Dobre pytanie. Zadaję je sobie odkąd dowiedziałam się, że znowu jestem w ciąży. Mając wtedy niespełna trzymiesięczną córkę. Tak, trzymiesięczną. Wpadliśmy, co tu dużo mówić. Między moimi dziećmi jest niecałe 11 miesięcy różnicy. Żeby było śmieszniej... Baliśmy się, że dzieciaki będą z jednego roku. Córka z lutego a syn z grudnia. Dzięki Bogu udało się go przetrzymać do stycznia :)

Jak jest? Momentami zabawnie, ale na ogół dość ciężko.

Pola chodzi do żłobka, co jest baaaardzo komfortowe, bo do 15, teoretycznie mam na głowie tylko noworodka i dom do ogarnięcia. Niestety, nie jest kolorowo, bo przecież żłobek to wylęgarnia infekcji i chorób. I tak właśnie, na 5 dzień po wyjściu z synem ze szpitala po porodzie, córka się rozchorowała. Mieliśmy bardzo uroczy, pierwszy rodzinny weekend. Oboje z mężem chodziliśmy jak zombie. Noce nieprzespane, ryczące dzieci, Niagara glutów i strach, żeby syn się nie zaraził. Do tego buzujące hormony i huśtawka nastrojów w niczym nie pomagały. Współczuję mężowi, serio. Nie dość, że trzeba było ogarnąć beczące dzieci to jeszcze znosić nastroje żonki.

Jak to mąż powiedział dziś w nocy "Rodzicielstwo to piękna rzecz" - ironicznie rzecz jasna. Powiem Wam szczerze, bez idealizowania, bez wstydu jak to wygląda na prawdę. Chociaż większość matek i ojców to przechodzi, to niewielu się do tego przyznaje. Nie wiem z czego wynika to idealizowanie macierzyństwa i wychowywania dzieci. W dzisiejszych czasach Instagrama widzimy piękne mateczki z dziećmi, uśmiechnięte, wystylizowane, nienaganny porządek w domu, zdrowe posiłki, na których widok ślinianki zaczynają jakby intensywniej pracować. Ja się pytam jak Wy to do cholery robicie? Jak to ogarniacie wszystko razem? Ja sprzątam codziennie, gotuję, robię pranie i ogarniam dzieciaki i nigdy nie mam idealnego porządku. Przestałam już nawet wierzyć, że jest to możliwe przy próbującym chodzić, ciekawym wszystkiego niemowlaku, wiszącym na cycku noworodku i... psie. A gdzie tu jeszcze znaleźć czas na pozowanie i zrobienie idealnego zdjęcia? Przecież to pochłania tyle cennego czasu...

Ciężko mi to ogarnąć, szczerze. Córka próbuje wymuszać wszystko płaczem, podczas choroby jest marudna, grymasi, trzeba z nią walczyć, żeby cokolwiek zjadła, a ułożenie jej do snu po kąpieli to koszmar (bez względu na stan zdrowia). Cieszę się, że mój mąż ma takie pokłady cierpliwości i jest przy tym bardzo konsekwentny, bo w przeciwnym razie córka chodziłaby spać po 23, a my - rodzice nie mielibyśmy ani chwili dla siebie wieczorem. A pracować przecież kiedyś trzeba. Zwłaszcza jak się prowadzi własną działalność gospodarczą, jest mnóstwo spraw do ogarnięcia. Mi się chce wyć wieczorami, trudno mi słuchać histerii ukochanej córki, chociaż wiem, że to próba wymuszania. Najbardziej boli mnie to, że świeżo po CC nie mogę jej wziąć na ręce i przytulić, bo klocek z niej a ja ciągle jeszcze się dygam. Do tego walka z noworodkiem, żeby nie robił sobie smoczka z moich cycków i nie zasypiał podczas karmienia. Brodawki cholernie bolą i momentami dosłownie piszczę z bólu. Sami więc rozumiecie dlaczego tak mi zależy, żeby syn najadał się do syta i opróżniał pierś zamiast przystawiać go do cycka co chwilę. Nie jest łatwo.

Wspomniane hormony to istny koszmar. Zrobiłam się straszną jędzą. Albo chce mi się krzyczeć ze złości, bo wszystko mnie denerwuje, nie mam cierpliwości do własnych dzieci i najprostsze pytania ze strony męża wyprowadzają mnie z równowagi. Albo płaczę, myśląc, że jestem beznadziejną matką i żoną, niczego nie ogarniam i nigdy nie sprostam oczekiwaniom i źle wychowam dzieci. Albo śmieję się ze wszystkiego, chociaż to zdarza się już coraz rzadziej. Brzmię jak kobieta niestabilna emocjonalnie? Nie, tak wyglądają początki macierzyństwa. Jak tu nie zwariować? :)

Wracając do głównego pytania... Ze swojego "doświadczenia" dostrzegam, że wsparcie bliskich jest niezmiernie ważne. Zwłaszcza cierpliwy i wyrozumiały partner to mocna podstawa. Ja mam to szczęście, że mój właśnie taki jest. Stara się robić jak najwięcej. Wieczorem on bawi się z córką, a ja kąpię młodszego syna. Kiedy go karmię, mąż kąpie córkę. Przyznam, że jako jedna z niewielu rzeczy, ta akurat wychodzi nam całkiem sprawnie.

Pomaga nam też teściowa, sprząta, poprasuje niemowlęce ciuszki, czasem przywiezie obiad lub zabawi starszą córkę. Ja w tym czasie mogę odpocząć, chociaż rzadko korzystam z tej możliwości. Wolę też poogarniać w domu lub coś ugotować, kiedy ona sprząta lub bawi się z dzieckiem. I tak to leci.

Rozmawiałam ostatnio o tym z mężem. I trudno nam sobie wyobrazić jak radzą sobie samotni rodzice. Jak ciężko musi im być, z iloma sytuacjami i trudnościami muszą sobie radzić w pojedynkę. To jest dopiero przerażające. W takich chwilach człowiek docenia drugą osobę.

Dzisiejsze zadanie dla mnie : Przeproszę męża za moją jędzowatość, uściskam i podziękuję mu za to, że jest.


Likes

Comments