Lizbona, Lizbona, Lizbonetta, Lizbonka, czy jak ją tam zwę w swojej głowie.

Marzyłam o niej od dawna. Właściwie Portugalia od małego była w mojej głowie, ale wydawała mi się takim planem, który zazwyczaj odkłada się na później. Nawet bez jakiegoś większego powodu. Po prostu to jedna z tych rzeczy, które zamyka się w szufladkach z napisem "mam na to czas". Niby nigdy nie wiadomo, czy ten czas jest, czy będzie, czy kiedyś będzie nam dane wypełnić pulę marzeń ze strefy "mam na to czas", ale i tak nałogowo wiele osób przesuwa tak swoje marzenia.

Myśląc o Portugalii, zawsze najbardziej po głowie chodziły mi Azory. Kontynentalna część nie była taka oczywista, choć teraz przypomniało mi się, że będąc dzieckiem, bawiłam się z moim bratem w odbywanie długich podróży samochodem. Braliśmy atlas, siadaliśmy na podłodze i udawaliśmy, że jeździmy po całej Europie. Ok, w rzeczywistości odzwierciedlaliśmy nasze prawdziwe życie, z tą małą różnicą, że do Portugalii nigdy naprawdę nie dojechaliśmy, a w naszych zabawach Lizbona często była punktem finalnym.
Może właśnie dlatego utknęła mi gdzieś głęboko w głowie.

Wiecie, że jeszcze troszkę i w tym roku by mnie tam nie było? Pomylili numery mojego biletu przez co nie mogłam lecieć na opłacony bilet i mój chłopak sprezentował mi kolejny, godzinę przed odlotem, na piękną sumkę 1800 zł w jedną stronę. So crazy.
Oczywiście linia przyznała się do błędu, ale odzyskaliśmy tylko część kwoty.

Taki niemiły epizod nie mógł jednak zniszczyć mojego wakacyjnego humoru.


Generalnie jestem bardzo zorganizowaną osobą. Z tego to powodu jeszcze przed wyjazdem spisuję na kartce miejsca, które na pewno chce zobaczyć, muzea, które mi się marzą, ceny wejść, a także ciekawe restauracje i cukiernie.

Zaraz po przylocie byliśmy oczywiście bardzo głodni. Było już ok. 20 i zdecydowaliśmy, że pójdziemy do jednej z restauracji znajdującej się w pobliżu naszego hotelu. Udaliśmy się więc do restauracji Antonio, która miała setki ocen na google i średnią ocenę 4,2 na 5 możliwych gwiazdek. Wydało mi się to całkiem sporo. No właśnie, wydało mi się.
Lokal ciągle pełen był Portugalczyków i szczerze nie wiem co oni widzieli w tym miejscu.
Zamówiłam sobie coś co nazywało się... stek? Na stek to nie wygląda, ale ok. Fakt, że było to danie dość ekonomiczne, ponieważ kosztowało 10, albo 11 euro, no, ale... Czy według was to wygląda smacznie?
Według mnie zupełnie nie i w dodatku wygląd potwierdził moje obawy. To naprawdę było okropne!


W każdym razie to danie całkowicie mnie zdołowało... Czy tak wygląda jedzenie w Portugalii?! Chciałam natychmiast wrócić do domu do moich kluseczków i pizzy. Ze łzami w oczach powtarzałam mojemu chłopakowi, że musimy znaleźć dobrą włoską knajpkę, albo będzie mnie mieć na sumieniu. Ja w ogóle nie jestem fanką mięsa, a już na pewno nie takiej podeszwy!!

Na całe szczęście dzień później znaleźliśmy naprawdę uroczą knajpkę o nazwie Maracana. Niby tylko 3,3 gwiazdki według google i jak tu wierzyć opinią innych?! Jedzonko bajka, a obsługa? Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu miałam tak miłych kelnerów jak właśnie tam. Po tygodniu byliśmy już prawie jak przyjaciele ;D. Bo zaczęliśmy tam jeść wszystkie obiady i kolacje, gdy tylko jedliśmy w Lizbonie.

Ośmiornica ze zdjęcia niżej kosztowała jakieś 13-15 euro. Pyszne ryby też ok.15. Jadłam tam też przepyszne ciastka, których nazwy niestety nie pamiętam, ale były doskonałe. Z migdałami i słodką masą w środku. Palce lizać!

Jedliśmy też pycha rybne burgery! To był mój pierwszy burger z rybą w życiu, ale muszę przyznać, że bardzo ciekawy smak. Do tego chyba najlepsze frytki oraz lemoniada, jakich dane mi było próbować. :) Miejsce nazywa się O prego da peixaria.

Jeśli chodzi o słodkości to po prostu trzeba spróbować tradycyjnych portugalskich ciastek czyli Pasteis de Nata. Kupuje je się w miejscu, które obrosło prawdziwą tradycją i ponoć jako pierwsze wprowadziło te słodkości na rynek. Chyba nawet nasz hotel je od nich sprowadzał, bo na śniadanie zawsze było dużo przepysznych i świeżych Pasteis de Nata. A my jeszcze przed wylotem jechaliśmy taxówką na koniec miasta, aby kupić te oryginalne! Pycha! Jedno ciasteczko kosztuje chyba trochę mniej niż 2 euro. Nie jestem pewna. Prawie tak samo dobre można zjeść także w centrum miasta w Cafe Portugal.

Jeśli chodzi o lody, całkowicie oczarowały mnie te z Gelateria Portuguesa. Tak dobre jak włoskie i mega duży wybór przeróżnych smaków. Yummy.

Całkiem dobre desery lodowe można zjeść także w Nosolo Italia, ale uwaga. Taki deser kosztuje tyle co obiad, czyli 12-15 euro.

Pisząc o miejscach gdzie można zjeść dobrze będąc w Lizbonie, zastanawiałam się, czy powinnam brać pod uwagę także miejscowości znajdujące się w pobliżu. Podczas wycieczek oczywistym jest, że jedliśmy poza Lizboną. Z wielu, postanowiłam wybrać jedną, która podbiła moje serce. Nie jest to kuchnia portugalska, a indyjska, ale tak dobrej indyjskiej jeszcze nie jadłam! Restauracja Masala w Cascais to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Nie bez powodu została wybrana przez Tripadvisor najlepszą restauracją w okolicy. Pyszne jedzonko. Aż pewnego razu pojechaliśmy tam specjalnie po to, aby jeszcze raz je zjeść, ale ciiiiiiiiiiii....

Bloguj z telefonu komórkowego - Nouw - jedna z najlepszych aplikacji do blogowania - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Dziś moje myśli krążą wokół zaręczyn. Nie moich! Ahah. Czasami po prostu odzywa się we mnie jakaś dziwna romantyczka, która układa w głowie idealny świat pełen romantycznych gestów, których pewnie już nikt na tej ziemi nie robi.

Jestem mistrzynią w powracaniu myślami do wszelkich minionych momentów. Czasami wspomnienia jawią mi się jaśniej niż rzeczywistość. Może dla jednych to wada. Ktoś by powiedział "Oh żyjesz tylko przeszłością". Dla mnie nie ma przeszkód, aby zgrabnie łączyć minione momenty z tym co następuje. Paradoksalnie bardzo często przeszłość daje mi siłę, aby tkwić w teraźniejszości.

Wiecie, że kiedyś zostałam zaproszona na zaręczyny? Troszkę śmieszne, prawda? To znaczy, nigdy nie słyszałam o zapraszaniu na oświadczyny. Zazwyczaj jest to intymny moment dwójki kochających się ludzi i braknie tam miejsca dla gapiów. Może tak właśnie powinno być, ale ostatecznie każdy przeżywa swoje zaręczyny, tak jak sam tego chce.

Cała rzecz działa się w malutkim miasteczku na Sycylii. Miasteczku, które naprawdę z trudem znajduje się na mapie. Jest tak małe, że googlowską mapę trzeba przybliżać w nieskończoność, aby zobaczyć chociaż jego zarys. A ponoć są to najdokładniejsze mapy ever. Nie wnikam.

W każdym razie w miasteczku mieszka nieco ponad sto osób. Nic dziwnego, że już po kilku dniach wszyscy zaczęli się ze mną witać i pytać o samopoczucie. Każdy widział, że jestem z poza, a mimo to czułam się tam jakoś tak swojsko i doskonale. Pomińmy incydent, gdy siłą zostałam wepchnięta do auta (skończyło się dobrze, keep calm, ale wtedy nie było mi do śmiechu!). Tak czy siak, pewnego upalnego, lipcowego dnia miejscowy gangster (ok nikt nie mówił tego głośno, ale każdy o tym wiedział. Gdy spędzasz troszkę czasu na Sycylii, rozmawiasz z ludźmi, a przede wszystkim obserwujesz, szybko zaczynasz zdawać sobie sprawę kto tam jest kim), postanowił poprosić swoją śliczną wybrankę o rękę.

Dostałam zaproszenie na tą okazję od samego przyszłego pana młodego. Bo czemu nie? Skoro mieszka tam tylko sto osób...a przyszła panna młoda zasługuje na uwagę!

Przygotowania trwały już od rana. Basen przed villą mężczyzny zamienił się za sprawą kilku sprawnych organizatorów, w różany dywan. Płatki różowych róż unosiły się lekko na wodzie, nie pozostawiając praktycznie wolnego miejsca. Muzyka na żywo, wielkie, czerwone balony w kształcie serc, długie świece wzdłuż basenu... I śliczna przyszła panna młoda z zawiązanymi oczami, przywieziona przez swojego tatę. Niby nie jestem fanką takich ckliwości, ale ten moment był mega uroczy i wzruszający.

Lubię powracać tam w głowie. Czasem coś się we mnie blokuje, ale potem włączam ukochaną muzykę i znów jestem na wszystkich tych ulicach, których zapach tak dobrze pamiętam, że poszłabym wszędzie z zamkniętymi oczami.

Carl Brave i Franco 126 już rok temu sprawili, że zakochałam się w ich słowach i nie mogę przestać ich chłonąć. Nie jest to typ muzyki, który przypadnie do gustu każdemu. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna włoskiego oraz słów prosto z rzymskiej "gwary". Cała magia tych piosenek to właśnie teksty. Są tak proste, ale tak cholernie życiowe, że za każdym razem słuchając ich, znów jestem w Rzymie. Przecież oni nie śpiewają o niczym specjalnym... Opowiadają jedynie historię z ich codziennego życia. Opisują miejsca, które mijają spacerując po Rzymie. Wspominają o dziewczynie, która wyjechała zagranicę zostawiając jednego z nich ze złamanym sercem. Ich teksty to proste, życiowe historie, które opowiedziane raz w śmieszny, raz w smutny sposób sprawiają, że pragnie się ich więcej i więcej. To takie piosenki do popłakania, do pomyślenia o życiu, do spacerowania w myślach po zaułkach Rzymu.

SEI IN TESTA COME UN PEZZO IN RADIO

Chciałabym umieć kiedyś tworzyć swoje historie właśnie w taki sposób. Iść gdzieś przed siebie i opowiadać. Przecież ciągle tak robię, a jednak nie wychodzi z tego nic wielkiego.




Na koniec muszę wam się poważnie pożalić. Moje serce właśnie pęka z żalu.

Zamarzyło mi się dziś zjeść prawdziwą, zapierającą dech w piersiach sfogliatellę. Taką jak w Neapolu za 1,20 euro. Ciepłą, delikatną, rozpływającą się w ustach.

Poszliśmy więc dzisiaj do Spacca Napoli, które samo w sobie uwielbiam i nigdy jeszcze mnie nie zawiodło. Tak cieszyłam się na moje ukochane ciasteczko, które miało iść ładnie w bioderka, ale po drodze wywołać uśmiech na mojej twarzy. Nic takiego się nie stało. Warszawska sfogliatella, nawet jeśli robiona przez Neapolitańczyków, nie jest neapolitańską sfogliatellą. Wielki smutek, złamane serduszko i znów pozostaje mi czekać aż objem się mojej sfogliatelli za 1,20. Myślę, że to już czas na stworzenie słoiczka na pieniążki z napisem "Na sfogliatellę" oraz na schudnięcie jakiś 10 kg ahah.

A zapowiadało się całkiem nieźle.

Likes

Comments

Marzyło mi się w końcu miejsce, w którym będę mogła napisać co nieco o Portugalii. Myślałam nad tym, aby rozbić wpisy na wszystkie miasta, które odwiedzaliśmy latem 2018 w Portugalii i opisać co mi się podobało, co warto wypróbować, gdzie warto zjeść... Co wy na to? Ten blog w końcu daje mi taką możliwość, ponieważ na blogu włoskim... Eh czasem trudno pisać o czymś innym niż słoneczna Italia. :)

Dajcie mi znać co myślicie o moim pomyśle i czy nie razi was fakt, iż było to jednak już pół roku temu! Hej czasie, możesz się zatrzymać?

Przyznam się wam, że jadąc do Portugalii miałam w głowie jedną myśl przewodnią (między innymi tysiącami myśli, ale ok teraz skupiamy się na jednej), bardzo chciałam spróbować ośmiornicy. Jakoś nigdy wcześniej nie miałam ku temu okazji (ok, okazji miałam setki, chęci jakoś mniej) i byłam ciekawa czy w końcu się odważę.

Odważyłam się i już chwilę później po podjęciu tej jakże przełomowej decyzji, na talerzu przede mną pojawiła się smażona ośmiornica zatopiona w centymetrach oliwy (a ja głupia całe życie myślałam, że to ja używam jej dużo. Portugalczycy wszystko topią w oliwie, jak tylko się da) i otulona cebulką. Ah zapomniałabym. Całości dopełniały pieczone ziemniaczki.



Czy zjadłabym ją drugi raz? Być może kiedy wrócę do Portugalii, znów się skuszę tak, aby przypomnieć sobie jej smak, ale raczej sama w sobie nie zrobiła na mnie niesłychanego wrażenia. Była dobra, trochę jak kurczak, ale zbierało mi się lekko na mdłości, gdy przypominałam sobie co jem.

Opowiem wam jednak piękną historię. Gdy przeprawialiśmy się przez most, tuż pod powierzchnią oceanu zobaczyłam setki, tysiące małych ośmiornic. Było ich tak dużo, że można by odgarniać je rękoma. Nie pozostawał ani jeden wolny skrawek wody, który nie byłby pokryty ośmiornicami.


W Lizbonie spędziliśmy tydzień i miał to być nasz bardzo aktywny tydzień zanim wybierzemy się na południe i mogę was zapewnić, że właśnie taki był. Aktywny i pełen wrażeń. Całe dnie chodziliśmy po Lizbonie, albo wyruszaliśmy poza nią. W hotelu znajdowaliśmy się dopiero późnym wieczorem po to, aby po śniadaniu znów opuścić go na cały dzień.

Powiem wam, że właśnie w tym roku odkryłam w sobie cząstkę osoby wygodnej i lubiącej luksusy.

Generalnie zawsze jest mi wszystko jedno gdzie będę spała. Raczej nie jestem typem osoby marudzącej na zakwaterowanie. Fakt faktem nigdy nie spałam w hostelu, pod namiotem, ani u kogoś obcego, ale standard hotelu nie robi mi dużej różnicy dopóki nie dziele pokoju z kimś obcym i do póki mam w nim łazienkę. To mój chłopak zawsze kręci nosem na każdy hotel, który proponuje i wynajduje same -pięcio i -cztero gwiazdkowe cuda. W tym roku odkryłam jak cudowne jest życie w luksusowych hotelach i zaczęłam rozumieć ludzi, którzy mają tyle pieniędzy, że śpią w miejscach gdzie nocleg kosztuje kilka tysięcy euro. Do tej pory tęskno mi do najwygodniejszego łóżka na świecie, miliona poduszek i śniadań, na które wybrać można było sobie jedno z tryliona dań, ciast i owoców. Jeśli wrócę do Lizbony to po to, aby spać w tym właśnie hotelu. Nawet jeśli brzmi to próżnie to w końcu każdy ma prawo do odrobiny luksusu!


Portugalia uświadomiła mi także, że moja orientacja w terenie to jedna wielka kpina. Myślałam, że jestem w tym coraz lepsza, ponieważ w Italii tak dobrze się orientuję..., ale co tam. Portugalia to osobna historia, a moja orientacja w terenie to nadal jedna wielka kpina. Czemu ja wiecznie się gubię? Czy jeszcze ktoś na tym świecie ma tak jak ja i nawet z włączoną nawigacją chodzi w kółko? Nie mówię, że to jakoś bardzo źle... Takim sposobem poznać można wiele interesujących miejsc, ale... Cholera czasem chciałabym trafić prosto do celu!

Likes

Comments

Helloooo!

Wiecie co było (i w sumie nadal jest) moją największą lekcją życia? Zdecydowanie możliwość podróżowania. Wyjazdy, nowe kultury, znajomości i przeżycia, uczą pokory, cierpliwości, ale także i zrozumienia oraz akceptacji otaczającego nas świata.

Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, za którą jestem bardzo wdzięczna to byłaby to możliwość podróżowania od pierwszych chwil życia. Moja pierwsza zagraniczna podróż odbyła się, gdy byłam jeszcze w brzuszku. Kolejna niewiele później.

Są osoby, które mają wakacje/ wyjazdy co tydzień. Są osoby, które są wiecznie w trasie, ale nie oszukujmy się... Jest bardzo bardzo dużo osób, które nigdy nie wyjechały poza swoje miasto czy kraj, albo robią to od niedawna. Dlatego możliwość nauki świata od najmłodszych lat, była jedną z najlepszych rzeczy jakie mnie spotkały i swoim przyszłym dzieciom także nigdy nie pozwolę zamknąć się w czterech ścianach czy hotelach all inclusive.

Podróżowanie nauczyło mnie też, że dobrze jest stosować się do pewnych punktów. Oczywiście nie mam na myśli planowania krok po kroku co się zrobi, jak się zrobi i, żeby broń Boże się w czymś nie pomylić! Chodzi o pewien mały plan, który znajduje się w środku nas i naturalnie nam towarzyszy.


Przede wszystkim za każdym razem, gdy gdzieś jadę, przygotowuje sobie podstawowe zwroty i uczę się zasad czytania w danym języku. Będąc w Portugalii, przed wyjazdem ogarnęłam zasady pisowni i zasady wymowy i robię to za każdym razem, gdy jadę gdzieś indziej niż Polska czy Włochy. Najgorzej było w Belgii i Holandii, ale jako że wzięłam się do tego odpowiednio wcześniej, dałam radę!


Zawsze, gdy jestem też w nowym kraju, chce poznać mieszkających tam ludzi. Dlatego też nie lubię zamykania się w hotelach all inclusive i w życiu nie wyobrażam sobie, że mogłabym spędzić taki wyjazd nad basenem... Lubię wychodzić do ludzi, rozmawiać z nimi, poznawać kulturę.


Jem tam gdzie lokalsi. To chyba podstawowa rzecz. Można jeść w najlepszych knajpach w danym kraju, ale po co? ;) Lubię iść tam gdzie polecają mi osoby mieszkające w tym mieście od zawsze. O wiele lepiej smakuje pizza za 3 euro w knajpce gdzie wszyscy się znają i trudno do niej trafić, niż wykwintne danie w wielkiej, anonimowej restauracji. Nie jadam też nigdy połączeń typu: Sushi we Włoszech, sajgonki w Portugalii. :)


Prowadzę dziennik. Kiedyś było to łatwiejsze, ponieważ jeśli nie zapisałam gdzie robione były dane zdjęcia i w jakich okolicznościach to już niestety robił się kłopot. :P Stare aparaty nie pokazywały lokalizacji, a jeśli na przykład w miesiąc odwiedziliśmy kilkadziesiąt miejscowości....? Teraz aparaty i telefony pokazują nam wszystko, ale wolę i tak zapisać swoje emocje i doświadczenia. Nawet w bardzo krótkiej formie.


Odwiedzam miejsca, które czasem trudno znaleźć na mapie. Pewnie wiele osób zdziwiłoby się jak dużo można w takich miejscach przeżyć i odkryć. :)


Nie są to wszystkie moje podróżnicze triki, ale szczęśliwa piątka, którą zawsze mam przy sobie.

A wasza jakby wyglądała? :)


Likes

Comments

Nigdy nie udaje mi się napisać drugi raz tak dobrej rzeczy, a niestety skasowałam przez przypadek gotowy wpis. Typowa Monika rąbnęła w klawiaturę, obraziła się na cały świat i obiecała już nigdy nic nie napisać, ale potem na całe szczęście wraca ta "ogarnięta Monika" i jestem tu znów, pisząc to samo choć zupełnie inaczej i zdecydowanie bez polotu. No cóż, drugi raz nic już nie jest takie cudowne.

Dziś między jednym, a drugim zleceniem, przypomniało mi się o mojej ukochanej włoskiej zupie cebulowej. Trochę dziwny moment jak na takie wspominki, ponieważ pisałam akurat o sensie i zaletach Google AdWords więc szczerze nie wiem czemu moje myśli uleciały tak daleko, że aż natrafiły na aromat zupy cebulowej.
Zupy idealnej na smutki, wahania nastrojów czy po prostu na zimowe popołudnia, gdy jedynym czego chcemy to po prostu rozgrzać się. Oj tak, ta zupa rozgrzewa. Dawkę białego wina, którą powinno się do niej dodawać zawsze mnożę razy dwa i takim to sposobem uzyskuje naprawdę wzmacniany posiłek. Podwójna ilość wina wszak nie zdąży mi wyparować, ah. Może ta zima nie jest zbyt typowa. Za oknem mocne słońce, a termometr wskazuje sześć kresek na plusie, ale zima to jednak zima, prawda? Skoro w tym roku odpadają mi śnieżne wieczory pod kocem z kubkiem gorącej czekolady w lewej łapce, bitwy na śnieżki i widok zamarzającej Wisły, to jak mogłabym zrezygnować dobrowolnie przynajmniej z zimowej zupy?
Włoska zupa cebulowa jakoś zawsze poprawia nastrój i unosi kąciki ust wysoko do góry.



Jakoś te zimowe rozterki przypomniały mi także o tym jak bardzo chciałabym mieszkać z widokiem na morze. Mogłabym mieć nawet najmniejsze mieszkanko jeśli tylko mogłabym co ranek spoglądać na spokojny Adriatyk. Adriatyk zawsze będzie dla mnie morzem idealnym, tym, nad którym stawiałam swoje pierwsze kroczki. Adriatyk oznacza kąsające w stopy kraby, zbieranie lirów po każdym sztormie, zawieranie nowych znajomości, ozłoconą skórę i tysiące wspomnień, które zmieniły coś we mnie na zawsze.

Widok morza po prostu mnie uspokaja i sprawia, że nie myślę o rzeczach, które na co dzień mnie mocno dotykają. Szum rozbijających się o brzeg fal, siła, niekończące się błękity i świadomość, że to samo morze gdzieś daleko stąd, obmywa inne wybrzeże. Kocham się w morzu odkąd tylko pamiętam.


​Myśli o przeprowadzce nad morze boleśnie uświadomiły mi, że potrzebuję nowego regału, a najlepiej pięciu. Od dłuższego czasu już żyję na kartonach, bo niespecjalnie opłaca mi się już dbać o porządek i zbędnym jest upychanie wszystkiego po szafach skoro i tak niedługo będę musiała to zabrać. Wciąż jednak przybywa mi książek. Otaczają mnie z każdej strony, a ja ciągle ściągam jakieś zbędne przedmioty z półek tylko po to, aby ustawić tam książki. Mam czasem wrażenie, że nie zapanuje nad tym chaosem i tony stron po prostu przysypią mnie na śmierć. Wyobraźcie sobie, że mam setki ubrań, co najmniej pięćdziesiąt swetrów, podobną ilość butów, koszulek, spodni i przeróżnych innych elementów garderoby. Wyobraźcie sobie tą masę rzeczy, a potem pomyślcie, że wszystko to nic przy ilości książek jaką posiadam. W całym swoim życiu zdecydowanie zgromadziłam najwięcej książek. Dopełniają one moje życie i nadają mu sens. W ciągu tygodnia dwie, trzy, cztery zostają przeze mnie przeczytane, a liczba tych czekających na swoją kolej, nigdy się nie zmienia, bo w między czasie kupuję lub dostaję coś nowego. Po powrocie z Neapolu kiedy to przywiozłam ze sobą kolejnych pięć pozycji... obiecałam sobie, że koniec z kupowaniem książek. Od tej pory dostałam ich kolejne piąte tyle. Tonę w książkach i przyznam, że to przyjemna katastrofa, ale serce ściska mi się na myśl, że nigdy nie przeczytam wszystkich książek świata. Wciąż tak mało wiem o życiu. 


Likes

Comments

2017 był rokiem przełomowym w wielu kwestiach.

Nie powiem, że był łatwy, bo wiele wydarzeń negatywnie odbiło się na moim zdrowiu i samopoczuciu, ale uważam, że wszystko wydarza się po to, aby czegoś nas nauczyć. Nie wierzę w "puste sytuacje". Nawet jeśli coś dzieje się przez naszą głupotę czy niedopatrzenie, finalnie powinno dać nam cenną lekcję.

2017 rok miał być moim ostatnim w Polsce, ale ostatecznie zmieniłam zdanie, a może po prostu odwlokłam wszystko w czasie.

Kilkakrotnie rozstałam się z moim chłopakiem i zeszłam się z nim na nowo co kosztowało mnie wiele łez i energii.

Skończyłam lucky 23 lata.

Odkryłam jak zarabiać na jednej z moich największych pasji, czyli na pisaniu.

Ukończyłam uniwersytet i założyłam mój wyśniony wieniec laurowy, który marzył mi się odkąd zobaczyłam go w Bolonii jakoś w 1998 roku.

Miałam okazję spotkać się z moimi przyjaciółmi, którzy na co dzień mieszkają dość daleko ode mnie.

Wszystkie nowe wydarzenia kształtowały mnie, uczyły mnie i wpływały na to jaka jestem w tym momencie.

Może właśnie to w życiu jest piękne. Musimy zrobić wiele kroków do przodu, aby przekonać się czy nasza przemiana i decyzje były słuszne.

Spełniłam też moje małe marzenie podróżnicze. Pisałam o tym na instagramie, że do 16 roku życia odwiedziłam wielokrotnie 20 różnych krajów. To znaczy, zawsze, co najmniej raz w roku wracam do Włoch, ale to może liczy się bardziej jak dom niż kolejne państwo. Potem jednak zawsze jeździliśmy gdzieś indziej. Po 16-stym roku życia "utknęłam" we włoskich podróżach i jakoś przez te kilka lat nie wybierałam się nigdzie dalej. W 2017 spełniłam więc swoje wielkie marzenie i zamiast jedynie do Włoch, wybrałam się także do Portugalii! Odwiedziłam tym samym 21 kraj, a przy okazji Boże mój! Toż to Portugalia! Miejsce, które marzyło mi się od lat! Jak chcecie napiszę wam kiedyś post o tym gdzie spaliśmy, co jedliśmy, gdzie warto się wybrać i w ilu tysiącach się zamknęliśmy. Może będzie to pomocne dla kogoś kto też planuje taką wyprawę!

A tym czasem, małe fotograficzne podsumowanie.

Hello 2018!

Likes

Comments

Mam pewną dziwną i pewnie dość rzadką przypadłość. Być może można uznać ją już za poważną chorobę. Nie wątpię, może być tak, że wszystko zaszło po prostu za daleko i nie można już tego zatrzymać. Lawina musiała ruszyć już dawno temu. Któż to wie. Nawet ja, pamięć doskonała, nie pamiętam momentu, w którym to wszystko się zaczęło. Być może dlatego, że takie przypadłości najczęściej nie mają jasno określonego początku. Czas w ich przypadku staje się przelewającą się, gęstą masą, która dopiero po jakimś czasie uświadamia nas, że coś się w nas zmieniło. Mówię wam, dziwne są te procesy zachodzące w człowieku.

W każdym razie miałam opowiedzieć wam o tej pewnej, tajemniczej przypadłości, a tymczasem znów tracę wątek. Tak to już jest z tymi białymi myślami, które w gruncie rzeczy nie prowadzą donikąd. Spalają się po drodze, ale zostawiają miłe uczucie spełnienia, a przecież wszyscy pragniemy tylko tych odczuć, wrażeń i sentymentów.

Zbyt często myślę o śmierci. Tak, to ta okryta do tej pory tajemnicą przypadłość. Pewnie większość z was w tym momencie załamuje ręce i myśli- Oh ty biedna! Taka młoda, a myśli o śmierci!

Tyle, że ja nie myślę o niej w żadnym negatywnym wymiarze. Moje myśli spokojnie wokół niej krążą i mam ogromną tendencję do spekulacji typu- Nie mogę robić nic wbrew sobie, bo jeśli bym jutro miała umrzeć i okazałoby się, że ostatnią rzeczą jaką uczyniłam, był bunt przeciwko samej sobie?
Moje serce pękłoby z żalu jeszcze zanim nadszedł by koniec.

Jest mi jednak okropnie przykro. No muszę to napisać, ale zbyt często podejmuję walkę z wiatrakami niczym Don Kichot. Cervantes niczego mnie nie nauczył. Walczę z ludźmi, z którymi pewnie nie wygram, bo zamknięci są w swoich schematach i nie dociera do nich żaden inny wymiar rzeczywistości, poza tym co aktualnie mają przed oczyma.

Nie rozumieją, że musimy żyć tu i teraz. Że powinniśmy rozmawiać z kim chcemy, czuć co chcemy, jeść co chcemy i zachwycać się tylko tymi widokami, które dają nam ukojenie.

Mogłabym wierzyć w szczęśliwe życie do setki, ale mam też inną przypadłość. Obliczam w głowie prawdopodobieństwa. Analizuję wszelkie wypadki i zdarzenia i myślę, że skoro coś złego przydarza się innym, ma takie samo prawo wydarzyć się mnie. Nie zrozumcie mnie źle! Kocham mój kawałek świata i jestem tu szczęśliwa, ale... Zawsze staram się brać pod uwagę jak najwięcej się da.

Życie to nie zakazy, nakazy, krzyki czy zniewolenia. Życie to nie rzeczy, które bierzemy,odkładamy i znów po nie sięgamy. Życie to tylko ten jeden moment, w którym akurat się znajdujemy. Nie ma życia za nami, poza nami, nie ma go jeszcze nawet przed nami.



Likes

Comments

Poznałam kiedyś chłopaka, który był z włoskiej mafii. Wysoko w mafijnej hierarchii. Uśmiechał się całkiem słodko, prawił mi komplementy, unikał rozmów o "pracy" tłumacząc to moim dobrem, a nawet stawał na głowie, żeby sprawić mi radość, gdy akurat kompletnie nie był to mój dzień. Powtarzał mi, że dobre wychowanie to najlepsze co dostał w życiu i dobre kobiety zasługują na wszystko. Swoją dziewczynę traktował jednak na pokaz. Dawał jej wszystko czego zapragnęła, ale wciąż mówił o niej niemiłe rzeczy i sprawiał wrażenie osoby, która raczej jest z nią z jakiejś dziwnej powinności. Potem zrozumiałam czym była owa powinność, ale raczej nie powinnam tu o tym pisać.

Sam w sobie sprawiał jednak wrażenie roześmianego chłopaka z sąsiedztwa, który po prostu jeździ szybkimi autami i nosi ubrania, na które nie każdego po prostu stać. Nigdy nie podnosił głosu, a uśmiech nie znikał z jego twarzy, a mimo to jakaś czujka w głowie ciągle mi się zapalała i mrugała ostrzegawczo. Zastanawiałam się patrząc na niego, kiedy i w jaki sposób objawia się jego siła. Tacy ludzie zakładają maski. Są mili, szarmanccy, powiedziałabym, że o wiele bardziej opiekuńczy niż inni, "normalni" faceci, a przecież w jakiś sposób zarabiają na braku litości.

To właśnie w tamtym czasie zaczęłam myśleć nad tym jeszcze więcej. A potem przyszła "Gomorra", która była moim pierwszym naprawdę ukochanym serialem. Uporządkowała moją wiedzę choć nie zaskoczyła mnie jakoś bardzo. Wszystko to znałam już z książek i dokumentacji. Na pewno jednak znacznie wpłynęła na moją znajomość języka neapolitańskiego. Zaczęłam rozumieć mniej więcej co mówią i czasem nie spoglądałam już na włoskie napisy. A finalnie język neapolitański stał się dla mnie po prostu dodatkiem do ukochanego światka.

Trzeci sezon "Gomorry" przypomniał mi jedynie o wakacjach w Bułgarii, od których minie już osiem lat. Byłam młoda i naiwna wybierając się tam na wypoczynek. "Złote Piaski" zapamiętały mi się jedynie jako brudne, gangsterskie miasto położone nad nieatrakcyjnym morzem. Zapuszczone uliczki pełne budek z niedobrym jedzeniem, z których każdy krzyczy coś do ciebie po rosyjsku, bo przecież wszyscy turyści to Polacy i Rosjanie więc zawsze ktoś coś zrozumie. Nie wróciłabym do Bułgarii, aby jeść cały wyjazd rozmiękczone frytki i jedyne dobre arbuzy. Teraz pewnie już drżałabym, że ktoś podaje mi otwartą puszkę Coli. Wtedy jakoś o tym nie myślałam. Przesadnie słodkie naleśniki zawinięte z Nutellą i truskawkami, które gryzłyśmy z przyjaciółką na plaży pełnej turystów w 30 stopniowym upale.

Drodzy rodzice, jak mogliście zgodzić się na to, abym tam jechała?

No cóż, ja wiem, że nie byliście szczęśliwi, ale ze mną dyskusje nigdy nie wchodziły w grę.

Tak jakoś mi się to wszystko przypomniało.



A zdjęcie to z Belgii w tym samym roku co Bułgaria. Po prostu jakoś nie mogę znaleźć fotografii z tych pięknych wakacji. No cóż, na pewno znajdę je zaraz po zamknięciu notki. Życie.

Likes

Comments

Chyba nie znam kobiety, dziewczyny, dziewczynki, której serce nie drżałoby na widok prostych gestów. No cóż, większość z nas to dość proste istotki. Nie mówię tutaj o prostocie charakteru, bo zaraz ktoś pomyśli, że uprzedmiotawiam kobiety, a do tego to mi zdecydowanie daleko! Uważam tylko, że proste gesty tworzą proste historie, które rosną w oparciu o czyste uczucia.

Może to wydaje się skomplikowane, ale czy jest coś prostszego niż od wywołanego uśmiechu?
Dawno, dawno temu dostałam od mojego chłopaka słonecznika. Okrąglutki środek otoczony delikatnymi, żółtymi płatkami. Symbolika słońca, radości, beztroskich, letnich dni spędzanych na bieganiu na bosaka po suchym, wiejskim piachu. Słoneczniki to miłość. Nie dostałam go tak bezinteresownie. Coś tam przeskrobał i próbował wkraść się w moje łaski. Czy mu się udało? Nie byłabym kobietą, gdybym dała mu odczuć, że od razu odniósł zwycięstwo! Musiałam więc troszkę się podąsać, parę razy przewrócić oczami, ale gdy wracałam z nim do domu, było mi bardziej niż miło. Może wyglądałam jak wariatka, która późnym wieczorem jedzie metrem z wielkim słonecznikiem pod pachą, ale podobało mi się to, że ludzie naprawdę się do mnie uśmiechają. Uśmiechała się także jedna młoda dziewczyna, która szczerym uśmiechem rozpromieniała wagon. Gdy wróciłam do domu, dostałam od niej wiadomość na starym blogu. Napisała, że dostałam pięknego słonecznika. Uśmiechnęłam się do monitora.

Bo tak to już z nami jest. Często udajemy, kręcimy i mówimy, że nie nie, nie kupuj żadnych kwiatów, nie, nie, nie chce. A potem buzia nam się szczerzy na samą myśl o tym, że nas nie posłuchał choć raz w przyjemnej kwestii.

Przemyślałam to wszystko i doszłam do wniosku, że dużo prostych rzeczy mnie cieszy. No, bo na przykład szaleje za polnymi kwiatkami. Okej, róże są piękne, dostojne i dane na specjalną okazję, sprawiają, że czuję się pępkiem świata, ale na przykład położone jakoś cichaczem przy poduszce, polne kwiatki, rozkleiłyby mi serce na tryliard kawałków. Romantyczna dusza, przepraszam.

A jedzenie pizzy pod gołym niebem w letnią, długą noc? Tylko proszę państwa! Prawdziwą pizzę, bo w końcu jestem połowiczną Włoszką i byle czego to ja nie chce! Prawdziwą pizzę, której nawet na myśl nie przyjdzie by kroić nożem. Pizzę, którą rwie się ręką, a jej sos ostentacyjnie kapie na gołe kolana. Who cares. Pizzę, której nie zapomnę, bo zjem ją z osobą, która przynosząc mi ją uśmiechnie się i odgoni wszelkie smutki.

Kup mi pizzę, jeśli jestem ważna!


No i tak jestem nowa na Nouw, ale stara w "internetach". Brakowało mi miejsca gdzie będę pisać o wszystkim, bo blog tematyczny, który prowadzę (i który kocham) trochę mnie przy tym ogranicza. Wierzę jednak w moc śmietniko blogów.

Likes

Comments