Historia mojego porodu - Witaj Majeczko

W poprzednim poście, w którym opisywałam co się działo przed porodem, zatrzymałam się na momencie, kiedy trafiłam na blok porodowy. Wtedy też skurcze, które się pojawiały z częstotliwością około 4 minut, troszkę się uspokoiły. Pierwsze KTG wykazywało skurcze co 6 minut. Jeśli miałabym opisać co czułam podczas pierwszych skurczów, to porównałabym je do bardzo ostrego bólu miesiączkowego. Na sali były tylko dwie położne (o zgrozo!) na cztery boksy i jedna na salę rodzinną - był to okres, kiedy szpital z największą porodówką we Wrocławiu był zamknięty ze względu na remont (podobno), wobec czego wszystkie porodówki były przepełnione. Tak między wierszami to chyba był jeden z moich największych stresów związanych z porodem, że odeślą mnie do domu ze względu na brak miejsc. Ale jestem prawdziwą szczęściarą bo nie dość, że trafiło mi się ostatnie wolne miejsce w boksie porodowym kiedy zostałam przyjęta (kolejne Panie czekały ze skurczami na wózkach aż się zwolni jakieś miejsce) to jeszcze bezpośrednio po porodzie dostałam Majkę na dwie godziny, ponieważ akurat było wolne łóżko. Pozostałe Panie niestety tego dnia miały maluchy od razu zabierane ze względu na brak miejsc.

Zajmowała się mną Pani Bożenka - od razu sobie przypadłyśmy do gustu - położna konkretna, rzeczowa a z drugiej strony bardzo pomocna. Szczerze polecam Panią Bożenkę - choć osoby użalające się nad sobą mogłyby mieć z nią ciężko. Z Panią Bożenką warto współpracować a wtedy sprawny poród macie jak w banku.

Dość długo skurcze nie przybierały na intensywności ani częstotliwości. I szczerze mówiąc to chyba był najgorszy moment na tej porodówce - ból był bo nie będę Was czarować, że było inaczej, a ja "stałam w miejscu". Trwało to około 4 godzin. W pewnym momencie zawołałam Panią Bożenkę i powiedziałam, że z tego chyba nic nie będzie. Położna postanowiła sprawdzić rozwarcie i w wtedy też przebiła pęcherz płodowy. Miałam tak dużo wód płodowych, że gdyby nie szybka akcja salowej zalałabym porodówkę - serio wszyscy byli w szoku ile tego w sobie nosiłam. I powiem Wam, że od tego momentu w końcu zaczęło się coś dziać! Amen! Dostałam piłkę - postanowiłam skakać na niej aż Majka nie wyskoczy. Naprawdę bardzo sumiennie na niej skakałam. Z piłką się bawiłam około 2-3 godzin. W tym czasie rozwarcie postępowało cały czas więc to mnie motywowało, żeby dalej stosować się do zaleceń Pani Bożenki. Następnie Pani Bożenka wysłała mnie pod prysznic, który z jednej strony przynosił mi ulgę, a z drugiej strony skurcze zaczęły już być tak często - co 1-2 minuty - że myślałam, że zniosę jajo. Wtedy też byłam święcie przekonana, że to już maksymalna skala bólu i że bardziej już na pewno nie będzie bolało no bo niby jak...Ależ byłam naiwna. Po wyjściu spod prysznica ledwo doszłam do swojego łóżka. Wtedy też już zaczęłam jęczeć podczas skurczów. Czasem krzyknęłam. Zdarzyło mi się też siarczyście przeklnąć. Właściwie od momentu zakończenia prysznica wszystko działo się bardzo szybko. Rozwarcie miało około 8 cm a skurcze były piekielnie bolesne. Niestety tego dnia przez obłożenie porodówki, nie wpuszczano osób towarzyszących. A od początku bardzo mi zależało, żeby mój Kuba był ze mną. Pani Bożenka, choć nie mogę o niej złego słowa powiedzieć, to nie chciała wpuścić Kuby. Teraz, kiedy o tym myślę, rozumiem tą sytuacje jak najbardziej - mało miejsca na porodówce, cała sala obłożona, tylko dwie położne i jeszcze jakiś facet miałby się tam kręcić? Jednak w tamtym momencie jedyne o czym myślałam to o tym, że zejdę na tym łóżku zaraz i że Kuba ma być. Zaczęłam więc błagać Panią Bożenkę i że w takim razie albo mój Kuba albo biorę znieczulenie bo padnę. Podziałało, wiadomo! Rozwarcie 10 cm, zaczęło się piekło - skurcze parte! Czułam po prostu jakby mnie od środka rozrywało. W sumie trochę tak było jakby się zastanowić...

Nadszedł ten najważniejszy moment bo jeszcze trochę i miałam zobaczyć swoją córeczkę. Same skurcze parte do momentu porodu trwały 45 minut. Nie wiem czy to krótko czy to długo, natomiast wiem jedno, że dzięki temu, że słuchałam poleceń położnej miałam wrażenie, że wszystko poszło bardzo sprawnie. Przede wszystkim oddychanie przeponą i kiedy położna każe przeć to przemy z całej siły. Wiem, że są kobiety którym dziecko dosłownie wyskakuje ale większość z nas ( nie mówię tu o tych, które miały znieczulenie bo nie wiem jak to jest) musi się nieźle namęczyć żeby doczekać się swojej nagrody! Ja w pewnym momencie zaczęłam błagać Panią Bożenkę o znieczulenie bądź cesarkę jednak kiedy Pani Bożenka ze swoim stoickim spokojem powiedziała, że jeszcze dwa skurcze i Majka będzie na świecie to nawet nie wyobrażacie sobie jakie siły we mnie wstąpiły! I było właśnie tak jak powiedziała. Wtedy już byłam tak nieświadoma tego co się dzieje, że nawet nie zorientowałam się, że zostałam nacięta. Dla dziewczyn, które się tego boją - nie czuć tego zupełnie. Skurcze parte są tak bolesne, że nacięcie przy tym to jakby draśnięcie. Po dwóch seriach skurczów partych usłyszałam płacz mojej Majeczki. Dziewczyny to jest najpiękniejsza chwila w życiu każdej kobiety - moment kiedy po raz pierwszy widzisz swoje maleństwo i dostajesz je do rąk! Trzymałam swoje 56 cm i 3530 kg szczęścia i nie mogłam uwierzyć, że to już. Kuba przeciął pępowinę, którą zresztą Majeczka była owinięta podczas porodu. Następnie Majeczka została zabrana przez położne a mnie czekało jeszcze "urodzenie" łożyska i szycie. Z łożyskiem nie było żadnego problemu, to jak pierdnięcie w porównaniu do porodu. Natomiast jeśli chodzi o szycie to niestety byłam dość długo szyta, oprócz nacięcia trochę popękałam.W trakcie szycia dostałam jednak znieczulenie miejscowe. Niestety podczas porodu straciłam sporo krwi dlatego bezpośrednio po bardzo źle się czułam. Jeszcze przez kolejne 24 godziny byłam wożona na wózku do toalety i w towarzystwie położnej bo nie byłam sama w stanie ustać na nogach. Tak jak Wam pisałam wyżej, miałam to szczęście, że od razu po porodzie dostałam Majeczkę na dwie godziny. Udało mi się ją przystawić do piersi i leżałyśmy i się tuliłyśmy. Majka niestety od początku miała problemy ze ssaniem, jak się potem okazało przez za krótkie wędzidełko dolne i górne, jednak to jest temat na inny post. Swojego porodu nie wspominam ani dobrze ani źle. Nie mogę też powiedzieć, że poród naturalny to coś magicznego - dla mnie jest to rzecz po prostu bardzo bolesna. Magiczne natomiast jest pierwsze spotkanie z maluszkiem. Każdy poród jest inny. Dlatego chciałabym żebyście wiedziały, że nie piszę tego postu żeby wystraszyć te z Was, które jeszcze nie rodziły. W ogóle. Piszę po prostu swoją historię, widzianą moimi oczami, a wszelkie doznania związane z porodem zawsze będą dla każdej kobiety inne. Mam jednak nadzieję, że wszystkie te, które mają to jeszcze przed sobą będą w tej wąskiej grupie kobiet, dla których poród to bułka z masłem! Tego Wam życzę!

Karolina

Pytanie : Czy chciałybyście abym opisała pierwsze dni w szpitalu z Majeczką?


Polubienia

Komentarze

Klaudia
,
Ja urodziłam rok temu i po przeczytaniu tego postu wspomnienia z porodu wróciły. Dla mnie sam poród to również żaden tam magiczny czas, po prostu ból który ciężko opisać. Planuje drugie dziecko, ale póki co psychicznie nie jestem gotowa na drugi poród. Mialam to nieszczęście, że trafiłam na okropna położna. Ach wspomnienia wróciły!