecko stabilnie porusza się przy meblach zrezygnowałoby od razu z obu wariantów i dało dziecku spokojnie uczyć się w swoim tempie, natomiast ja nie miałam takiej możliwości. Nie raz czy dwa musiałam coś zrobić w domu, kiedy nie miałam możliwości zostawić dziecka samopas. Tutaj w chodzik miałam pewne ograniczenie przestrzeni, dodatkowo możliwość zablokowania kół i pozostawienia zabawki w danym miejscu po czym mogłam spokojnie udać się do nie kuchni na 5 minut by zrobić sobie kanapkę i herbatę. Co więcej, mogłam z chodzika odpiąć panel z zabawkami i ten służył jako stolik na kanapeczkę dla córci.
Tylko nie zrozumcie mnie źle, nie zostawiłam dziecka i nie szłam w długą bo "jest bezpieczne", tylko wykorzystywałam te funkcje co jakiś czas jako dodatkowe udogodnienie. W sumie podobnie jak w tych modnych teraz skoczkach, tylko bez skakania i siedzenia. Uwierzcie mi, młodej mamie często ciężko jest się zorganizować, czasem potrzeba tych dodatkowych 5 minut bez dziecka. Zwłaszcza, kiedy gdzieś dziecka zabrać ze sobą nie można.

Zapożyczone z pixabay.com
Źródło

Reasumując, chodzik pełnił u nas wyłącznie funkcję pchacza na 4 kołach, stolika na kanapeczkę i z czasem zwykłego stolika z zabawkami. Uważam, że nie zrobiłam tym dziecku krzywdy, patrząc jak pięknie i w zdrowy sposób porusza się moja już 2,5 letnia Anastazja. Co więcej, lekarz patrząc na nią w nie mógł uwierzyć, że była w chodziku, bo nie ma żadnych nieprawidłowości.
Moim zdaniem, wszystko jest dla ludzi i wystarczy tylko korzystać z tego z głową. Potępiam sadzanie dziecka do chodzika kiedy pierwszy raz usiądzie, potępiam zostawianie w nim dziecka na cały dzień i niech łazi i samo się sobą zajmie (o zgrozo jak w nim cały dzień wisi), potępiam krzywdę dla dziecka.
Natomiast, jeżeli dziecko w chodziku nie siedzi, nie wisi a stoi samo jak przy pchaczu, traktuje chodzik jako pchacz z ewentualną asekuracją przy upadku to według mnie, jak najbardziej można.
Co więcej, polecam Wam chodzik jeżeli też macie problemy z pchaczem który się przewraca, ślizga, kiedy będziecie używać go tak, jak ja opisałam. Gdy ktoś będzie chciał Wam zwrócić uwagę, powiedzieć o szkodliwości chodzika, możecie śmiało mu powiedzieć, to co ja teraz opisuję, czy nawet udostępnić wpis. Wszystko, jest kwestią zdrowego rozsądku.
Dziękuję Wam za przeczytanie tego, ważnego dla mnie wpisu. Życzę Wam, abyście Wy i Wasze dzieci zawsze były zdrowe,

Tutaj macie mniej więcej nasz chodzik o którym mowa w poście. Niestety, nie mogłam zrobić lepszych zdjęć bo nie mam możliwości dostania się do chodzika.

Zapożyczone z archiwumalle.pl
Źródło

Napiszcie koniecznie, czy używaliście chodzika czy pchacza, w jaki sposób oraz jak to się skończyło. Jestem bardzo ciekawa!



#chodzik #pchacz #ktory #wybrac #ktorylepszy #fizjoterapia #fizjoterapeuta #rada #radzi #dzieci #rozwoj #dziecka #chodzenie #naukachodzenia #pierwszekroki #mamaidziecko #rodzinnywybor #zdrowiedziecka #chodziktozlo #pchacze

Likes

Comments

Są w życiu rodzica różne momenty: radosne, smutne, łatwe i trudne.
Dzieci się rodzą, poznają świat a dla nich, dla tych maluchów jesteśmy wszystkim. Jesteśmy wzorem, staramy się przekazać dziecku naszą wiedzę, najlepsze wzorce i postawy. Cieszymy się z sukcesów dziecka, z jego rozwoju. W pewnym momencie, w życiu dziecka jest czas kiedy rodzic przestaje być częścią dziecka, kiedy dziecko zaczyna odróżniać "my" mama i dziecko oraz "ja" - dziecko. Tutaj pojawia się kluczowa rola rodzica, który z nauczyciela staje się drogowskazem, osobą która pomaga w dokonywaniu wyborów. Wyborów dziecka.

Czasem jednak rodzic zapomina o tym ważnym etapie rozwoju dziecka i zapomina, że dziecko jest osobną, oddzielną od niego jednostką która sama wie czego chce i jakich wyborów pragnie dokonać. Czasem my, rodzice, zapominamy i narzucamy swoją wolę tam, gdzie moglibyśmy i powinniśmy dać zadecydować dziecku.

Zrozumcie mnie dobrze: nie mówię o sytuacji w której jest - 10 stopni Celsjusza, dziecko chce iść w balerinkach i tutu albo w hawajkach. Wtedy powinniśmy razem z dzieckiem iść do garderoby, pokazać odpowiednie na te pogodę ubrania i pozwolić zadecydować czy woli te spodnie w gwiazdki czy jednak czarne jeansy i kurtkę w kropki zamiast w paski.
To samo tyczy się zdrowia dziecka. Dziecko ma prawo wyboru co chce zjeść, oczywiście w granicach rozsądku. Nie popieram słodyczy jako odpowiednik wszystkich posiłków ani napojów kolorowych przed snem, ale każdy rodzic ma swoje zasady. Ważne jest to, by nie narzucać dziecku czegoś jeżeli nie ma takiej potrzeby.

Dzisiaj na jednej grupie, pewna mama stwierdziła, że poniosła klęskę w wychowaniu dziecka bo dziecko podjęło świadomy wybór jedzenia nabiału i glutenu - sprzeczny z tym co matka dziecka mu wpajała, więc i niezgodny z zdaniem matki. Niestety, owa kobieta nie potrafiła rzeczowo odpowiedzieć dlaczego tak a nie inaczej wychowuje córkę. Najważniejsze jest jednak to, że dziecko nie jest uczulone ani nie ma wskazania lekarskiego do ograniczenia czy eliminacji tych składników z diety. Krótko mówiąc, matka nie akceptuje wyboru dziecka. Jest to o tyle przykre, że otwarcie krytykuje córkę o której mowa. Mimo, że powinna być dumna z wychowania córki na świadomą osobę, ta krytykuje jej wybór zamiast wspierać.

Mniejsza o to. Poczekajmy kilka lat. Córka postanowi związać się ze swoją koleżanką. Sytuacja dla obu dziewczyn będzie ciężka a dodatkowo matka pogłębi to swoją krytyką. Niezadowoleniem zamiast wsparciem i zrozumieniem.
Inna rodzina. Ojciec ma poglądy polityczne prawicowe, syn wstępuje do partii lewicowej. Oczywiście spotyka się z brakiem akceptacji a czasem odrzuceniem.
A skoro my tak potrafimy potraktować nasze dzieci, z łatwością potraktujemy tak inne. Nie będziemy szanować innych ludzi przez ich wybory, będziemy ich odrzucać i wykluczać ze społeczeństwa. Tak rodzi się nietolerancja w domu, a kończy się i rozpowszechnia w mieście, w społeczeństwie.

I teraz pomyślcie rodzice, w XXI wieku walczymy z szowinizmem, rasizmem, homofobią a nie potrafimy w naszym własnym domu uszanować innego, najbliższego nam człowieka i jego wyboru?
Wszystko zaczyna się w domu. To jak wychowany dzieci i jaki pokażemy im świat, one pokażą swoim znajomym, partnerom, przyjaciołom i rodzinie którą założą. Taki mały czyn a wpływa na cały świat który nas otacza.

Kochajmy nasze dzieci, dajmy im być sobą, mieć swoje życie i dokonywać własnych wyborów. Wspierajmy je, pomagajmy im i wskazujmy drogę - tego Wam i sobie dzisiaj najserdeczniej życzę.


#lifestyle #blog #blogger #silverleaf #matkablogerka #rodzice #milosc #wybory #dorastanie #samodzielnosc #mojewszystko #instadziecko #instamama #instamatka #rodzice #glutenfree #gluten #nabial #lactozefree #wyborydzieci #naszewybory #dojrzewanie #rodzicielstwobliskosci #rb #macierzyństwo

Likes

Comments

Pewnie znajdzie się wśród moich czytelników grupa osób, która stwierdzi ,że 6 lat to mało. Wiele wspaniałych małżeństw ma dłuższy staż, siedzi cicho i nawet się nie pochwalą. Ba, oni mają więcej lat stażu małżeńskiego... a Ty, Silverleaf, masz tylko jakieś 6 lat "związku".
Faktycznie - mało. Nie mniej jednak, dla mnie to osiągnięcie. Wyobraźcie sobie ,że ja mam 21 lat, mój mąż 22. Odejmijcie 6 - wychodzi 15 lat u mnie, 16 u męża. Tacy młodzi ludzie, takie, powiedzielibyście dzieci, były wstanie stworzyć związek, który trwa tyle lat?

Wszystko zaczęło się w specyficzny sposób, poznaliśmy się przez znajomego. To miał być niewinny żart, a my, wbrew wszystkim założeniom żartu - zostaliśmy parą. Ok, dawali nam tydzień, maksymalnie dwa tygodnie. Zdziwiliśmy wszystkich. Co więcej, od ponad dwóch lat jesteśmy małżeństwem. Wychowujemy dwoje wspaniałych dzieci.

Powiem krótko: zawsze dążymy do naprawienia i poprawienia czegoś, a nie do wymienienia na nowe czy zostawienia. Tak też jest w naszym związku. Nie zliczę ile w naszym związku było przykrych sytuacji, słów wypowiedzianych w złym momencie, słów które raniły. Ile było cichych dni. Nie zliczę tego, bo by mi brakło dnia.

Najważniejsze w tym wszystkim było to, by zawalczyć. O lepszy związek, lepsze traktowanie, lepszą relacje - lepsze wszystko. Pewnie, że łatwiej nie robić ukochanej osobie przykrości, ale każdemu z nas zdarzyło się to zrobić. Chcący, czy niechcący. W niektórych sytuacjach, czasem łatwiej powiedzieć "to koniec". Wiecie, zamknąć rozdział, zapomnieć, zacząć od nowa.
Ale wiecie co? Problemy z poprzedniego związku nie znikną. Pojawią się w następnym, kolejnym i każdym który zaczniecie. Zostaną z Wami. Zostaną gdzieś w podświadomości, w waszych wadach i wadach partnera. Pewnie nawet tych, o których mu nie powiecie, bo mimo że problem tkwi gdzieś głęboko, jest rozbudowany - wy pokłócicie się o kubek stojący na szafce.
I zamiast porozmawiać o złożonym problemie swoim czy partnera, że jest bałaganiarzem czy nie szanuje Twojego wysiłku w posprzątaniu domu, to lepiej stanąć nad ukochaną osobą i krzyczeć, najgorszymi możliwymi słowami, że ten kubek nie stoi tam gdzie ma stać.

Przeszliśmy to. Wiele razy. I doszliśmy do wniosku, że skoro chcielibyśmy odejść, to trzeba by było te zakorzenione problemy rozwiązać. A skoro i tak musimy to zrobić, bo nie ma przebacz, to chyba lepiej z obecnym partnerem którego kochamy, znamy od dawna niż wszystko to spiep.rzyć i iść w długą. Do innego partnera.
A przecież nasz obecny nas kocha, my go kochamy, kręci nas, my jego, mamy wspólne wspomnienia, plany, marzenia, rzeczy - warto o to zawalczyć. Jesteśmy poniekąd drużyną, gramy w jednej lidze. Kiedyś coś wielkiego nas połączyło, coś co było dla nas wspólne i na tyle ważne, by nas ze sobą związać. Czasem warto się ukorzyć, przeprosić, przełknąć tę gorzką pigułkę zwaną prawdą. Ot tak, dla dobra obojga, dla miłości.

Likes

Comments

Zauważyliście pewnie, że na moim blogu nie widać twarzy moich bliskich. Jeżeli widać, to jest to na tyle zamazane, by nie było możliwości identyfikacji. Widzicie tylko mnie. Tak samo na instagramie, tak samo na instastories - wszędzie. Nie podaję też wszędzie nazwiska, chociaż w niektórych miejscach publikuje posty pod własnym nazwiskiem. Wiecie więc jak mam na imię, na nazwisko i jak mniej-więcej wyglądam. Myślę, że tyle w kwestii bloga wystarczy. Resztę informacji bardzo dokładnie filtruję. Zwłaszcza te dotyczące dzieci, które najmniej mogą się bronić.

Lato. Miałam wtedy naście lat. Spacerowałam z moim chłopakiem, obecnym małżonkiem. Zadzwonił telefon. Obcy numer. Wcale mnie to nie zdziwiło - miałam dużo nowych znajomych, pewnie nie zapisałam numeru. Odebrałam. To nie był głos nastolatka, to był mężczyzna. Nie do końca zrozumiałam jego bełkot. Rozłączyłam się. Zadzwonił drugi raz. Mężczyzna krzyczał, że tak się nie traktuje klientów.. klientów? Powiedziałam, że nie do końca rozumiem, ale połączenie już było zakończone. Nie dzwoniłam, bo mąż powiedział, że pewnie pomyłka. Ale zadzwonił inny, też obcy mi numer. Ten już był bezpośredni. Powiedział, że płaci od ręki na spotkaniu za dziewictwo, które rzekomo oferuję. Zrobiło mi się słabo. Do tej pory na myśl o tym drżały mi ręce. Rozłączyłam się, szybko powiedziałam towarzyszowi co się stało. Nie powiem, wkurzył się, dopytywał skąd taki telefon, po co, dlaczego. Nie wiedziałam. Ale ważne było ,że mnie wspierał.
Nie minęła godzina, nawet pół. Znowu obcy numer, znowu inny. Od razu dałam telefon mężowi, wtedy chłopakowi. On się nie cackał, wrzasnął najbardziej męskim głosem jaki słyszałam, że jak jeszcze raz usłyszy takie teksty to... możecie się domyślić. On zawsze mnie bronił. Był moją ostoją.
Rozmówca, trochę przestraszony wyjaśnił, że w sieci znalazł ogłoszenie a propose właśnie sprzedaży dziewictwa, ze zdjęciem, moim imieniem i numerem telefonu. Mąż spuścił z tonu, wyjaśnił, że nie ma złych intencji, jedynie chce mnie bronić, bo ja nie ogłaszałam się nigdzie a dzwonią do mnie obcy ludzie z pretensjami. Facet okazał się pomocny, podał wszystkie dane. Weszłam na ogłoszenie - zdjęcie akurat moje nie było. Ale telefon, imię, miasto - to było moje. Zgłosiliśmy ogłoszenie.
Okazało się, że to nowy znajomy chciał zrobić sobie głupi żart. Nie miałam z tym nic wspólnego. Nie odezwałam się do niego. Ale jestem mu wdzięczna, że uświadomił mi jak bardzo nie dbałam o moją prywatność.

Po tej sytuacji przestałam odbierać obce telefony. Zmieniłam numer, podałam go tylko najbliższym i zastrzegłam, że nie wolno nikomu podawać mojego numeru. Oczywiście, wyjaśniłam dlaczego.

Pewnie pomyślicie, że to nic, ale jeżeli obca osoba mogła z łatwością zdobyć mój numer, mogła zdobyć też i moje zdjęcie w social media, może i okolice w jakiej mieszkam. W dzisiejszych czasach to nie jest trudne do znalezienia. Takie informacje mogą już wyrządzić gorszą, większą krzywdę. Chyba potraficie sobie to wyobrazić.

Dlatego, korzystając z tego posta proszę Was, miejcie rozwagę publikując coś w sieci - to nie znika po usunięciu. To gdzieś jest w wirtualnej przestrzeni, na dysku u kogoś, na ScreenShocie. Wszędzie, ale dla Was nigdzie. Nie wrzucajcie do sieci zdjęć dzieci z odsłoniętymi miejscami intymnymi, zdjęć dokumentów, nie publikujcie waszych danych. Po prostu, uważajcie. Dla mnie taka mała historia to była nauczka, na szczęście dobrze skończona.

Napiszcie proszę, czy dbacie o bezpieczeństwo w sieci? Pilnujecie swoich danych osobowych, zdjęć? Czy nie zwracacie na to uwagi? Jestem ciekawa obu stron, chętnie zerknę na argumenty za i przeciw.


#security #bezpieczenstwowsieci #daneosobowe #adres #niepodawajswoichdanych #informacje #wsieci #bezpieczenstwo #swiadomyrodzic #rodzice #bloger #matka #instamatka #instagram #facebook #snapchat #instafamous #sława #delikatneinformacje #osobiste #informacje #blog #blogger #instabloger #sociality #socjologia #rodzice #lifestyle #parenting #lifestyleblogger #parentingbloger #silverleaf #dziecisawazne #kobieta #mezczyzna #sponsoring #wykorzystanie

zdjecie pixabay.

Likes

Comments

Zwykle się staram. Staram się, żeby wszystko było na tip-top. Czasami mąż nie wychodzi z podziwu, jak w 6h jestem w stanie wysprzątać dom, umyć naczynia, okna, wyprać dywan, przetrzeć wszystkie szafki, zrobić dwudaniowy obiad, zrobić i rozwiesić pranie, wyprasować i jeszcze pobawić się z dziećmi. Jakby mi ktoś to powiedział, to bym nie uwierzyła.
Czasem jednak, każdy z nas ma tak beznadziejny, bezproduktywny dzień, że normalnie kosmos. Wstajecie, albo już jesteście spóźnieni, albo właśnie budzi Was krzyk. Albo jedno i drugie, śniadania nie ma czasu zjeść, pies albo dziecko, albo kot, albo wszystko na raz - wiadomo co zostawili pod nogami. Oczywiście połowa mieszkania w jakimś bałaganie którego nie było, Ty w proszku. Chcesz wypić cokolwiek, ale kubek się rozbił, kolejny jest brudny i nie ma opcji na picie. Mydła w łazience nie ma bo się butelka wywróciła, wylała. Lecisz do sklepu po mydło, żeby się ogarnąć. W międzyczasie puszczasz pralkę. Wracasz, jesteś umyty/umyta. Chcesz jeszcze rozwiesić pranie, nie włączyłeś upuszczenia wody i woda pięknie z bębna wylewa Ci się na spodnie, rajstopy, kapcie, skarpety.. cokolwiek tam masz. I oczywiście podłoga zalana. Dziecko się cieszy, tapla się w tej wodzie i nie możesz wytłumaczyć dziecku, że Ci to przeszkadza. A drugie dziecko w międzyczasie jeszcze się obudziło i krzyczy. A mąż wstał, nie może się ogarnąć bo łazienka w stanie agonalnym - więc wychodzi do pracy. Zostawiasz łazienkę, dajesz dziecko przed TV, drugie karmisz, przewijasz
...
Godzina 17:30 dalej jesteś głodna, dzieci o kanapkach, Ty w pidżamie latasz.
Godzina 20:17 dzieci dalej nie śpią, nie chcą spać. W sumie chcą tylko się bawić, krzyczeć, śmiać się.
Godzina 21:52 dzieci śpią. Wokół syf, dalej jesteś głodna, dzieci po obiedzie. Mąż w domu i dziwi się czemu jesteś sfrustrowana, skoro wszędzie bałagan (czytaj nic nie zrobione) i marzysz tylko o tym żeby odpocząć. Gorzej jak taki scenariusz trwa kilka dni - wtedy chcesz wylecieć w kosmos. Bezpowrotnie. Albo, wystrzelić co poniektórych - a co, niech oni idą a Ty odpoczniesz sobie w swoim czystym domu.
Znacie to?

Ostatnio miałam bardzo ciężki, zdezorganizowany okres czasu. Maluszek ząbkował, starsza córka miała moment buntu, mąż chwilowo sfrustrowany a w tym wszystkim ja. Podejrzewam, zdajecie sobie sprawę, że całe moje złe samopoczucie odbijało się na bliskich. A nie powinno, to nie była ich wina. Kiedy to zrozumiałam, postanowiłam, że to trzeba zmienić od razu. Tylko jak?

Jest w moim życiu taka jedna rzecz, jedna, której nie poświęcę dla mojej rodziny. Jest to coś tylko mojego, egoistycznie, tylko dla mnie. Wtedy zapominam o innych, zapominam o wszystkim co dookoła mnie się znajduje, o wszystkich troskach. To nawet wskazane zapomnieć. Jest to coś darmowego, coś prostego, coś co powinna mieć i może mieć każdy z nas - czas dla siebie.

Proste, prawda? Czas dla siebie.
Człowiek jest z natury zwierzęciem stadnym, to fakt, ale czasem potrzebuje momentu odizolowania, pobycia samemu ze sobą, bez przeszkadzania mu. Zauważyłam, że dzień mijał mi przyjemnie, produktywnie, radośnie kiedy miałam dla siebie tylko godzinę. Godzinę, kiedy mogę w spokoju wypić herbatę i zrobić cokolwiek zechcę, bez patrzenia na dzieci, przecierania przy okazji i robienia dodatkowo czegoś dla domu. Kiedy po prostu się odcięłam. Taki wyjazd od świata tylko dla mnie.

Często zapominacie o tym, albo pamiętacie a i tak ktoś Wam w tym przeszkadza. Wyobraźcie sobie jak musicie być sfrustrowani kiedy Wy, dbacie o wszystko i wszystkich dookoła a o samych siebie nie możecie zadbać, nie mówiąc o dbaniu o Was przez innych. Ja czułam się bardzo niekomfortowo i denerwowałam się, że nie mogę się umyć w spokoju bo dziecko płacze i co chwilę muszę wyskakiwać z wanny, kiedy nie mogłam zrobić sobie paznokci (zrobić, czytaj chociażby obciąć), wypić herbaty, zjeść przy stole a nie z dzieckiem na kolanach... i mogłabym tak wyliczać, ale po co skoro to znacie.
Po prostu czujecie się jakby świat Was wykorzystał, a potem zapomniał o Waszych potrzebach.

Postanowiłam codziennie wstawać rano przed domownikami, ale akurat budziło się wtedy małe dziecko. Postanowiłam mieć czas codziennie po utuleniu dzieci do snu, ale zwykle wtedy nie chciały spać i mój czas odchodził w zapomnienie. Więc skończyłam z szukaniem konkretnej pory, po prostu zawsze jak oboje dzieci śpi, jest czas dla mnie. Albo jak starsza jest w przedszkolu, a młodsza śpi. Wtedy nic w domu nie robię, wtedy odpoczywam - nie ważne w jakim dom jest stanie. I wtedy zawsze mąż wraca do czystego domu i dostaje ciepły posiłek.

Kobiety, mężczyźni, matki, ojcowie, ludzie - pamiętajcie o czasie dla siebie. Będziecie szczęśliwsi, bo szczęśliwy człowiek to i szczęśliwe jego otoczenie. Dajcie też coś sobie. Dajcie sobie chwilę odetchnąć, znajdźcie w ciągu dnia te godzinę (nieprzerwaną), tylko dla siebie i wykorzystajcie na wszystko, tylko nie na obowiązki. Pojawi się rozluźnienie, dobry humor a frustracja, smutek, złość i łzy znikną. Naprawdę, pamiętajcie o tym zwłaszcza dziś, w sobotę - dzień wolny, kiedy powinniście odpocząć a sprzątacie po całym tygodniu. Dzisiaj jest dzień dla Was!



#time #freetime #czasdlasiebie #kobieta #mężczyzna #mezczyzna #dorosli #dzieci #rodzice #lifestyle #blog #bloger #relaks #odpoczynek #sobotadzienprania #sobota #sprzatanie #porzadki #obowiazki #czaswolny #przyjemnosci #frustracja #smutek #zle #samopoczucie #jak #poprawic #jakpoprawiczlesamopoczucie #jak #znalezc #czas #dla #siebie #silverleaf #parenting #zycie #takiezycie #zyciematki #dzienzzyciamatki

Likes

Comments

Od razu powiem tak - to nie jest post ani sponsorowany, ani nie mam nic wspólnego z tą aplikacją. Po prostu, tak po ludzku chcę ją polecić. Dlaczego? No cóż, o jej zaletach napiszę za moment.
Do postu zainspirowała mnie sytuacja z pewnej lokalnej grupy na facebooku do której należę - w skrócie pewna kobieta szukała informacji o tramwaju niskopodłogowym. Trochę się zdziwiłam, bowiem pytała o konkretną linię a ja, znając już troszkę nasze piękne miasto, wiedziałam ,że żadna linia nie ma na stałe wysoko lub niskopodłogowych tramwai. Zawsze jak myślałam w ten sposób, kochane MPK postanowiło mnie zszokować i w najmniej potrzebnym momencie (ach, to życie) wstawić wysokopodłogowca. No dzięki bardzo... ale do rzeczy. Patrzyłam w komentarze, ale nikt nie zaproponował sprawdzić na stronie jakdojade ani w aplikacji, tylko przegadywali się nad słusznością czy faktycznie ten tramwaj jeździ tą trasą czy nie. Ok.
Zawsze wydawało mi się, że ta aplikacja jest wszystkim dobrze znana - przecież wszyscy moi znajomi jej używają, korzystają a tu proszę. Postanowiłam na własną rękę zgłębić ten temat i okazało się, że aplikacja jest naprawdę, mało znana. A powinna być.
Ja nie wyobrażam sobie wyjścia z domu dalej niż na osiedlu bez skorzystania z niej. Powiecie pewnie, że dawniej to jakoś aplikacji nie było, czasem nawet i rozkładu w szybie a ludzie sobie żyli i radzili. No właśnie, "kiedyś" i "radzili sobie". Jakoś tak. Nie mniej jednak, zostanę przy swoim a na poparcie opowiem historię z mojego życia.

Pewnego dnia musiałam jechać z małym dzieckiem w całkiem nieznane mi miejsce, na drugim końcu miasta. Wiadomo, sprawdziłam wcześniej JD (jakdojade.pl) , wyruszyłam. Problem pojawił się z powrotem do domu, kiedy wyszłam przypadkiem w inną stronę niż powinnam, pomyliłam drogę i zaszłam tam, "gdzie diabeł mówi dobranoc". Zaczęło się ściemniać, ludzi brak. A nie, jeden facet który też nic nie wiedział. Kicha. Jeden autobus tędy jedzie, ale rozkładu nie ma. Nie wiadomo w jakim kierunku, nie wiadomo o której. Nic. Ja telefon mam akurat starego typu, internetu w nim nie uświadczysz, Androida czy IOS tym bardziej. Ja zdenerwowana, ciemno, ludzi brak a wszędzie pusto i krzaki. Dzwonię do znajomych, nikt nie odbiera. Dzwonię do męża, nie odbiera. Dzwonię do dziadka (dziadek zna się trochę na tych zapomnianych przez świat częściach Krakowa, więc postanowiłam poprosić o pokierowanie do domu) - niestety nic nie wiadomo. W efekcie czekałam prawie 2h na przystanku, modląc się by nikt na mnie nie wyskoczył, wsiadłam do pierwszego i jedynego jadącego autobusu - obojętnie w jakim kierunku, byle do cywilizacji! W każdym razie, do domu trafiłam po kolejnych, 2h. Ale trafiłam, a co się strachu najadłam to moje. Po tej historii powiedziałam mężowi, że nie wyjdę z domu dalej niż na osiedle bez telefonu z internetem i aplikacją JD.

Wiem, zaraz powiecie, że mimo braku aplikacji wszystko się udało. Ale, gdybym ją miała - nie bałabym się, może nie musiała czekać 2h w niebezpiecznym miejscu z małym dzieckiem, wiedziała dokąd jadę. Uważam, że poczucie komfortu z wyjścia, a przede wszystkim bezpieczeństwa powinno być priorytetem. Dla mnie ta aplikacja jest ogromnym ułatwieniem i nie wyobrażam sobie bez niej poruszać.

Dla własnej wygody, możesz też dodać własny guzik lokalizacji, a żeby zamiast wpisywać cały czas adres domu, kliknąć po prostu DOM.

Fajną opcją jest ustawienie czasu planowanego odjazdu lub przyjazdu na miejsce, unikania przesiadek i wybrania opcji połączeń, takich jak : wygodne, szybkie lub optymalne. W tym wypadku każdy znajdzie coś dla siebie w zależności od indywidualnych możliwości.

Aplikacja daje też możliwość bardziej spersonalizować opcje podróży pod nasze wymagania. Ja sama korzystam najchętniej z opcji właśnie "wyłącznie niskopodłogowe", dzięki temu nie mam problemu gdy jadę z (obecnie już) dwiema córeczkami, zwłaszcza sama. Jest to dla mnie ważne, bo niestety kilkakrotnie odmówiono mi pomocy we wniesieniu czy wyniesieniu wózka z pojazdu. Jest to niestety przykre, ale prawdziwe, stąd wolę radzić sobie sama z drobną pomocą JD.

I na sam koniec, jest oczywiście sprawdzenie rozkładu jazdy i trasy dla wybranego autobusu/tramwaju, oraz pokazanie jej na mapie aplikacji, czyli standard.

Tak po prostu, po ludzku, polecam Wam te aplikację. Napisałam o niej, bo słyszałam, że dużo osób jej nie zna, a wydaje mi się bardzo przydatna co opisałam powyżej. Rozumiem, że da się bez niej, lub z czymś innym (jeżeli znacie coś lepszego, podajcie w komentarzu, chętnie sprawdzę) ale jak do tej pory to najlepsza pod względem niezawodności i intuicyjności obsługi aplikacja jaką poznałam. Uratowała mnie już w wielu sytuacjach, nawet i gorszych niż ta opisana dzisiaj. Często dzięki niej jestem w stanie wyjść na dłużej do miasta bez dezorganizacji mojego planu dnia, a to jednak ważna kwestia przy małych dzieciach. Co więcej, jestem w stanie bez niczyjej pomocy podróżować z dziećmi, bo ta aplikacja mi to ułatwia.
Jest też strona www którą podlinkowałam na samym początku posta.
Aplikacje na Androida pobierzecie TUTAJ.

A Wy, jak radzicie sobie z podróżowaniem po mieście? Korzystacie z GPSa , Taxi czy macie wszystko ogarnięte na 200%? Ja osobiście nigdy nie czuję się pewnie, zwłaszcza ,że ciągle coś remontują i trasy zmieniają się jak szalone. Napiszcie, co o tym myślicie i jak to wygląda u Was.
Cześć !



#jakdojade #jak #dojade #rozkladjazdy #aplikacja #macierzynstwo #podroz #zdziecmi #zdzieckiem #wyjazd #wyjscie #na #miasto #taxi #lifestyle #problemypierwszegoswiata #cywilizacja #problemycywilizacji #mpk #krakow #krakownaszemiasto #autobus #tramwaj #rodzina #parenting #zycie #silverleaf #ulatwienie #zycia #dobra #rada #trick #lifehack

Likes

Comments

Ostatnio zauważam, że coraz chętniej powraca się do tego by tata również brał udział w wychowaniu dziecka. Odchodzi się w miarę możliwości od podziału na mamę od dzieci i ojca od pracy - w skrócie panowie się angażują. Brawo!

W naszym domu panuje podział w którym to ja sprawuję pieczę nad domem i dziećmi (z własnej woli), natomiast mąż zarabia - co nie znaczy, że nie zajmuje się domem. Wręcz przeciwnie, pomaga.
Pewnie podniosą się głosy, że facet ma do wychowania tyle co siodło dla świni, natomiast ja uważam inaczej. Myślę (i będę bronić tego uparcie) ,że tata, ojciec, mąż powinien być w domu...
a nie tylko w pracy.

Wyobraźcie sobie, że można super wychować dzieci bez ojca. Tysiące kobiet, ba, miliony na całym świecie robią to same i brawo dla Was kobiety! Tylko, one robią to bo albo ojciec dziecka odszedł w cholerę, albo nie żyje, albo ma pracę za granicą. No niezależnie. Dwa pierwsze przypadki pominę, są zbyt oczywiste. Skupię się na ostatnim - praca.

Dzisiaj rozmawiałam z mężem, że jeżeli wymogi pracy w naszym kraju się nie zmienią, podejście pracodawców i współpracowników to skończy się na tym, że rola faceta zostanie sprowadzona do brzydko mówiąc: zapładniacza i alimenciarza. No bo skoro ma pracować coraz więcej, żeby zapewnić rodzinie godziwe życie, od rana do nocy, weekendy, nadgodziny to równie dobrze może się wyprowadzić z domu i przesyłać kasę na dzieci co miesiąc, skoro i tak ich nie widzi.

A co z planowaniem rodziny? Zawsze mi mówiono, że by pojawiło się dziecko to musi pojawić się miłość. A jak te miłość tworzyć a potem pielęgnować? Z kim, skoro mężczyzna jest gdzieś indziej a kobieta też w innym miejscu? W takim razie, najlepiej dla pracodawców (niektórych, nie wszyscy tacy są) byłoby jakby facet dziecko "zrobił" i potem na nie tylko płacił. Żeby więcej był w pracy.

Dobra, trochę te moją wizję zmaksymalizowałam, przekoloryzowałam - ale tylko po to by Wam to lepiej zobrazować.
Facet powinien być w domu, chociażby jako ostoja rodziny, jej dopełnienie i obrońca. Jako ważna część drużyny, w której grają wszyscy domownicy.
Mąż powinien być przy swojej kobiecie. Kochać ją, wspierać, rozmawiać, motywować do walki o lepsze jutro, być wsparciem, zmiennikiem. Zmiennikiem, kiedy ona nie domaga. A ona jego zmiennikiem, kiedy nie domaga on. Jak najlepszy na świecie duet. Niech tworzy z kobietą te magię zwaną miłością, by z tej miłości narodził się człowiek. Dziecko.
Dziecko które potrzebuje taty. Syn wzoru jakim powinien być mężczyzną gdy dorośnie, córka by wiedziała jakiego męża szukać by był wartościowy. By pokazał im to, czego zatroskana mama nie pokaże. By bronił przed złem, rozpieszczał, uczył psocić, grać w piłkę, budować z klocków..

Powiecie, że przecież wiele dzieciaków wychowywało się bez ojca i wyrosło na wartościowych ludzi. Oczywiście, macie rację. Niemniej jednak, zapytajcie tych dzieci, czy nie brakuje im ojca? Jego uwagi? Czy nie mają żalu? Wiele z nich pamięta tylko ojca który wychodzi z domu albo śpi po pracy.
Do tej pory, u nas to też był częsty widok. Zanim Tomek zmienił pracę, dzieci widziały go tylko jak spał po pracy rano, albo wychodził wczesnym popołudniem by zobaczyć go w pośpiechu następnego dnia.
Moja dwuletnia córka, chociaż jest maleńka, sama powiedziała że jest jej smutno, że nie chce by tata wychodził, że czeka na tatę i za nim tęskni. Jednak najmocniej zapadł mi w pamięć dialog, prosty, ale tak bolesny.

"- Tato, nie idź do pracy.
- Muszę iść do pracy, żeby kupić chlebek.
- Ale mamy chlebek tatuś, zostań. Nie idź. "

Chyba zostanie mi to w sercu na zawsze. Jak widzicie, dzieci rozumieją więcej niż myślicie. Mój mąż dał radę zmienić pracę, natomiast zdaję sobie sprawę, że nie każdy może sobie na to pozwolić. W tej sytuacji moją jedyną radą jest to, byście spędzali, Wy Ojcowie, więcej czasu z ukochanymi dziećmi, byście widzieli jak dorastają, byście byli przy ukochanych żonach. Takie proste rzeczy, a mogą zdziałać cuda.

A jak jest u Was? Wasi mężowie i ojcowie byli przy Was? Starali się? Przyznam szczerze, mój mąż najbardziej cierpiał, że dzieci zmieniają się na jego oczach, a on tego nie widzi.
Podzielcie się swoimi przemyśleniami, jestem bardzo ciekawa !



#tata #tatanieojciec #father #tatus #praca #tatawpracy #czaszdzieckiem #czasdladziecka #dorastanie #czas #rodzina #milosc #przepracowanie #tesknota #rodzinabeztaty #beztaty #tatyniema #gdzietata #dzieci #zona #czekaja #kochamy #kocham #cie #tato #mezu #straconyczas #poczucie #straconego #czasu #silverleaf

Likes

Comments

Do napisania tego postu zainspirowały mnie moje koleżanki które rodziły w tym samym miesiącu co ja - akurat nam wszystkim mija pół roku od porodu. Jestem z tego bardzo szczęśliwa, bo nasze maluszki nie są już takie małe. Część z nas dalej karmi piersią, część nie zaczęła a część musiała lub chciała to zakończyć. Nie wnikajmy - każda mama ma prawo zrezygnować z karmienia piersią jeżeli nie sprawia jej to komfortu, nie może z powodów zdrowotnych czy po prostu nie chce. Kazda mama kocha swoje dziecko tak samo i zadna z nas nie jest ani lepsza, ani gorsza. Jesteśmy inne.
Dla tych mam które już nie karmią, które zamierzają karmić po porodzie, lub po prostu zainteresowanych tematem zapraszam na post. Tyle słowem wstępu.

Dlaczego zaczęłam karmić piersią?

Specjalnie nie napisałam "Dlaczego warto karmić piersią?" bo o dobroczynnym wpływie mleka kobiecego oraz jego wartościach przeczytacie u Hafiji i na Mlecznym Wsparciu .
Tutaj skupię się tylko na swojej subiektywnej ocenie. A więc, zaczęłam karmić z powodu mojej pierwszej córki - ją karmiłam bardzo krótko, niecały miesiąc. Chciałam drugiej córce dać więcej, po prostu.

Dlaczego warto pogłębić wiedzę na temat karmienia piersią?

Powiem tak, pierwszą córkę karmiłam krótko przez moje niedoinformowanie. Źle wyszkolona moim zdaniem lekarka, podała mi podczas badań leki po których nie mogłam karmić kilka dni, dziecko przeszło na butelkę i mleko modyfikowane, mojego już po tych kilku dniach nie chciało. Gdybym wtedy zainteresowała się tym tematem, mogłabym znaleźć lekarza lub zaproponować temu lek alternatywny do wykonania badania, który nie zaburzyłby możliwości karmienia piersią. I karmiłabym już po jednym dniu, a nie trzech - nawet przy podanym leku. Moja głupota, moje lenistwo że tego nie nie wiedziałam. Dlatego, zachęcam Was do poznania stron które podałam wyżej - tam jest skrupulatna wiedza na każdy temat związany z KP.

Jakie korzyści dostrzegłam przez pół roku KP?

Przede wszystkim, więź. Chodzi o tę niepowtarzalną więź, która potrafi wytworzyć się tylko w tym momencie. Bliskość z moim dzieckiem, te bezcenne momenty kiedy bez słowa mogłam zgadnąć o czym myśli. Możliwość zobaczenia w jej oczach wdzięczności, poczucia bezpieczeństwa i bycia kochaną. To te najważniejsze emocjonalne kwestie.
Praktycznie, jest to po prostu łatwe. Wychodzisz z domu, dziecko zgłodnieje - wyjmujesz pierś z bluzki i gotowe. Zero podgrzewania, zero babrania się z butelką i przesypywaniem mm. Wszystko jest gotowe, na zawołanie. No i nie kończy się jak mleko w butelce. Mogłam dzięki temu wyjść z domu o którejkolwiek godzinie, zaopatrzona jedynie w własną pierś.
Córka jest bardziej odporna na choroby, a to ważne skoro w domu ma starszą siostrę. która przynosi z przedszkola różne bakterie i wirusy.
Dodatkowo, zaoszczędzam. Zamiast wydawać nawet i 500zł miesięcznie na samo mleko, regularnie co kilka miesięcy pieniądze na butelki, płyny do ich czyszczenia, szczotki itp akcesoria to przeznaczam te kwotę na inne potrzeby. Przy okazji oszczędzam też swój czas, który zamiast poświęcić na przygotowanie mleka, przeznaczam na swoje przyjemności. No i w międzyczasie kiedy KP, mogę spokojnie napisać posta na bloga, czy obejrzeć TV bo mam wolne ręce.
Nie mniej jednak, najważniejsza w tym wszystkim jest bliskość z dzieckiem. Ważne są dla mnie te intymne chwile z moją córką, kiedy po prostu mogę zwolnić tempo, popatrzeć na nią. To jest taka chwila tylko dla nas, gdzie nikt inny nie ma prawa nam przeszkodzić. I skrupulatnie pilnuję tego, chyba że śpi podczas KP - wtedy czas dla mamy.

Jakie napotkałam problemy przy KP?

Początki karmienia piersią były bardzo trudne, przy obu córkach. Pierwsza córka miała problemy z załapaniem brodawki, musiałam karmić przez specjalne nakładki - było to bardzo uciążliwe, bo zawsze musiałam mieć te nakładki przy sobie, musiałam je wyparzać, musiałam je czyścić po każdym karmieniu, czasem odpadały i znowu trzeba było je umyć a czasem i wyparzyć, a dziecko domagało się piersi. Druga córka od razu załapała pierś, do tego stopnia że nie chciała jej puścić. Przez 3 doby w szpitalu był problem zrobić nam badania, bo dziecko zasypiało z zagryzionym dziąsłami sutkiem w buzi, nie było zainteresowane butelką ani cumelkiem. Dojadało, ale mimo to, potrzebowało być przy piersi - po prostu nie dało się jej oddzielić ode mnie. Wyszły z tego nieprzyjemne rany, pęknięcia, ból. Chciałam zrezygnować, przyznaję. Niestety, córka dalej nie akceptowała ani cumla, ani butelki. Karmiłam więc mimo ogromnego bólu i ran. Ważna w tych chwilach była obecność mojego męża, któremu bardzo dziękuję.
Problemem może być kwestia niektórych przyjemności dla nas. Nie chodzi mi o alkohol czy papierosy, ale zwykłe słodycze czy kawa. W moim przypadku jedna słaba kawa powodowała, że dziecko od razu miało energię na cały dzień. Podobnie w przypadku słodyczy: nie dość że muszę uważać co jest w jakimś cukierku czy czekoladzie, to jeszcze powinnam to ograniczyć bo pewna dawka cukru działała na Aurelkę jak energetyk.
Najgorsze, dla mnie, jest to kiedy malutka dopomina się piersi cały czas do tego stopnia, że mogłabym cały dzień leżeć w łóżku bez bluzki bo i tak na to samo by wyszło. Nic nie zrobione w domu, ja w jednym miejscu, dziecko cały czas przyssane a nawet herbaty się nie napiję. I mimo wszystko i tak jest dziecku za mało piersi, bo płacze. To chyba najgorsze, bo nie dość że chcę ale nie umiem pomóc to jeszcze jestem bezsilna w kwestiach domu.

Reasumując, według mnie czasem jest ciężko i bywa ciężko, ale warto. Teraz mogę już zrezygnować, ale pozytywne aspekty trzymają mnie dalej przy KP. Bardzo jestem z tego dumna, jestem szczęśliwa. Nie mniej jednak. to moje zdanie. Wy sami powinniście przeanalizować wszystkie za lub przeciw, same dojść do wniosku czy chcecie dalej KP, czy nie chcecie KP, a może macie jeszcze inne zdanie na ten temat.. Przemyślcie to. Z chęcią przeczytam też w komentarzu co o tym myślicie.
Dajcie koniecznie znać!


Zapraszam Was też na Instagrama i Facebooka .

#karmienie #karmiepiersiajemwszystko #piersią #kp #karmieniepiersia #mlekomatki #mlekokobiece #polroku #pol #roku #czy #warto #dlaczego #parenting #lifestyle #slowlife #matkaidziecko #czas #niemowle #bobas #jedzenie #karmiepiersiawkrakowie #krakow #parents #rodzice #poczatki #zalety #wady #rady #mojaocena #moimzdaniem #silverleaf
zdjęcia z pixabay.

Likes

Comments

Podejrzewam, że klocków nie trzeba nikomu przedstawiać - wszyscy w dzieciństwie mieliśmy możliwość zabawy. Może nie mieliśmy swoich, a może i mieliśmy - ważne, że każdy miał okazję sobie potworzyć. Pewnie pamiętacie, jak z nic nieznaczących bloków powstawały naprawdę wspaniałe budowle?
Pamiętam, że kolega miał wtedy zwykłe Lego, ja miałam wówczas "noname" na wagę z centrum handlowego i powiem Wam, że żadne z nas nie czuło się gorsze. On bawił się moimi, ja jego, on swoimi i ja własnymi - nie było różnicy.

Kiedyś było bardzo mało dostępnych modeli klocków, teraz producenci zabawek poszli dalej i zrobili całe serie np Lego, Lego Junior, Lego Duplo, te "noname", Playmobil... i inne o których pewnie nie wiem. Za czasów mojego dzieciństwa uważano, że klocki to typowo męskie zabawki (na szczęście odeszliśmy od tego błędnego toku rozumowania) i mimo że sama mam dwie córeczki, postanowiłam wraz z mężem inwestować w klocki.

Rozwijają wyobraźnię i kreatywne myślenie

Wiecie za co w dzieciństwie najbardziej kochałam klocki? Wszystko co wymyśliłam do zabawy, a akurat tego nie posiadałam, mogłam po prostu zbudować z klocków.
Mebelek dla Barbie? Domek dla ludzików z Kinder Niespodzianki? Wystarczyło pomyśleć i zbudować.
Swego czasu miałam w planach bawić się w kościół, ale brakowało mi klęcznika. Z wszystkich klocków jakie miałam zbudowałam klęcznik.. do dzisiaj pamiętam minę babci, gdy weszła i zobaczyła jak odprawiam mszę i udzielam ślubu pluszakom (miałam kilka lat i nie wiedziałam, że księdzem może być tylko mężczyzna).

Wspierają umiejętności manualne

Moja córeczka, kiedy dostała klocki nie umiała trafić jednym w drugi i złożyć prostej wierzy. Od kiedy zaczęła bawić się klockami, najpierw z FisherPrice prostymi kwadratami, a potem obecnymi, sama potrafi stworzyć zaskakujące budowle i połączyć klocki w niekonwencjonalny sposób. Mam wrażenie, że lepiej radzi sobie pracując dłońmi.

Praca zespołowa

Nie byłabym sobą, gdybym nie widziała jak pięknie starsza bawi się z młodszą. Przy klockach zacierają się granice wieku moich córek (2,5l i 0,5 l). Albo starsza buduje a młodsza burzy, albo młodsza podaje klocki a starsza buduje coś z tego co dostaje, albo starsza buduje a młodsza ogląda klocki, ewentualnie starsza pokazuje młodszej klocki i tłumaczy co to jest i co to robi. Także każda ma zajęcia, więzi siostrzane się umacniają a jeszcze obie się czegoś od siebie uczą i na tym korzystają. Ewentualnie każda bawi się sama na swój sposób i też jest dobrze.

Im więcej klocków, tym więcej możliwości

Nie oszukujmy się - producenci klocków robią super zestawy które zawierają mało klocków, by skłonić konsumentów do zakupu kolejnych opakowań. Dla mnie bez sensu jest kupić jeden (umówmy się, mały zestaw) z którego zbudujemy domek lub ewentualnie dwa małe domki i koniec klocków. Moim zdaniem lepiej wybrać jakieś konkretne klocki, firmę i serię i sukcesywnie dokupywać zestawy. Wtedy nie dość, że będzie więcej klocków, to będą one zróżnicowane a nie monotematyczne (my mamy na razie arktykę i coś na kształt wyspy tropikalnej) . No i mamy z głowy problem co kupić na najbliższą Gwiazdkę.

Kwestie finansowe

Ostatnią, ale ważną dla rodziców jest kwestia finansowa. Klocki markowe nie są tanie, zestawy są małe a tu może się okazać, że dziecko pobawi się raz i rzuci w kąt. No cóż, na początku może tak być, ale klocki są na tyle wspaniałą zabawką, że starczają na lata, zwłaszcza te dobrej jakości (nasze prawie dwuletnie klocki wyglądają jak nówki). Dodatkowo, można je używać w każdym wieku bo i mała Aurelcia się bawi, starsza Anastazja też, a i tata czasem pobuduje roboty i inne stwory.
A po kilku latach, zawsze można je sprzedać i odzyskać dużą część pieniążków, za które je kupiliśmy. Można też od razu kupić używane w świetnym stanie. Dlaczego? Moda na klocki raczej nie mija.

A według Was warto inwestować w klocki? Mieliście swoje w dzieciństwie? A może macie jakieś fajne historie związane z klockami? Podzielcie się tym ze mną w komentarzu!

Zapraszam jeszcze na mojego instagrama




#klocki #dziecinstwo #dzieciństwo #pomysł #pomysl #na #prezent #dla #dziecka #malego #rocznego #dwuletniego #starszego #lego #legoduplo #duplo #legojunior #junior #kids #zabawa #czaszdzieckiem #czas #zdzieckiem #zabawazdzieckiem #momentdladziecka #rodzice #parents #parenting #blog #bloger #fajna #zabawka #warto #kupic #kupić #silverleaf #wspomnienia #slowlife #parents #mama #tata #myidziecko #rodzenstwo #rodzeństwo


Bloguj z telefonu komórkowego - Nouw - jedna z najlepszych aplikacji do blogowania - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Codziennie wita mnie cisza, może promienie słońca, a może stukot deszczu.
Wstaję, nikt mnie nie całuje na dzień dobry swoją umazaną twarzyczką. Nikt nie gaworzy, nikt nie mówi "mama". Tylko ja i ekspres do kawy. Nikomu nie robię śniadania, bo w stoliczku do karmienia siedzi tylko miś. W sumie, nie robię już obiadu, kolacji też. Zjem na mieście, mąż w pracy. Kawa ciepła. Książka, powolna kąpiel.

Robię dokładny, schludny makijaż. Nikt go nie rozmaże dając mi buziaka.
Idę do szafki, same czyste i pięknie wyprasowane ubrania. Leżą idealnie. Już nikt mi nie wymnie bluzki w uścisku miłości, już nikt mi nie ubrudzi spodni słodyczami, nikt nie uleje na mój sweterek. Wyglądam jak gwiazda. Idę do garderoby, mijam pokój.

Nie ma łóżeczka, nie ma wystającej z pod kołdry główki. Gołe stopy nie wystają, nie marzną. Nie ma zabawek, na które wiecznie narzekałam. Nie ma rozsypanych okruszków, które codziennie odkurzałam. Nie ma niczego. Wyjmuję płaszcz. Wreszcie mam miejsce w szafie, płaszcz się nie pogniecie. Szkoda by go było, drogi jest. Tak, kupiłam dla siebie ten płaszcz z wystawy, wreszcie dla siebie.
Wychodzę na spacer. Idę tam gdzie chcę, nie muszę się zastanawiać czy po drodze są schody, czy na miejscu jest toaleta.
Potem praca, wspaniała, wymarzona z ludźmi powyżej metr pięćdziesiąt. Rozmowa na wzniosłe, intelektualne tematy, czarny humor a po pracy mały drink na mieście, ciasto. Idę do domu, włączam kolejny film z mojej listy do obejrzenia, robię frytki z ketchupem i colę. Nikt mi nie siorbie, nikt nie zagaduje, nikt nie dekoruje pokoju ketchupem. Potem przychodzi mąż, wieczór we dwoje i spać. A rano, budzimy się wyspani. Może pojedziemy na wakacje , może na weekend w góry, albo tydzień nad morzem? A może wyjdziemy na miasto? Kto wie, jesteśmy wolni!

To nie dla mnie. Uwielbiam budzić się na dźwięk "mamo", na gaworzenie mojej córeczki. Chcę by mąż całował mnie rano, nawet rozmazywał makijaż. Chcę codziennie dużo przytulania, chcę czuć jak obejmują mnie małe, ciepłe dłonie. Te dzieci, które mnie kochają, które mi ufają. Chce zrobić im śniadanie, takie zwyczajne, od serca. Nawet jakby to miała być zwykła kanapka z serem, to będzie dla nich daniem mistrza. Moim daniem. I obiad, obiad też zrobię. Dwudaniowy. I pranie, i prasowanie, i odkurzę dwa razy. Trzy. A wieczorem poprawię. I wyjdę na spacer z pełną torbą "przydasiów". W międzyczasie popatrzę na te roześmiane twarzyczki, utulę się jeszcze. Porozmawiam z mężem, o czymkolwiek, z dziećmi. Opowiem im o świecie, o tym co widzę. Spojrzę na to z ich perspektywy.

Chcę słuchać i śpiewać piosenki z córkami, przeżywać przygody kreskówkowych bohaterów, budować świat z Duplo, rysować sny na kartkach papieru, robić potrawy z ciastoliny.
Codziennie tulić je do snu, okrywać kołdrą, przed snem czesać ich włoski, rano upinać spineczkami. Kupować im piękne sukienki, lalki, zapraszać ich przyjaciół. Chcę czuć życie w moim domu. W moim "umazianym" domu.

Chcę codziennie mierzyć się z przeciwnościami losu, problemami, chcę codziennie odnajdywać w sobie siłę, by móc być z moją rodziną. By wychować dzieci, wspierać męża. Kochać ich. Chcę, by ich świat był najlepszy. Chcę spełnić to, czego chcą oni. Chcę patrzeć jak ich obecność wypełnia pustkę w moim życiu. Bo bez nich byłoby puste.

Jestem młodą matką, mam dopiero 21 lat i już dwoje dzieci. Powinnam studiować, bawić się, imprezować, wyjeżdżać, żyć swobodnie i bez problemów... powinnam? Wiele osób, wiele bliskich mi niegdyś osób twierdziło, że wiedzą lepiej ode mnie co jest lepsze, co powinnam. A według nich, powinnam była nie zachodzić w ciąże, powinnam była poczekać, nie wychodzić za mąż. Odważniejsi pokusili się o sugestię tabletek po, albo zapytali bezwstydnie "czy ty wiesz co to jest antykoncepcja?".
Wiem. Myślę, że w obecnych czasach wie o tym również przypadkowo spotkany trzecioklasista z podstawówki. Jeszcze nie wie co i jak, ale ogólnie wie co się z czym łączy i do czego się dąży.
W każdym razie - zrobiło mi się przykro. Naprawdę.

Proszę, przypomnijcie sobie ten idealny obraz dnia bez dzieci, za każdym razem kiedy poczujecie się bezsilni. Wyobraźcie sobie to o czym czasem myślicie, poczujcie tę pustkę, zatęsknijcie od nowa za dziećmi. Mi to daje energię do działania.. a Wam? Co pomaga w trudnych momentach?

Likes

Comments

Dzisiaj jest piękny dzień, 14.01.2018 - trwa akcja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (WOŚP). Wolontariusze chodzą po ulicach, po tramwajach, stoją przy kasie w sklepie i trzymają te piękną puszkę. Każdy chce do puszki dorzucić coś od siebie, czy to grosik, czy parę złotych, czy nawet i kilka banknotów. Mniejsza z tym, wielkość naszego wkładu się nie liczy. Liczy się przede wszystkim sam wkład w akcję - to trzeba chwalić, to trzeba pokazywać. Najlepiej, przez znane wszystkim serduszko WOŚP na piersi.
Tak, dumnie kroczymy ulicą z sercem WOŚP, chcemy powiedzieć "Hej, ja też dałem/dałam coś od siebie". To jest mega super!

Dzisiaj jechałam wraz z moim mężem i dziećmi tramwajem, do miasta. Patrzyłam wkoło, wszyscy mieli serce. Dużo osób w tramwaju obklejonych jak świąteczne choinki tymi sercami, kilka na piersi, kilka na rękawach kurtki, kilka na spodniach, na czapce, torebce, plecaku.. dobrze że jeszcze nie na bucie (chociaż może i były, ale nie patrzyłam). Jak bardzo wspieram serca, tak nie pochlebiam takiego zachowania. Dla mnie to trochę dziecinne zachowanie, takie popisywanie się, chęć pokazania - tylko czego? Że dało się pewnie mnóstwo kasy, to ma się mnóstwo naklejek?
Nie. Ilość naklejek nie jest wyznacznikiem.


My mieliśmy łącznie 4 naklejki, niestety z powodu słabego kleju, 3 zginęły w akcji i została tylko jedna, na piersi naszej córeczki. Mniejsza o to. Do sedna.
W tramwaju tłum. My z wózkami stoimy, starsza Pani stoi, nawet pani z kotem na rękach stoi a młodzież siedzi. Klasa normalnie. Wtedy wchodzi pewna pani, niewidoma. Staje najbliżej krzesła, ale nie może go zająć, bo na nim już siedzą dwaj panowie. Jeden zajęty udawaniem, że jej nie widzi, drugi rozmawia przez telefon patrząc kobiecie w oczy. Oczy, które go nie widzą. Oczywiście panowie z serduszkiem na piersi.

W akcji WOŚP nie chodzi tylko o pomoc dzieciom, ale ogólnie o pomoc osobom które potrzebują fachowego sprzętu medycznego, osobom chorym, których nie stać na ten sprzęt. O bycie człowiekiem dla człowieka. Nie chodzi o pieniądze w puszcze, tylko cel, cel pomocy na który my się składamy - MY WSZYSCY.
Dlatego, trochę mi przykro, trochę nie rozumiem.. Dlaczego ludzie chętnie powiedzą ,że pomogli, że wrzucili pieniążek, że raz w roku przykleją serduszko na pierś.. ale w takiej codziennej sytuacji nie mogą znaleźć siły, żeby podnieść cztery litery i wstać z krzesła i ustąpić osobie, dla której to miejsce jest przeznaczone?
Wy, wy o których teraz piszę, macie serce z papieru, możecie mieć ich nawet i milion i obkleić się od stóp do głów - nie umiecie użyć serca, tego prawdziwego które macie w sobie.

Ale wracając, tutaj pojawia się osoba mojego męża. Mąż jest bezpośredni, często głośno, może za głośno, wyraża swoje zdanie na jakiś temat. Zobaczył sytuację gdzie dwoje młodych panów, z sercami WOŚP całkiem zignorowało niewidomą kobietę. Czekał, nikt nie zareagował. Wokół ludzie z naklejkami, starsi, młodsi, kobiety i mężczyźni. Cisza.
I wtedy rozbrzmiał krzyk "Tutaj stoi niewidoma pani, proszę ustąpić jej miejsce" - usłyszał cały tramwaj, a panowie o których mowa poderwali się jak na komendę. Od razu każdy chciał się ruszyć, pokazać jaki to on dobry i miejsce zrobi -teraz nie trzeba, teraz to nie to samo. Teraz ktoś zwrócił uwagę, ludzie poczuli wstyd.
Pani podziękowała i usiadła z ulgą.
Zwykle w takiej sytuacji, gdy mąż mówi głośno wstydziłabym się - teraz byłam z niego dumna jak paw. Mógł nawet głośniej to powiedzieć. To było piękne jak ujął się za kobietą. On nie miał ani jednego serduszka na piersi, za to pokazał, że ma największe serce ze wszystkich ludzi w tramwaju - swoje własne.

Na sam koniec mojego wpisu, chciałabym życzyć wszystkim by nie tylko od święta, ale codziennie mieli w sobie taką odwagę i tak wielkie serce, jak dziś mój mąż. I życzę wszystkim, do których trafią sprzęty z czerwonym serduszkiem zdrowia. Wam też bo zdrowie jest najważniejsze i bez zdrowia nic nie będziemy w stanie zrobić.

Napiszcie proszę, jestem ciekawa, co wy myślicie o takim zachowaniu? Jak wy byście zareagowali? 


#wosp #wośp #2018 #14.01.2018 #akcja #wielka #orkiestra #swiatecznej #świątecznej #pomocy #darczyńcy #darczyńca #tramwaj #wstyd #wolontariusz #odwaga #wielkie #serce #naklejka #krakow #kraków #niewidoma #niewidomi #pomoc #empatia #czlowieczenstwo #człowieczeństwo #krakowskitramwaj #mpk #silverleaf #moj #mój #mąż #maz

Likes

Comments

I teraz jedziemy: zakupy, spa... Nic z tych rzeczy. Z okazji moich zbliżających się urodzin chcę podzielić się z Wami moimi pomysłami na sprawienie sobie przyjemności. Zamierzam wdrożyć je już po północy i realizować cały dzień - wy możecie robić to na codzień i w każdy dzień jaki sobie zaplanujecie: zaczynamy!

Zacznę od najbardziej prozaicznej rzeczy na świecie, chcę mieć chwilę dla siebie. To takie proste, a takie trudne - zrozumie rodzic. Chcę pobyć po prostu sama ze sobą, najlepiej w ciepłej wannie i w spokoju oddać się relaksowi. Powracać do pięknych wspomnień, wdychać aromatyczne zapachy świec i mazidełek do kąpieli, słuchać plusku wody a potem muzyki, muzyki którą lubię. Uwielbiam wspominać, zwłaszcza ludzi i najlepsze chwile spędzone z nimi. Z częścią z nich nie mam kontaktu, ale o tym później. Najważniejsze, że dalej o nich pamiętam.

Marzy mi się celebrować ten dzień, wyglądać jak milion dolarów.. To jest z tej okazji pomalować w spokoju paznokcie, zrobić sobie domowe spa podczas kąpieli, rano dla odmiany pomalować, fajnie się ubrać, uczesać. Po prostu nie tylko być, ale czuć się kobietą w 100%. Chcę, ten jeden dzień z wyglądu nie przypominać ani matki, ani gospodyni.

Potem zamierzam jak widzicie najeść się zamówionymi frykasami, obejrzeć z mężem anime i pograć w jakąś fajną grę. Na ten moment przy dzieciach mogę grać tylko w simsy bo wymagają tylko użycia myszki i nie trzeba się na nich bardzo skupiać. Lubię je, ale z chęcią pograłabym w coś bardziej klimatycznego jak "TES V: Skyrim" czy w coś z tematyki anime jak "Naruto Ultimate Ninja Storm" . Lubimy z mężem uniwersum "Naruto", chociaż duża ilość osób z Was uzna to za dziecinne, według mnie to anime ma głęboki przekaz, piękne i wzniosłe momenty, wzrusza do łez. Warto.

Tutaj możecie się znowu zdziwić, ale chciałabym spać. Marzę o nie zmąconym niczym śnie, tak żeby się wyspać do tej godziny, do której chcę. A jak jakiś fajny sen się trafi, tym lepiej.

Herbata. Ciepła, zrobiona przez mojego męża lub przeze mnie, wypita w łóżku w pidżamie. Nie w zimnej, czystej kuchni, mega super szklance. Zwykła herbata, w ciepłej pidżamie, pod ciepłą kołdrą, w towarzystwie ukochanego. Zwykła herbata w śmiesznym kubku. Bardzo lubimy śmieszne kubki. I uśmiechy.. Wszędzie. I miłość. Wszędzie miłość.

Spacer. Najlepiej po wsi, ale nie w zimie, tylko latem jak pachnie pięknie świat. Jest ciepło, wiatr nas głaszcze.. Ale, że jest zima, pozostaje mi spacer w otoczeniu chłodnej przyrody. Bardzo nie lubię zimy, ale na tyle kocham spacery, że i tak wyjdę. Chcę wtedy rozmawiać z dziećmi, z ukochanym, o wszystkim, o niczym, słuchać śpiewu ptaków, śpiewu córki, gaworzenia niemowlaka w wózku.. Chcę cieszyć się ich towarzystwem, przewietrzyć siebie i umysł, myśli. A potem wrócić do domu, bawić się z dziećmi, dalej rozmawiać. Spotkać przyjaciół, czy u nas w domu, czy na mieście.. Cieszyć się z ich obecności.

A skoro o przyjaciołach mowa, poznałam w życiu wiele wspaniałych osób. Z niektórymi straciłam kontakt, z innymi go świadomie zakończyłam, w każdym razie te osoby wyniosły w moje życie bardzo dużo. Dzięki nim jestem jaka jestem. Dzięki tym którzy odeszli, oraz i przede wszystkim, dzięki tym którzy są. Z niektórymi odnowiłam kontakt, chce to zrobić dzisiaj też. Chcę porozmawiać, pośmiać się, zadzwonić, spotkać, z osobami bliskimi memu sercu. To nie tylko najlepsi przyjaciele czy rodzina, to też moi znajomi. Dziękuję Wam wszystkim, że jesteście.

A na sam koniec dnia, chcę spędzić czas znów, tylko z moim mężem. Chcę znowu rozmawiać tak, jakbyśmy byli świeżo zakochani. Czuć motyle w brzuchu, być tylko dla siebie. Jak para.

To chyba tyle, jeżeli chodzi o mój plan na najbliższy dzień. Chciałbym Wam z okazji moich zbliżających się urodzin życzyć abyście spędzili każdy dzień tak jak Wy chcecie i w każdym dniu zrealizowali chociaż jedną przyjemność która was cieszy. Żebyście nie zapomnieli o drobnych radościach, o sobie i swoich bliskich. Tyle, aż tyle.

#lifestyle #blog #blogger #drobne #przyjemności #przyjemnosci #chwila #dla #siebie #urodziny #zyczenia #życzenia #relaks #kapiel #przyjaciele #momenty #moments #gry #tv #slowlife #dzieci #parenting #parents #rodzice #milosc #kobieta #matka #silverleaf

Likes

Comments

Zanim w moim życiu pojawiła się pierwsza córka, byłam mistrzem dezorganizacji. Dodatkowo uwielbiałam spontaniczne akcje - wiecie o czym mówię? Wystarczyło hasło, ja w 5 minut byłam gotowa. I nie ważne czy akurat gotowałam, sprzątałam czy miałam faktycznie wolny czas - rzucałam wszystko, zabezpieczałam dom, zamykałam... i już mnie nie było. Czasem tęsknię za tym, naprawdę. Ludzie nie doceniają tego luksusu, który szybko znika.
W każdym razie, kiedy urodziłam pierwsze dziecko, starałam się udowodnić wszystkim, że wychowanie dziecka na porządnego człowieka jest łatwe nawet na spontanie. Pierwsze półtora roku mi się udawało - o dziwo, jakimś cudem.
Teraz, kiedy urodziła się Aurelia, sama z siebie uznałam, że przy dwójce dzieci nie da się żyć spontanicznie.. no chyba, że ktoś lubi żyć w bałaganie, wiecznym niedoczasie i zaniedbywać dzieci. Bo ja nie i chętnie opowiem o tym jak wygląda u nas organizacja. Zapraszam!

Rutyna.

Dzieci lubią rutynę. Najbardziej małe dzieci, dla których pojęcie czasu to występujące po sobie kolejne działania. Buduje to też poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji.
Ważne jest też to, że dzieci, kiedy nie mają nic do zrobienia, lub nie mają zorganizowanego czasu i miejsca na zabawę - po prostu rozrabiają z nudów. Ileż to godzin płakałam, że "są niegrzeczne" zanim wpadłam na to, że potrzebują uwagi i wskazania im co mogą zrobić. Zanim wpadłam na to, że trzeba im pomóc ogarnąć czas na różne rzeczy, a nie zostawić samopas i oczekiwać "że się sobą zajmie". Posiadamy więc plan dnia - nie jest on szczegółowy co do minuty, ale godzinowy/orientacyjny. Wszyscy go lubią, bo wiedzą co i w jakim czasie powinni zrobić. A jeżeli zrobią to szybciej, ten czas jest tylko i wyłącznie dla nich.
Nie wliczam tutaj weekendów, bo one są na luzie. Spędzamy te dni jak chcemy, zwykle razem ale czasami osobno.
Przy rutynie i organizacji czasu ważne są też nawyki. Odkąd Anastazja ma nawyk odnoszenia zastawy do zlewu, śmieci do kosza i zabawek na miejsce - świat staje się czystszy i łatwiejszy. To małe rzeczy, ale naprawdę jestem z niej dumna. To nie tyczy się tylko sprzątania, ale głównie tutaj daje popis swoich możliwości. Nie tyczy się to tylko małych dzieci, ale męża czy mnie. Prozaiczne odniesienie czegoś od razu po użyciu na miejsce, czy wyłączenie zasilania po skończonym użytkowaniu - takie proste, tak wiele daje. I oszczędza czas, bo od razu coś mamy zrobione machinalnie, a nie zauważamy tego. Jak obowiązki czy rzeczy do zrobienia się już nawarstwią, to niestety odczuwalnie.

Najpierw obowiązki.

Znacie to zdanie zbyt dobrze - wiadomo, rodzice powtarzali je cały czas. I mieli rację, prawda? U mnie to świetnie działa, o dziwo motywuje a nie zniechęca. Moim dzieciom i nam tak bardzo zależy na wspólnym czasie, że wykonujemy obowiązki z prędkością światła, byle tylko już się pobawić lub obejrzeć serial. Czasem zdarza się, że nie zrobimy obowiązku. Wtedy nie ma kary, jedynie przykra konsekwencja w postaci nawarstwionych rzeczy do zrobienia i perspektywa spokojnego wieczoru odchodzi w zapomnienie.
Wraz z mężem przyjęliśmy na ten moment standardowy model rodziny - on pracuje, ja zajmuję się domem i dziećmi. Tutaj uprzedzę, obojgu nam to odpowiada. Ja nie odnajduję się w pracy przy biurku, z wyznaczonym czasem minimalnym na zasiedzenie. Ja wolę szybko zrobić co mam zrobić i zająć się tym, co lubię. A mąż, no cóż.. na ten moment nie umie karmić piersią i nie zajmie się naszym niemowlakiem. Także zdecydowane.

Ja przygotowuję posiłki, organizuje dzień, załatwienia, płacę rachunki i jestem takim prezesem domu w połączeniu z księgową i gosposią. Lubię to.
Mąż pracuje. Natomiast dzieci, muszą jedynie po sobie sprzątać i w miarę możliwości pomagać w domu.

Kalendarz.

Kupiłam za 40 zł wspaniały kalendarz. Ma miejsce na notatki, miejsce na zapisanie czegoś przy dacie, kolorowe naklejki/ikonki i wisi na głównej ścianie mieszkania. To on jest moim epicentrum zarządzania. Kiedy go mijam, wiem wszystko: co mam zapłacić, co jest zapłacone, kiedy i ile pieniędzy przyjdzie, kiedy i gdzie idę, kiedy mąż ma pracę, kiedy Anastazja ma przedszkole lub wyjście - wszystko. Bez tego, czułam się jak bez ręki. Jest on dla mnie o tyle lepszy, że widzę go idąc gdziekolwiek. Niestety, ale kalendarz do kieszeni czy torebki, aplikacje w telefonie się nie sprawdziły. Zawsze czegoś mi brakowało, a wiadomo - kartka jest nieograniczona.

Budżet i jego planowanie.

Przychodzi pensja - u nas zawsze do 10 dnia każdego miesiąca. Wiemy, że ona idzie w całości na mieszkanie więc jej nie liczymy. Potem przychodzi moja pensja - tutaj zaczyna się planowanie budżetu. Siadam co miesiąc, danego dnia miesiąca i liczę: ile przyjdzie, kiedy przyjdzie, co trzeba kupić, co trzeba zapłacić i z tego co zostaje to planujemy.
Kiedy opłaty mieszkaniowe są gotowe, płacimy usługi takie jak telefon, internet, jakieś raty. Kiedy to jest zapłacone, pozostałe pieniądze dzielę na budżet zakupowy i inne. Inne są do użytku bieżącego, drobne przyjemności i niezaplanowane wydatki.
Zawsze rozpisuję to z pomocą mojego kalendarza, oraz notesu. Zwykłego za 0.25 zł w kratę. Tak jak pisałam: patrzę na daty i ustalam najpilniejsze, aż idę do coraz mniej pilnych. Dostosowuję terminy płatności z tym, kiedy i jaka kwota przychodzi mi na konto.

Planowanie posiłków.

U mnie to duża oszczędność czasu. Raz w tygodniu, wieczorem (następnego dnia rano idę na wielkie, tygodniowe zakupy) sporządzam tabelkę 3 posiłki na 1 dzień przez 7 dni. I wymyślam co będziemy jeść. Staram się, żeby nie było to bardzo abstrakcyjne i np jedno danie wynikało z drugiego, żeby nie marnować warzyw czy mięsa. Planowanie zapobiega też u nas nudzie w kuchni - co 2 dni coś nowego. Tak, lepiej mi robić dania na 2 dni - wtedy drugiego dnia tylko odgrzewam i mam o tyle więcej czasu.
Potem z tej tabeli wypisuję wszystkie składniki potrzebne mi do zrobienia potraw, uwzględniam to w budżecie zakupowym i .. gotowe!
Zawsze wieszam tabelę na lodówce, żeby mąż cieszył się oczekiwaniem na dany dzień, kiedy będą jego ulubione dania.

Zakupy i ich planowanie.

Zawsze miałam ten problem: idę do sklepu bez planu na jedzenie, kupuję to co wydaje mi się ok, wracam do domu... i dalej nic nie mam a wydałam 150 zł. Za to mam czekoladę. Fajnie? No nie.
Pieniądze ulatywały mi jak balony na emausie (pozdrawiam wiedzących o co chodzi). Postanowiłam wszystko zaplanować.
Stworzyłam budżet. Polega on mniej więcej na tym, że wyliczyłam z zawyżeniem ile kosztują u nas w domu podstawowe produkty z każdej dziedziny jakich używamy codziennie. Podliczyłam ile tego wszystkiego schodzi na miesiąc, np: 1 kostka mydła, 2 opakowania płynu do naczyń itp. Potem policzyłam ile wynosi nas wszystko co kupujemy w jeden miesiąc czyli każdą z oszacowanych cen pomnożyłam przez ilość sztuk którą potrzebujemy i wszystko dodałam. Cena która wyszła, została podzielona przeze mnie na 5 ( miesiąc ma niecałe 5 tygodni). Wyszło mi, że na tydzień starcza mi na wszystko 150 zł. I od tego momentu, jednego dnia w tygodniu szłam na zakupy i kupowałam do 150 zł wszystko. Zwykle mi zostawało, bo kupowałam tylko chleb codziennie na świeżo. Potem wprowadziłam kategorie i np na dzieci wydawałam miesięcznie 80 zł, na jedzenie tygodniowo 100 zł, na chemię tygodniowo 30 zł. Zrobiłam tak, bo ciężko liczyć wszystko na tygodnie a małe rzeczy na miesiące. Tutaj sami musicie wybrać, jak Wam odpowiada.

Likes

Comments

To dopiero mój trzeci post, a rok już się kończy - mimo wszystko coś nowego się zaczyna. Myślę, że lepszego.

2017 rok upłynął mi.. różnie. Nie było samych wzlotów, ani samych upadków. Najgorszego co mnie spotkało w tym roku nie przytoczę bo to zbyt osobiste, ale najlepszym były narodziny Aurelki w czerwcu.

Nauczyłam się, że nie ważne jak jest źle, jak nam ciężko- i tak to przeżyjemy, więc musimy zrobić wszystko by to było jak najprzyjemniejsze. Nauczyłam się tego od męża, za co bardzo mu dziękuję.

Chcę Wam bardzo podziękować za ten krótki czas w 2017 roku, który spędziliśmy razem, życzę Wam i sobie kolejnych wpisów dzięki którym będziecie chcieli spędzić czas na tym blogu. Bez Was go nie ma.
Pragnę Wam życzyć wszystkiego tego, co życzę przyjaciołom:
zdrowia bo bez zdrowia niczego nie ma,
spełnienia marzeń i postanowień noworocznych,
osiągnięcia zamierzonych celów,
radości,
tego by nadchodzący rok był tylko lepszy,
oraz standardowo - szampańskiej imprezy do samego rana :)

A Wy, załatwiliście wszystkie swoje sprawy przed końcem roku? Wierzycie ,że jaki Sylwester to taki cały rok? Czy może skupiliście się na zabawie?

DO SIEGO ROKU !

Likes

Comments

Święta, święta.. i po świętach. Opada powoli świąteczny czar i wracamy do szarej rzeczywistości - witam się z Wami i zapraszam na nowy post.


Przykro to mówić, ale nadal spotykam się w Polsce z mentalnością "zastaw się, a postaw się", na szczęście coraz rzadziej. Ludzie potrafią nawet wziąć kredyt żeby kupić najlepsze prezenty i najładniej udekorować dom - w skrócie, kupują to na co nie byłoby ich stać. Inni nie biorą kredytów, ale przeznaczają na święta fundusze na jedzenie czy opłaty. Reasumując, zadłużają się i nie pozostaje im nic innego, jak zdobyć fundusze by żyć na w miarę dobrym poziomie.

1. Sprzedajemy swoje rzeczy.

Najprościej. Dobrze wychodzi nam kupowanie, to ze sprzedawaniem też damy radę.. a że sprzedajemy swoje rzeczy? Kogo to obchodzi, przecież to moje - niekoniecznie. Zaczyna się od drobnostek, najpierw sprzedaje coś czego nie potrzebuje, co leży i się kurzy. Potem przyjemności bez których mogę się obyć. Następnie potrzebne rzeczy. A na koniec leci wszystko..
Znam dużo ludzi, dopiero zaczynają żyć na swoim i w trudnych sytuacjach szukają pomocy w lombardach, na stronach sprzedażowych, czyli wszędzie tam gdzie można coś szybko upchnąć. Bo cisną ich terminy zapłaty.
Od razu zastrzegam, nie mam nic przeciwko sprzedawaniu rzeczy - sama to robię - ale przeciw wyprzedawaniu całego domu od dupereli po rzeczy podstawowe, konieczne do życia. Trzeba zachować umiar, mieć zasady i ich przestrzegać. Dla mnie świętą zasadą jest nie sprzedawanie rzeczy dzieci (wyjątkiem są ubranka lub rzeczy z których już nie skorzystają z racji wieku). Tak samo nie wyprzedaję rzeczy męża, rzeczy których używam codziennie.

2. Oszczędzanie na lekach / jedzeniu

Kiedyś wpadłam na genialny głupi pomysł oszczędzania na jedzeniu i lekach. Jedzenie kupowałam najtańsze, jak najmniejsze porcje. Leków przy chorobie nie kupowałam, leczyłam się tym co oferował pobliski sklep na półce przy kasie. Gdy w moim życiu pojawiły się dzieci, natychmiast to zmieniłam - jeżeli Ty czytelniku robisz tak, zrób to co ja i skończ z tym. Nikomu nie przynosiło to korzyści - pieniądze szły, nikt się nie najadał, nikt nie zdrowiał. Dodatkowo, w przeliczeniu długoterminowym, wyszło że za moje "oszczędzanie" płacę nawet 3 razy więcej często niż raz a porządnie. Zamiast na jedzenie wydać 100 zł tygodniowo i na leki 50 zł, mieć porządnie zaopatrzoną lodówkę i dobre, działające lekarstwo - ja miałam za 80 zł razem śmieciowe zapychacze i paracetamol. Zmieniłam podejście, teraz wydaje mniej pieniędzy (tygodniowo wydaje więcej, w rozliczeniu miesięcznym i rocznym wychodzi mi taniocha), jestem najedzona i zdrowa. Nie odbierajmy sobie tego, co potrzebujemy.

3. Kupujemy sprzęty najgorszej jakości.

Tutaj jest bardzo podobnie jak w punkcie nr 2 - kupujemy po taniości.
Teraz wyobraźcie sobie sytuację: chcecie kupić odkurzacz. Macie psa który gubi sierść i alergika w domu. Potrzebujecie specjalnego odkurzacza, który dobrze pozbędzie się sierści i najdrobniejszego kurzu. I gdzie idziecie? Nie do markowego sklepu, specjalistycznego z szerokim asortymentem - idziecie do hipermarketu. Kierujecie swoje kroki na dział "dla domu", znajdujecie 10 odkurzaczy. Cena od 150 zł do 999 zł. Oczywiście bierzecie ten za 150 zł - po co przepłacać? Teraz tylko eksplorujcie go codziennie i liczcie na to, że przetrwa lata.
Umówmy się - za 150 zł nie kupicie takiego sprzętu jaki jest Wam potrzebny. Oczywiście można kupić nowy odkurzacz za 150 zł w markecie, on odkurzy i będzie czysto, ale nie poradzi sobie z malutkim kurzem i nie będzie dobry dla alergika. Będzie ok dla kogoś, kto nie ma specjalnych potrzeb. No i na pewno nie będzie na lata. Ewentualnie będzie z wami 3 lata, w tym 7 razy w serwisie za który w większości zapłacicie (gwarancja zwykle kończy się po roku). Sumując, kupicie za 150 zł odkurzacz który średnio spełnia wasze potrzeby, a wydacie na niego przez 3 lata więcej niż na dobry odkurzacz spełniający Wasze wymagania.
Trzeba obrać przelicznik na to ile zapłacę realnie na przestrzeni np 5 lat użytkowania, a nie ile taniej zapłacę przy zakupie. Dzięki temu zapłacimy raz a za dobrą rzecz, a nie tanio i wielokrotnie dopłacając.

4. Kredyty, chwilówki i inne skoki...

Na ostatnim miejscu najgorsze. Mniejsze zło, jeżeli bierzesz kredyt w swoim własnym banku jako stały klient - wtedy nikt Cię nie oszuka, jesteś ubezpieczony od różnych nieprzewidzianych zdarzeń, wszystko jest zgodne z normami unijnymi i naszym prawem. No i zawsze można się jakoś dogadać, w razie najgorszego wypadku.
Trochę kiepsko, nawet bardzo kiepsko kiedy zamiast do banku traficie do parabanku po chwilówkę. Tam zasady wzięcia pożyczki piszą tak, byś nic nie rozumiał, wplatają wiele kruczków, omijają czasem niektóre przepisy, raty są często powyżej Twoich możliwości a odsetki wciągają w długi. Wciągają do BIKu (BIK - biuro informacji kredytowej).
Pewna moja znajoma wzięła kredyt w parabanku - wyprowadziła się z domu, musiała mieć pieniądze na pierwszy miesiąc życia, ubrania, jedzenie. na studia, życie itp. Przyjmijmy, że wzięła 2000 zł kredytu, pracuje od pn do pt za kilka złotych za godzinę. Wszystko jest stabilnie, płaci raty, oszczędza. Nagle szef oznajmia, że jest zwolniona (nie ważne czemu, ważne że właśnie straciła źródło dochodu). Przychodzi pora na spłatę raty kredytu, zapłacenie rachunków i coś trzeba zjeść. Zapłaciła za mieszkanie, kupiła trochę jedzenia i na rate nie starczyło. Ma zapłacić następnym miesiącu dwie raty, ale pracy nie ma, pieniędzy nie ma. Poszła do innego parabanku, przyznali jej pieniądze od razu, zapłaciła wszystko - jest ok, z tym że ma już dwie pożyczki w dwóch różnych parabankach. Sytuacja się pogarszała, zadłużyła się, wpadła w spirale - dwie pożyczki, odsetki za opóźnienia, kolejne raty, mniej pieniędzy. . .
Jej pomogli rodzice, później małżonek, spłaciła wszystko - ale Tobie czytelniku może się nie udać. Może być gorzej.
Możesz w pewnym momencie zostać bez niczego, z długami które próbuje ściągnąć od Ciebie komornik, a Ty w BIKu wisisz na czerwono z napisem "dłużnik".

Postanowiłam napisać ten tekst, widząc jak wielu moich znajomych właśnie wyprowadza się od rodziców, idzie na swoje. Pamiętając własne początki, borykanie się z dorosłością, problemami finansowymi, postanowiłam podzielić się kilkoma radami by oni mogli uniknąć wielu nieszczęść na przykładach które podałam.

A jak wyglądały Wasze początki "na swoim"? Dawaliście radę sami, pomagali Wam rodzice czy może korzystaliście jednak z tych 4 punktów? Jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi.

Likes

Comments

Kolejny dzień ogarnęłaś wszystko perfekcyjnie, brawo matko. Siadasz na kanapie z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku z kubkiem ciepłej herbaty, spokój gra Ci w duszy... nagle mimochodem podziwiania pięknie wysprzątanego domu zerkasz na kalendarz. W tym momencie wszystko staje w miejscu, ogarnia Cię zmęczenie pomieszane z frustracją, niechęcią bo właśnie sobie uświadamiasz... że zostało kilka dni do Wigilii.

W głowie wyliczasz co trzeba kupić, jakie zrobić potrawy, jakie kupić prezenty, ile będzie osób, co zrobić z dziećmi,... spokojnie. Mimo że zostało kilka dni, nie musisz zapierniczać jak rolnik w polu - zaraz Ci powiem jak to zrobić.

Dzieci

Zacznijmy od kwestii podstawowej - nic nie zrobisz jak masz przy sobie dzieci. Po prostu. Ewentualnie zrobisz to 5 razy dłużej ale tutaj chodzi o szybkość. Propozycji jest kilka - najłatwiej oddać babci/cioci/niani, ale każda z nich także przygotowuje święta i ciężko na ostatnią chwilę znaleźć kogoś do dziecka. No nikt nie rzuci lepienia pierogów dla opieki nad Twoim dzieckiem.
Można poprosić o opiekę nad młodszym dzieckiem starsze. Czemu nie? Można włączyć TV - ale dzieci nie będą przylepione do ekranu przez kilka dni więc to pomysł na te 15 minut dla siebie. Mąż prawdopodobnie jest w pracy więc jego pomoc ograniczy się do wieczorów, może także nie masz tego rodzeństwa dla dziecka. Tutaj pojawiają się puzzle, książki z naklejkami, książki z zadaniami, ciastolina, klocki. Dla młodszego dziecka mata edukacyjna, bujaczek by patrzyło na mamę, huśtawka hybrydowa która sama buja dziecko, książeczki kontrastowe i zabaweczki sensoryczne.

Sprzątanie i gruntowne porządki

Powiem wprost - darujmy sobie pranie firanek, mycie okien - chyba że faktycznie nic przez okna nie widać a firanki czy zasłonki są w ketchupie. Wtedy po prostu zawieś nowe a stare zapierz, wysusz i schowaj na czas wiosennych porządków. Do reszty spraw porządkowych trzeba zrobić plan: dzisiaj robimy to, jutro tamto a po jutrze.. co innego. Tylko ważne w tym wszystkim jest "my" a nie "mama". Trzeba podzielić zadania między wszystkich członków rodziny. Najważniejsze jest to by nie dokładać sobie obowiązków - nie musi być sterylnie czysto i perfekcyjnie błyszcząco. Polerowanie szkła, mycie bibelotów, odświeżanie biblioteczki, remanent garderoby czy składziku na ostatnią chwile nie jest dobrą opcją. Skoro mogło tak być do świąt to do wiosennych porządków też, a już na pewno do czasu po Wigilii.

Gotowanie i świąteczne pitraszenie..

Wigilia to taki piękny posiłek na której podaje się w 90% to samo w każdym domu. Są wiadomo drobne różnice w zależności od regionu, od kultury i tradycji danej rodziny, są dania specjalne ale ogólnie - jemy to samo. Czemu by więc Gośka z Kaśką by się nie spiknęły i razem nie ulepiły tych 200 pierogów i podzieliły się na pół? Razem zrobiłyby szybciej a jeszcze w miłym towarzystwie pogadały a dzieci by się razem pobawiły - no genialne w swojej prostocie! Ale że ja nie mam bliskiej, serdecznej koleżanki z niedaleka to muszę zrobić te wszystkie potrawy sama. Najprościej po prostu je kupić - oszczędzam czas na przygotowanie ich, oszczędzam stres czy mi wyjdzie czy nie, oszczędzam nerwy przy lepieniu i gotowaniu no i zyskuje czas dla dzieci, domu, siebie.
Jednak zostaje kwestia dań których po prostu nie da się kupić: tutaj albo trzeba je zrobić samemu, albo zrobi je za nas robot. Teraz, to nie jest żadna reklama jakby ktoś miał mi to zarzucić.
Robot? Robot. Thermomix, Lidlomix i inne tym podobne wynalazki milion w jednym które zrobią za nas wszystko. Ja mam akurat Carrefouromix i sobie chwalę. Wyrobi mi ciasto, ugotuje, zmieli, podgrzeje i tym podobne, kiedy to ja po prostu odpocznę. Bardzo fajna sprawa, zwłaszcza że akurat ten model który ja mam ThermoMaster Kalorik jest w Carrefour na przecenie z 799 na 599 do końca roku.

Dekorowanie, choinka i bezpieczeństwo

Wiadomo, że ważne są dekoracje - to one przypominają nam o zbliżających się świętach, budują ten piękny klimat. Girlandy, wieńce, stroiki, lampki i choinka z bombkami... wszystko piękne. Jak się za to zabrać? Przede wszystkim wyjąć z pudła i przetrzeć, bo nie ważne jak piękna jest ozdoba gdy stoi zakurzona czy po prostu brudna. Niekompletne lub zepsute dekoracje również polecam wyrzucić - one już nikogo nie oczarują. Warto przy małych dzieciach wybrać ozdoby papierowe, drewniane, plastikowe - szklane i tłukliwe, delikatne ozdoby mogą nie tylko się rozbić przy pomocy małych rączek ale i zrobić krzywdę. Żywo płonące świece odpalajmy tylko poza zasięgiem dziecka i w obecności dorosłego, najlepiej na wysokości. Nigdy nie zostawiajmy otwartego ognia gdzieś, gdzie zwyczajnie nas nie ma. Choinki przy dzieciach postawmy małe, lub duże ale z nietłukącymi bombkami, najlepiej jeszcze bez drutów. Małe choinki łatwo położyć wysoko, a duże proponuje również postawić na podwyższeniu, zastawić meblem lub barierką w zależności od możliwości i wieku dziecka. Do dekorowania domu warto zaprosić starsze dzieci - ich wyobraźnia i gust są nietypowe, często bardzo ładne. Dodatkowo, sprawi im to radość ,że mogą decydować w ej kwestii i pomóc rodzicom.

Reasumując, najważniejsze jest zdrowe podejście do wszystkich kwestii, a nie ślepe dążenie do perfekcjonizmu. Pewnie ,że fajnie mieć wszystko na tip top, ale czy nie lepiej mieć porządnie bez wyrzeczeń?  Najważniejsze w świętach jest ten klimat, czas spędzony z rodziną, bliskimi. Warto celebrować każdy dzień świąt, ich radość która wszystkich, mam nadzieję, ogarnia.

Jak jest u Was z przygotowaniami do świąt? Kiedy się zaczynają i kto, w jaki sposób je wykonuje?


#christmas #christmasfeeling #christmastime #przygotowania #do #swiat #świąt #święta #wigilia #dziećmi #przygotowaniadoswiat #wigiliazdziećmi #czas #czasświąt #czasswiat #gotowanie #sprzatanie #dekorowanie #polskieswieta #polska #poland #rady #dobrerady #radymamy #blog #parenting #lifestyleblog #lifestyleblogger #lifestyle #blogtime #organizacjaczasu #organizacja #czasu #organizacjaswiat 

Likes

Comments