Smak świeżo zerwanego owocu, uśmiech bliskiej mi osoby, picie Martini z przyjaciółką, śmiech mojego dziecka, smak ust mojego męża, ciepłe łóżko po ciężkim dniu, siedzenie pod czereśnią z mamą i babcią, moja siostra, która przekręca przysłowia, smak Bsmarta w KFC, zapach nowej książki, obejrzenie całego sezonu serialu na raz, mama, która mówi coś o fierankach czy murówkach, chill z mężem na kanapie, tata, który uczył mnie wszystkiego co uważał za przydatne, rodzina w jednym miejscu, w komplecie, spacer sam na sam, pływanie w jeziorze latem, racuchy mojej mamy, kakao i świeża piętka z masłem, śmiech małego Piotrusia, siostra, która ze wszystkim pomoże, bliscy, na których mogę polegać, przyjaciółka do której mogę przyjechać nawet w nocy, zapach świeżoskoszonej trawy, zjawiskowy zachód słońca, znalezienie prawdziwka na pierwszym grzybobraniu, smak Redd'sa sun latem przy kiełbasce z ogniska, domowe spa, ostatni kawałek ciasta, wylizanie miski po przyrządzaniu biszkoptu czy kremu, mama, która chwali, śnieg w Wigilię, tata który jest dumny, synuś który cieszy się na mój widok, wolna sobota, wspólny spacer, powietrze w lesie, letni wieczór, mróz i śnieg zimą, szybka jazda samochodem, śpiewanie, kiedy nikt nie słyszy, strojenie się z kumpelami, harce na parkiecie gdy leci DR Alban, Tadzio, który je obiadek, nowe buty, świetny łup z lumpa, nowa paczka od kuriera, chodzenie po górach z mężem, widok ze szczytu, duma po ukończeniu jakiegoś projektu, dziurki na rączkach mojego dziecka, fikołki dziecka, gdy jest jeszcze w brzuszku, śpiewanie kolęd, bieganie po niemieckiej winnicy w Mainz, pierwsza chwila po porodzie, piątek 15:00 w pracy, klient, który wie czego chce, nowe szpilki, które nie obcierają, stare ulubione znoszone buty na nogach, wygodne jeansy, nieodrapany lakier na paznokciach, eurobiznes z koleżanką z dzieciństwa, kolejny sezon Gry o Tron, zrealizowany plan, kotek na kolanach, który przeszedł sam z siebie, udane zdjęcia, karaoke z siostrami, pierogi z jagodami, tabliczka czekolady cała dla mnie, dzień wypłaty, nowe perfumy, upolowanie okazji, posprzątany dom na weekend, udany posiłek, wyjście do kina, miłość w oczach męża i dziecka.


Cytując słowa pewnej piosenki: "Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest"

A czym dla Ciebie jest szczęście?

Zaprojektuj swój blog - wybierz jeden z mnóstwa gotowych szablonów na Nouw lub utwórz własny, metodą „wskaż i kliknij” - Kliknij tutaj

  • 50 Czytelników

Likes

Comments

Wiecie już o tym, że systematyczność nigdy nie była moją domeną. Od kiedy mam Bullet Journal wiele się w tym temacie zmieniło. Pomogło mi w tym planowanie, ale takie kreatywne, gdzie mogłam choć raz w tygodniu zrobić coś co cieszyło moje oko. Od dziecka lubiłam pismo, ćwiczyłam jego różne wersje, podrabiałam pismo sióstr czy rodziców. Wkrótce fama w szkole poszła i zaczęłam pisać również zwolnienia z WFu, a na kołach plastycznych siedziałam i pisałam zamiast malować czy rysować jak inni. Później doszły inne zainteresowania a kaligrafia zeszła na baaaardzo daleki plan. Dzisiaj mogę poczuć tą samą dziecięcą radość z jej tworzenia dając się ponieść inwencji twórczej w moim dzienniku. Wiele osób, gdy tylko zobaczy jego wybrane strony pyta "czy ten zeszyt z dniami tygodnia to taki kupiłam?" "Ty to sama pisałaś?". Nie powiem - to miód na moje uszy, ale chcę Wam w tym poście pokazać że kaligrafia jest dla każdego, bo wcale nie jest taka trudna jak się wydaje.


Może ktoś z Was widział film gdzie widać jak ktoś jednym pociągnięciem brushpena tworzy piękne napisy. Kiedyś śmignął mi taki na fejsie, pomyślałam wtedy tylko o tym jaki talent do tego trzeba mieć. Niekoniecznie, no może z moją pomocą nie zrobicie tego jednym pociągnięciem, ale postaram się o taki sam efekt.

Istnieje coś takiego jak fake calligraphy, którą stosuję cały czas w swoim Bullet Journalu. Ma ona dwie zalety: nie potrzebujesz dużo środków do jej stworzenia i dzięki tej metodzie jesteś w stanie podrobić praktycznie każde pismo.

Pokażę Ci jak u mnie przebiega ten etap od kuchni.

1. SZUKAM INSPIRACJI
- w tym celu przeglądam sieć, a na samym szczecie listy są Instagram i Pinterest
- siedzę i robię burzę mózgów
- przy tworzeniu tematu sprawdzam co by mogło symbolizować daną rzecz np. życzenie- czterolistna koniczynka lub dmuchawiec, walentynki - róże czy serduszka, dzień kobiet - tulipany, goździki, miejsca do zobaczenia - jakieś znane zabytki

2. TWORZĘ SZKIC
- planuję co musi być zawarte na stronie np. tabelki (ile? jak duże?)
- biorę ołówek w dłoń i próbuję to wszystko rozmieścić
- szukam czcionki na DaFont.com moja czcionkowa skarbnica <3 ważne jest żeby zrobić to po przemyśleniu koncepcji - czcionka musi pasować wizualnie do reszty oraz po rozplanowaniu strony, bo wtedy wiem ile mam miejsca na cytaty czy nagłówki
- po wyborze czcionki masz dwie opcje: 1 - przykładasz kartkę do monitora i odrysowujesz (dowolny tekst możesz wpisać w okienku); 2 - przepisujesz wzorując się na tym co widzisz na ekranie - UWAGA! Niezależnie od tego, którą opcję wybierzesz wykonaj ją OŁÓWKIEM!

3. PISZĘ
- najpierw konturuję, następnie wypełniam "środek" patrz poniżej

Napis możemy ozdobić jakimś rysunkiem. Osobiście w swoim bujo uwielbiam ramki, tabelki i wykresy.

Na samym końcu dodałam trochę koloru tworząc cienie w napisach i wypełniając serduszka w ramkach. Efekt końcowy macie na samej górze posta. Jak pewnie słusznie zauważyliście przy "8" się pomyliłam i wpisałam "poniedziałek" zamiast "czwartek", ale ja się korektora nie boję, stron nie wyrywam i mimo wszystko cieszę się z tego jak mi to wyszło.

Mam nadzieję, że nieco Wam to ułatwiłam i od teraz kaligrafia nie będzie czymś nie do przejścia.

Przyznaję że temat poruszyłam subiektywnie i mało obszernie, ale jeśli chcecie się zagłębić w temacie odsyłam Was na blogi SięRysuje oraz ​Worqshop dziewczyny są the best!

Ściskam,

Kasia

Likes

Comments

zdj. Natalia Kołodziej

Każda świeżoupieczona mama wie jakich błędów nie popełniać przy kompletowaniu wyprawki, ale co z tymi które będą mamą po raz pierwszy albo tymi które zapomniały jak to jest? Jeszcze nie tak dawno sama siedziałam zielona i pogubiona pod natłokiem cudnych złotych rad i wszędobylskich reklam. Wpisywałam u wujka G. "wyprawka dla niemowlaka" a tam sryliard odpowiedzi, a każda z nich "najlepsza". Dlatego postaram się rzecz uogólnić i pomóc znaleźć złoty środek, wpisując na listę MOJE absolutne minimum wyprawkowe. Oczywiście dorzucę też informacje, o tym co nie jest konieczne, ale u nas się sprawdziło. Nie bój się tego co Cię czeka, delektuj się tą chwilą, bo kompletowanie wyprawki dla kopiącego bąbla to najlepsza część oczekiwania. Zaczynamy!


1. Pielęgnacja

Sama dałam się namówić na super hiper płyny do kąpieli za 80zł, balsamy, kosze Mojżesza, pieluszki bambusowe i inne "niezbędne" artykuły, które owszem spełniały swoją rolę, ale czy było warto? Nie. Drugi raz kupiłabym kosmetyki z normalnej półki np. Ziajka czy NIVEA i obserwowałabym dziecko. Reagowałabym i wtedy dopiero po konsultacji z pediatrą wybrała coś innego.


Poniżej wypisuję listę niezbędnych rzeczy do pielęgnacji:
- płyn do kąpieli
- balsam (ponoć oliwka wysusza skórę)
- sól fizjologiczna
- pieluchy (jednorazowe lub wielokrotnego użytku, jak wolisz)
- pieluchy tetrowe lub flanelowe - razem min. 10szt. (te pierwsze są cieńsze)
- szczotka do włosów (daruj sobie plastikowy grzebień)
- ręczniki kąpielowe z kapturkiem - min. 2 szt.
- aspirator do noska - gruszka lub tzw. "katarek" (szukaj w aptece)
- przewijak lub podkłady do przewijania
- termometr bezdotykowy
- chusteczki nawilżone (możesz je zamienić na ciepłą wodę i pieluszkę/waciki)

Te rzeczy bym sobie darowała:
- krem na odparzenia - próbki dostaniesz przy wyjściu ze szpitala
- krem do smarowania pupy - smaruję tylko wtedy, gdy widzę że coś się dzieje ze skórą. Nie warto przyzwyczajać jej do ciągłego sztucznego nawilżania. U nas sprawdził się Bepanthen i Sudocrem (oba dostaliśmy przy wyjściu ze szpitala)
- waciki - jak każda kobieta sama takich używam, więc nie musisz mieć tych z napisem "baby" :)
- patyczki do uszu - użyłabym wilgotnego wacika
- nożyczki z zaokrągloną końcówką - dla mnie były nieporęczne i używałam tych dla dorosłych
- specjalny proszek do prania - ma sens gdy będziesz prać w nim wszystko: swoje ubrania, pościel, ubrania męża, becik itp. bo dziecko i tak będzie miało z tym styczność


Mamine "must have"
- podkłady poporodowe/podpaski poporodowe
- wkładki laktacyjne

Wpisałam wyżej tylko to, bo: laktator można czasami wypożyczyć w szpitalu bądź szkole rodzenia, bez stanika dla matek karmiących też sobie poradzisz, a herbatki laktacyjne czy maść na popękane brodawki zawsze możesz dokupić gdy będzie taka potrzeba.

Dla mam chcących karmić butelką:
- podgrzewacz do butelek (my znaleźliśmy jakiś na allegro za ok 35zł)
- szczotka do mycia butelek
- butelka
- termoopakowanie do butelki bądź termos na gorącą wodę (polecam Herobility!)
- najlepszy sterylizator to garnek i wrzątek :)


Informacja dla mam, które chcą karmić piersią, ale będą chciały bądź musiały dać od czasu do czasu butelkę to polecam MIMIJUMI. U nas przeboje z butelką nie miały końca, a może by ich nie było gdybym od razu kupiła porządną butelkę. Gdy synek miał trzy tygodnie nie potrafił otworzyć buźki na cycka, robił taki mini dzióbek na butelkę i przez to ściągałam pokarm laktatorem i dawałam mu jeszcze ciepły w butelce. Dałam radę tak przez tydzień (chociaż osobiście znam mamy co ciągnęły tak do 8 mca RESPECT!), po tym czekała nas dwudniowa walka z moją osobistą doradczynią laktacyjną i karmienie wróciło na właściwe tory. Po 4 miesiącach chciałam móc gdziekolwiek wyjść bez dziecka i tutaj zaczął się kolejny butelkowy problem. Tadziu nie umie ssać z butelki! Koszmar! Dziecko głodne, płacze, gryzie tą butelkę, a Tobie ręce opadają. Mieliśmy Lovi, Avent, Canpol, TomeeTipee i inne, co łącznie wyniosło nas o niebo więcej niż gdybyśmy kupili MIMIJUMI kompletując wyprawkę. Całe szczęście mogłam przed kupnem ją przetestować i po paru próbach się udało. Co prawda T. dalej pije z niej tylko moje mleczko albo wodę, a nie mleko modyfikowane tak jakbym chciała, ale to już jest inny temat. Naprawdę warto kupić tą butelkę! Gdybym wtedy miała tą wiedzę, na pewno bym ją kupiła, kosztem jakiegoś bambusowego otulacza czy innych tego typu rzeczy.


2. Tekstylia (niewymienione wyżej):
- rożek (gdy nie jest upalnie to fajnie się sprawdzi taki usztywniany z gąbką)
- kołderka
- pościel min. 2 komplety
- kocyki (chociaż pewnie i tak jakiś dostaniesz w prezencie, ja kupiłam 3 i 4 jeszcze dostałam)
- otulacz kokonik zapinany na zamek - (odradzam te wielkie chusty bambusowe)
- poduszka do karmienia (ja swoją uszyłam kiedyś wrzucę post i Wam pokażę)
- chusta (ja trafiłam na Zaffiro i mogę ją śmiało polecić)
- chociaż jedną bambusową pieluszkę - latem była przyjemnie chłodna i delikatna w dotyku w porównaniu z tetrowymi



Jeśli chodzi o tekstylne gadżety to fajną sprawą, o które wiele z Was pytało na ig był fotokocyk od Leżymisie (do zakupienia tutaj). Świetnie wykonany, miły w dotyku, ponadczasowy wzór, dwustronny i świetnie się sprawdza w swojej roli. To jest mój must have! Poniżej nasze zdjęcia z kocykiem tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu.

3. Akcesoria:
- łóżeczko (później będzie świetnym gryzakiem :P)
- materac (najlepiej lateksowy na allegro można kupić za ok. 50zł)
- wózek - polecam z wyposażeniem (torba podręczna, folia przeciwdeszczowa, moskitiera, śpiwór)
- fotelik samochodowy gr. 0
- wanienka
- smoczek (może się przydać)


Ewentualne rzeczy, które mogą się przydać to: mata do zabawy, leżaczek, fotelik kąpielowy, kosz Mojżesza/kołyska, elektroniczna niania czy monitor oddechu. U nas z ww. przydał się leżaczek, a jako matę kupiliśmy piankę - brak dodatkowych bodźców (Tadziu na tradycyjnej macie głupiał bo tyle się działo). Kosz Mojżesza też mieliśmy, ale krótko się nim nacieszyliśmy ok 3miesiące. Jeśli już bym miała wybierać między koszem a kołyską, to postawiłabym na kołyskę, można w niej chociaż pobujać dziecko.

4. Ubranka:
- Body z krótkim i długim rękawem (ilości odpowiednio do pory roku dobrać)
- spodnie lub pół śpiochy (to takie spodnie ze skarpetkami w jednym :P)
- pajacyki (najlepiej z rozpinanym krokiem)
- czapeczki bawełniane (wystarczą dwie)
- skarpetki
- niedrapki - możesz je ewentualnie zastąpić skarpetkami
- sweterek
- kombinezon (latem się nie przyda :))
- śpiworek do wózka i grubsza czapeczka (jeśli się urodzi zimą)

Co do śpioszków, bluz z kapturami, kaftaników czy koszulek średnio mi się przydały, więc wpisywać ich na tą listę nie będę. Śpioszki wyszły już z mody i był mały wybór w sklepie więc sobie odpuściłam, bluzy z kapurami były niewygodne dla dziecka, kaftaniki były zmorą mojego męża ("po co jemu tyle tych guzików?") a koszulki non stop się podwijały pokazując brzuszek i plecy.

Jeśli chodzi o rozmiar ubranek to wiem, że pokusa kupowania maciupeńkich ciuszków jest silna, ale pamiętaj o tym że rozmiar wystarczy Ci na ok 6 tygodni. Pomyśl też o tym, że możecie dostać jakieś od rodziny czy znajomych, a nie warto się zagracać. Rozmiar 80/86 wystarcza na długo, a przez próby przemieszczania się dziecka (raczkowanie, pełzanie) ciuszki w tym rozmiarze są najbardziej narażone na zużycie. Warto o tym wiedzieć przy wyborze ciuszków.

Tak więc listę niezbędnych rzeczy w wyprawce macie, mam nadzieję, że komuś się przyda. Jeśli zapomnę za parę lat gdy będę kompletować kolejną wyprawkę, na pewno tutaj wrócę.

Ściskam,

Kasia




Likes

Comments

 - czyli Twój planner DIY cz. I

Moda na Bullet Journal w Polsce nastała stosunkowo niedawno, więc sprawa jest dosyć świeża. Samo BuJo opracował Ryder Carroll w Nowym Jorku. Postaram się Wam wytłumaczyć i przekonać Was do tej formy. A gdy się zdecydujecie pomogę Wam stworzyć coś takiego u siebie w domu, bez milionów monet wydanych na planery, które i tak nie są do końca dostosowane do Twoich potrzeb.


Bullet Journal - co to takiego?

W wielkim skrócie jest to Twój, własny i wyjątkowy planer. Dla każdego może to oznaczać coś innego, dla jednych to notes z bazgrołami, dla innych kalendarz albo zbiór przydatnych, ale łatwych do zapomnienia rzeczy. Dla mnie jest to każde z powyższych. W końcu mam wszystkie notesy, kalendarze i notatki w jednym miejscu. 

Bullet Journal                     vs                              planner

Wady:
- trzeba stworzyć go w 100% samemu
- można przeholować z kosztami, gdy nastąpi u Ciebie "przerost formy nad treścią"
- nie jest dla perfekcjonistów, chęć stworzenia idealnego Bujo może Cię przerosnąć

Wady:
- nie jest dostosowany w pełni dla Ciebie
- nie daje satysfakcji z efektów tworzenia
- duży koszt
- mało wyjątkowy (jest wiele takich samych plannerów)
- ograniczone miejsce

Zalety:
- dla każdego (oprócz perfekcjonistów patrz wyżej)
- jedyny w swoim rodzaju
- koszt (ustalasz sam, min. 10zł)
- idealnie dopasowany do właściciela
- rozwija wyobraźnię
- uczy systematyczności
- pomaga w organizacji
- kompaktowy
- elastyczny, w każdej chwili możesz w nim coś zmienić

Zalety:
- estetyczny
- gotowy do użycia

- z góry wiesz na jaki czas Ci wystarczy


Sami widzicie jak wygląda zestawienie, wiem, jest bardzo subiektywne, ale jeśli macie jakieś uwagi do powyższego, chętnie wprowadzę parę zmian. Jak dla mnie planer jest czymś pomiędzy kalendarzem a BuJo, więc jeśli szukasz czegoś takiego to zachęcam do kupna (na rynku jest teraz spory wybór). Natomiast jeśli moje powyższe zestawienie pomogło Ci w utwierdzeniu, że BuJo jest właśnie dla Ciebie, to zapraszam Cię do dalszej lektury.



Jak zacząć przygodę z Bullet Journal?

Po pierwsze, zabrzmi to trochę jak mantra od Ewy Chodokawskiej, ale nie czekaj na jutro, poniedziałek, nowy miesiąc czy nowy rok. Żeby zacząć nie potrzebujesz wiele. Jeśli jeszcze do końca nie jesteś przekonana, zacznij od założenia BuJo na próbę, powiedzmy że w 16 kartkowym zeszycie za grosze. Zobaczysz czy to rozwiązanie jest dla Ciebie, bez wydawania zbędnych pieniędzy albo straty czasu na przygotowywanie.

Po drugie, wierz mi że wcale nie musisz mieć zrobionych wszystkich dni do przodu. Wiem, że wiele osób tak robi, ale to nie o to tutaj chodzi. Bullet Journal to nie jest kalendarz zrobiony przez Ciebie, to jest Twój planer. Co to oznacza? A to, że jest idealnie dopasowany do Ciebie, że zaczynasz kiedy chcesz, robisz przerwę kiedy chcesz, codziennie możesz go ulepszać. Bo za miesiąc, a może nawet za tydzień stwierdzisz, że nie potrzebujesz tylko miejsca na co dzień, a tu kuku masz już tak zrobione od stycznia do grudnia. Drugim minusem jest tego rozwiązania jest to, że możesz się zainspirować i chcieć wprowadzić zmianę w co miesięcznym rozkładzie np. habit tracker, a tu znowu spotykasz się z wypełnionymi kartkami do końca.

Przedstawiam Wam mój pierwszy Bullet Journal wykonany na próbę. Były w nim m.in. plan wycieczki na majówkę, plan mojego baby shower czy rysunki moich diy.



Przy tworzeniu najważniejsza myśl jaka powinna Ci krążyć po głowie to, to że "To jest Twoje BuJo!". Nie wystawiasz tego w galerii, pokazujesz komu chcesz i ile chcesz, więc nie musi być idealnie. Robisz to dla siebie, nie bój się korektora, krzywej tabelki czy nawet wyrwanej kartki. Wyluzuj, BuJo wygląda idealnie tylko na IG!

Dla porównania po lewej mój weekly spread taki byle jaki (przygotowywany dzień po dniu) i po prawej przygotowany dzień wcześniej na cały tydzień z góry.


Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale na zdjęciu po lewej na dwóch stronach zmieściłam 24 dni, gdzie po prawej tylko 7.


Co jest potrzebne do stworzenia Bullet Journal?

Tak jak już wcześniej pisałam wystarczy zeszyt i coś do pisania, ale wiadomo, że są tacy co chcą mieć ładne BuJo. Specjalnie dla tych osób przygotowałam listę:

- Zwykły zeszyt możesz zastąpić notesem w czyste strony (takim jak miał Tom Riddle w Harrym Potterze) albo notesem w delikatne kropeczki, które ułatwią pisanie w prostej linii i tworzenie tabeli. Wybór należy do Ciebie, jednak pamiętaj o tym, że warto, aby miał grubszą gramaturę stron, unikniesz przebijania tuszu. Ja mam Leuchtturm 1917 dotted i nawet akwarele mi nie przebiły, więc polecam. Jesienią można było go zamówić tutaj za około 40 zł na promocji, ale warto poszperać na AliExpressie albo Amazonie może trafi się jakiś tańszy odpowiednik. Fajnie jak ma gumkę, która zapobiegnie zginaniu kartek po wrzuceniu do dużej torebki. Jeśli chcesz mieć dużo kolekcji w BuJo, to warto mieć taki z numerowanymi stronami i spisem treści do uzupełnienia, łatwiej będzie Ci się odnaleźć.

- do pisania używam cienkopisów Ecco Pigment z Farber-Castell 0.3 0.5 i 0.7 (można je kupić na allegro 3 w pakiecie)
- do zakreślania przydadzą się Twin linery DONG-A (cały pakiet jest dostępny też na allegro), polecam te bo wiem, że nie przebijają (te z biedronki najzwyklejsze jaskrawe owszem)

- modnymi dodatkami są też washi tape dostępne na allegro UWAGA! w wyborze idzie się zatracić :)
- pastele
- akwarele

Pamiętaj tylko o tym, że to tylko kalendarz nie dzieło sztuki, więc nie musi być idealnie.

Póki co życzę miłych zakupów, w kolejnej części wrócę tutaj z opisem kolekcji i wypełnianiem kalendarza krok po kroku.


Ściskam,

Kasia

Likes

Comments

Ciąża - dla jednych piękny czas oczekiwania, dla mnie niekoniecznie. Czas wypełniony wzruszającymi momentami w życiu każdej mamy, przyprawiony mdłościami, uciśniętym pęcherzem, prenalenem, opuchlizną i plamami na twarzy. Życie w ciąży przypomina jedną wielką sinusoidę. Mieszanka uczuć i nastrojów, która często bywa wybuchowa.


Sam początek ciąży spędziłam na spaniu, czułam się tak, jakbym nigdy w życiu nie spała. Byłam tak zmęczona, że jedyne przerwy w spaniu były tylko po to, by coś zjeść. Kolejne co pamiętam z pierwszego trymestru to wieczne wizyty w toalecie, jak nie zbyt mały pęcherz to wymioty. Non stop, codziennie od 8 tygodnia do 22tc. Nie pomagał imbir i inne "złote środki". Nie myślcie sobie, że było jak w filmie wstajesz rano i od razu idziesz do toalety. U mnie wystarczyło otworzyć lodówkę, a już gdy udało się coś zjeść i tak zaraz musiałam zwrócić. Nie liczyła się żadna pora dnia, incydenty nie miały miejsca tylko rano. Przez to 6 miesiąca waga nie przekroczyła początkowej...

W drugim trymestrze było jak w niebie. Odczuwałam pierwsze muśnięcia, kopniaki no i dowiedzieliśmy się jakiej płci będzie nasze dziecko (czyt. wiem już jakie ciuszki mogę kupować). Mdłości ustały, powróciło libido, no bomba! Teraz mogę wić gniazdko. Robiłam to wszystko powoli, ale systematycznie. Wydawanie co miesiąc 500zł nie bolało aż tak bardzo, jak wydanie ponad 3tys na raz (temat wyprawki opiszę kiedyś szerzej). Drugim plusem tego rozwiązania była radość z kupowania tych rzeczy no i oczywiście czas, który można było poświecić na czytanie opinii w Internecie. Jedyne co źle wspominam z tego okresu to incydenty, który były spowodowane porą roku a nie ciążą. Były to m.in. moje dwa piruety na lodzie i przeziębienia. Samo przeziębienie wiadomo jaki ma stopień upierdliwości, ciąża nie wpływała na to bezpośrednio, tylko na sposób leczenia przeziębienia. Pozostają tylko naturalne metody: czosnek, cebula, maliny... A gdy pójdziesz do apteki zaserwują Ci Prenalen - saszetka jak coldrex czy gripex, z tą różnicą, że jest w 100% naturalny skład o smaku czosnku z malinami. O zgrozo! Możecie sobie wyobrazić jakie pyszne. Do dziś na samą myśl mam ciarki. Jeśli nie chcecie fundować sobie takich wrażeń polecam formę ten sam lek w formie tabletki, o których dopiero się dowiedziałam.


Trzeci trymestr kojarzy mi się z ogromniastym brzuchem, wielkimi stopami, które widziałam tylko w lutrze i potwornie dłużącym się oczekiwaniem. Czekałam już od 33tc. kiedy po badaniu się okazało, że przeholowałam i muszę uważać żeby syn nie został wcześniakiem. Od tamtej pory każdy ból brzucha czy niestrawność brałam za skurcze (tak wiem panikara ze mnie, uwierzcie że przy ewentualnej drugiej ciąży już będę wiedzieć co to skurcz). Leki na podtrzymanie brałam przez miesiąc. Całe szczęście mogłam ten czas być w domu a nie w szpitalu. Poskutkowało to tym, że urodziłam długo po terminie. W tym okresie doszły plamy na twarzy które zostały do 4 miesiąca po porodzie. Ostudę można leczyć u dermatologa, zabiegowo albo po prostu przeczekać. W trzecim trymestrze u wielu kobiet dochodzi problem rozstępów, akurat mnie ominęły, ale nie wiem czy za sprawą odżywiania się, oleju kokosowego, kolagenu z Collway'a czy czystego szczęścia. Poniżej wrzucam zdjęcia, które zrobiliśmy w tamtym czasie z mężem na pamiątkę.

Porodu opisywać Wam nie będę, daruje sobie te dantejskie sceny. Zresztą zdarzały się kobiety co nie czuły dosłownie nic, więc nie byłoby sensu tutaj tego opisywać, bo każdy może mieć inaczej. 40tc zbliżał się wielkimi krokami, tak więc zaczęłam myć podłogę na kolanach, myć okna, sadzić kwiaty w ogrodzie, a i tak żadne z powyższych nie poskutkowało... Skończyło się umówioną wizytą, cewnikiem Foleya (tzw. balonikiem) i 8h pod oksytocyną. Jedyne co mogę poradzić to, to że warto mieć bliską osobę przy sobie. Nie wiem jak bym urodziła bez męża przy boku. Rozmawiałam praktycznie tylko z nim, a czasami wystarczyło tylko spojrzenie a już wiedział o co mi chodzi. Nie musi to być mąż - jak nie chce to go nie zmuszaj, weź mamę, siostrę czy przyjaciółkę.

Kolejna rzecz to słuchanie swojego organizmu. Trochę banalnie brzmi, ale gdy kazali mi iść pod prysznic czy skakać na piłce myślałam, że położnej zęby wybiję. Jedyne o czym marzyłam to leżeć na lewym boku. Okazało się, że maluszek był tak ułożony, że ta pozycja była wskazana (ale tego oczywiście dowiedzieliśmy się po badaniu lekarskim).
Poród porodem, męki trwają relatywnie krótko. Na duchu podtrzymywała mnie świadomość, że moja babcia urodziła naturalnie bliźniaki i to w domu, ale przede wszystkim najlepszą myślą było to, że za chwilę będę mogła potrzymać swoje dziecko.
To była druga najmilsza chwila w moim życiu, a zarazem najdziwniejsza. Ilość uczuć jakich wtedy doznajesz jest nie do ogarnięcia. Pamiętam ból, szczęście, ulgę, łzy, zmęczenie, zmieszanie, dumę, strach i ogromny ciężar odpowiedzialności (który nie schodzi do dzisiaj) i to wszystko w jednej chwili! Nigdy wcześniej nie czułam tylu rzeczy na raz.


Całe moje ciążowe odliczanie wspomagałam darmową aplikacją na telefon "Moja ciąża". Była pomocna, zaspakajała moją ciekawość dostarczając informacji o tym co się dzieje z synkiem tydzień po tygodniu. Jednak nic, ani szkoła rodzenia, ani darmowa aplikacja, ani opowieści mamy, koleżanki czy kuzynki nie są w stanie przygotować Cię do tego co Cię czeka po porodzie. Jednak o tych przygodach napiszę kiedy indziej.

Idę bo garnki wzywają.


Ściskam,

Kasia

Likes

Comments

Witajcie na moim 6 (!) już blogu.

Może i systematyczność nie jest moją dobrą stroną, ale nie jest mi z tym źle. Poprzednie blogi widocznie nie spełniły moich oczekiwań. Dlatego po prawie dwóch latach przerwy powracam z prywatą. Rozsiądźcie się wygodnie, ubierzcie się cieplej, zróbcie herbatę i zapraszam do lektury.

Moja Pani polonistka z liceum pewnie by się złapała za głowę, gdyby zobaczyła jak piszę, ale nie miejcie jej tego za złe. Sama długo walczyłam z myślami, ale gdy zobaczyłam i odkryłam na nowo czeluści Internetu stwierdziłam, że jest dużo innych blogów, które są albo próżne albo nijakie albo pisane przez bylejak a i tak mają sporą widownię. Tak więc kompleksy na bok i jedziemy!

Pewnie myślicie - O ludzie, 6 blog i ta dalej nie daje za wygraną, po co w ogóle się pchać?

No cóż, może najpierw opiszę czemu moje 5 blogów opuściłam.

Pierwszy blog zaczęłam pisać, gdy miałam 14 lat, szkolne sprawy z gimnazjum, taka trochę w stylu GosspiGirl. Skończyło się równie szybko jak zaczęło. Wtedy nie sądziłam jak słowa w Internecie mogą komuś wyrządzić krzywdę, niestety ktoś przekonał się na własnej skórze. Dlatego pierwszy blog poszedł w odstawkę.

Drugi blog, (uwaga! przełknij herbatę żebyś nie opluła laptopa), był o mojej platonicznej miłości - Cristiano Ronaldo. Tak, tak, ówczesna 15 letnia Kasia szalała na jego punkcie. Znałam nawet piosenki śpiewane na meczach ManU. Glory, glory Man United! Najlepsze jest to, że pisałam go w całości po angielsku. Siedziałam po uszy na stronach Manchester United, oficjalnej Cristiano i Nike. Byłam na bieżąco z plotkami i wszystkim co dotyczyło jego osoby. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo polubiłam Google translatora. I o dziwo odwiedzin było tysiące - jednak w zarabianiu na blogowaniu byłam zielona jak wiosenna trawa. Jak już się pewnie domyślacie drugi blog skończył się gdy moje serce wybrało już kogoś innego. A szkoda bo gdybym prowadziła go do dziś może byłby bardziej znany.

Trzecim blogiem był fotoblog, pisałam około 3 lata z przerwami, trochę zdjęć, trochę prywaty. Skończyło się gdy wścibska dziewucha zaczęła mi grozić za moje posty (w których była sama prawda). No, ale nie od dzisiaj wiemy że prawda w oczy kole... Dodatkowo zapał zabrało mi to, że zaczęłam robić naprawdę świetne zdjęcia (niektóre fakt ale były ekstra), a i tak nie zbierały publiczności.

Czwarty był kolejnym udanym blogiem. Pisałam o swoim zamążpójściu. Kasia is getting married powstał trochę z tęsknoty za domem, trochę z tęsknoty za narzeczonym trochę z powodu braku zorganizowania. Teraz ten ostatni problem rozwiązałabym inaczej, ale nie ma tego złego. Niektóre obrazy na tym blogu przywołują widzów do dzisiaj, mimo tego, że od dawna już nic na nim nie umieszczam (I'm allready married).

Piąty blog miał być projektem typowo do zarabiania. Facebook był w ówczesnym czasie najlepszym środkiem jednak utrata jakości zdjęć była dla mnie nie do przełknięcia. Tyle siedziałam w PSie po to żeby wrzucić i patrzeć jak wszystkie moje starania idą na marne? Niestety ludziom szkoda wydać 100zł na zdjęcia, które są pamiątką na całe życie. Mimo tego, że odbyłam roczny kurs fotograficzny i kupiłam sprzęt za ponad 4tys. i tak nie żałuję. Mam fajne wspomnienia, poznałam świetnych ludzi a aparat i inny sprzęt przydaje się do dziś. Czasami zdarzają się sesje, ale blog mi do tego nie jest potrzebny.

O czym będzie ten blog?
O tym jak być kobietą i nie zwariować. Rola mamy, to coś do czego nie byłam gotowa, choć wydawało mi się, że tak jest. Musisz wiedzieć, że to, co niekoniecznie jest szkodliwe dla Ciebie, może zaszkodzić dziecku. Musisz znać się na wszystkim chociaż pobieżnie. Bo kto jak nie Ty, rodzic, nauczy Twoje dziecko pierwszych kroków tańca, kultury, dobrego smaku, rytmiki, zachowania przy stole czy jazdy na rowerze. Dlatego pokażę Wam moje projekty DIY krok po kroku, będę się z Wami dzielić moimi przemyśleniami odnośnie miłości i macierzyństwa, wprowadzę Was w tajniki bulletjournalingu po to byś była jak najlepiej zorganizowana (podstawa sukcesu w każdej dziedzinie). Prywaty chcę jak najmniej, chociaż trochę jej będzie. Cenzura będzie nie pod względem pozerstwa, a zwyczajnego zachowania prywatności. 


Zostało mi odpowiedzieć po co to wszystko?
Zarobek? Może przy okazji. Fejm? Nie, to nie dla mnie. Chciałabym udowodnić sobie i Wam, że normalne życie też jest cool. Że bycie dobrym człowiekiem się opłaca, że jak każdy masz prawo do słabości, nieumytej podłogi czy sterty prania. Nie twierdzę, że mieszkam w lepiance i że u mnie w domu wszystko się klei, ale aż mi się w głowie nie mieści to, jak bardzo ludzie chcą żyć na pokaz. Główną inspiracją była znajoma, mam nadzieję, że nie będzie mi miała za złe, która pokazuje w sieci swój świat tylko w superlatywach i gdybym jej nie znała myślałabym: Kurczę, ta to pożyje, wakacje, super facet, świetna figura, grzeczne dziecko, piękna buzia no i jeszcze znajduje czas na fotki typowo pod ig (piekne kwiaty, cytat czy coś do przekąszenia). Szanuję to że tak wybrała, zazdroszczę, ale nie biję się w pierś gdy u mnie czegoś brak. Kocham swoje życie, cieszę się ze swoich decyzji, które podejmuję i chcę Wam pokazać, że można normalnie żyć, nie być fancy i cool a i tak być szczęśliwym.
Bo szczęście jest baaardzo subiektywne i ulotne. Spróbuj więc znaleźć je w swoim życiu z moją małą pomocą.


Dziękuję mojej najdroższej siostrze za kopa, Ty wiesz!



Ściskam Was mocno i zapraszam jutro,

Kasia

  • 490 Czytelników

Likes

Comments

Instagram@happy_kasia