Dunkel Terapie

DUNKEL TERAPIE, Tma, Ciemność.....

Było przed północą. Może nieco wcześniej. Po południowej stronie stoku, przed dotkliwym wiatrem, chroniła nas ściana lasu. Śniegu było niewiele, ale za to pod stopami pękał lód. Bez raków nie udałoby nam się wejść na górę. Dzisiaj przed zachodem słońca zdobywaliśmy już ten szczyt a wcześniej wiosną minionego roku. Teraz jest jesień, ale dostrzec ją możemy jedynie na wysokości naszej chatki, na ok. 1300 m. n.p.m. Kolorowe liście migoczące w popołudniowym słońcu, szeleszczące trawy na wietrze i bukowo – świerkowe lasy. My zaś wędrujemy wyżej na ok. 2000 m. n. p. m. Szczyt Grofa na Ukrainie jest piękny a z niego roztacza się zjawiskowy widok na całe niemal Gorgany. Przy dobrej pogodzie dostrzec można w oddali nawet polskie Bieszczady – nasz dom.

Wchodząc na szczyt, co jakiś czas widzieliśmy gwiazdy jak migoczą między drzewami. Jednak gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, na wysokości kosodrzewin, gdzie ciężko odnaleźć szlak, migoczące kropki zniknęły w chmurach, które otuliły całe Gorgany. Były ciężkie, niskie i grube niczym babcina pierzyna. Gdy dotarliśmy do naszych, znajomych już kamieni, rozbiliśmy biwak, chowając się za jedną ze skał. ...I oczekiwaliśmy rozgwieżdżonej nocy. Takiej, jak ta na zdjęciu (wiosną przywitała nas tutaj Mleczna Droga).

Ona jednak nie nastała. Za to wokół nas panowała przenikliwa ciemność. Wielka, niekończąca się, przepastna dziura, która wydawało się, że chce nas pochłonąć. Nie widzieliśmy ani siebie, ani swoich rąk czy nóg. Poza świstem wiatru nie słyszeliśmy żadnych dźwięków. Pavol zrobił więc zdjęcie ciemnej ciemności i wykonał jej pomiary. Były zachwycające.

Nie byliśmy wcale rozczarowani. Siedzieliśmy tam razem niedaleko siebie, ale każdy osobno. Zanurzona w ciemnej otchłani tej majestatycznej góry, gdzie zimą niekiedy schodzą lawiny, poddałam się całkiem temu co mnie otacza. Poczułam bezgraniczną wolność, miłość, spokój i harmonię z wszystkim, co mnie otacza, a czego nawet nie widzę. Poczułam, że ta ciemność jest dobra, miła i opiekuńcza. Nie jest zaś ani straszna ani niepokojąca czy dramatyczna. Coś we mnie otworzyło się na nowo. Wyszły ze mnie nowe emocje, nowa ja – ta sama, z którą bardzo lubię się spotykać. I wtedy usłyszałam od siebie a raczej od tej Mądrzejszej we mnie:

- Potrzebujesz więcej ciemności. Bądź z nią dłużej i intensywniej a dowiesz się o sobie jeszcze więcej.

Gdy po kilku godzinach zeszliśmy do chatki i rozpaliliśmy w niej ogień, pomyślałam – tak, chcę więcej ciemności. Ale przecież w naturze ta bezgraniczna ciemność nie występuje w stanie idealnym. Zawsze jest jakieś światło – księżyca, gwiazd, planet, oczy dzikich zwierząt mnie podpatrujące. A do tego dźwięki przyrody, których jest tak wiele.

Z tymi rozmyślaniami zasnęłam. Tydzień później obudziwszy się już w swoim bieszczadzkim domu, przyszła do mnie odpowiedź. Dunkel Terapie. Słowacja. Pustelnia.

Pół roku później podróżowałam już na Słowację. Wysiadłam z samochodu zostawiając Pavlowi zegarek, telefon, portfel i inne zdobycze cywilizacji, za których pomocą się zwykliśmy się komunikować ze światem. Szczerze mówiąc nie do końca wiedziałam gdzie jestem. A że spóźniliśmy się kilka godzin, przywitałam się z Czechem, który wprowadził mnie do malutkiej, glinianej pustelni i wyjaśnił w dwóch słowach zasady mojego pobytu. Chatka, w której miałam zamieszkać przez tydzień była wielkości naszej miniaturowej sypialki. Mieściło się tam maleńkie łóżko, fotelik, miniaturowa poduszka do medytacji i miejsce na matę. Poza tym prysznic, zlew i toaleta oraz mała półka na jedzenie. Istny domek dla elfów albo krasnali. Po rozpakowaniu się, wyłączyłam korki i zapadła ciemność na sześć dni i sześć nocy. I tak rozpoczęło się spotkanie mnie ze mną samą w ciemności.

Przygoda ta to była w skrócie mówiąc przyspieszona terapia oczyszczania mojej duszy, umysłu i serca. Takie SPA duszy. Aby opisać co działo się w tej maleńkiej, glinianej chatce oraz w moim sercu i umyśle, nie starczyłoby mi czasu w tym felietonie. Wymagałoby to napisania osobnej książki na ten temat. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Czas i przestrzeń zaczęły się rozszerzać a potem dość szybko przestały istnieć a zatem wydarzenia, które tam miały miejsce były tak mocno zintensyfikowane, że ich spisanie i przekaz jest w czasie linearnym niemal niemożliwy do zrealizowania. Intymność zaś moich przeżyć jest tak duża, że ocenzuruję większość z nich. Jednak moc terapeutyczna mojej przygody z ciemnością jest tak wielka a wiedza tam pozyskana tak ważna, że choć w części chcę się z Wami nią podzielić tu i teraz. Na wstępie napiszę, że posiadane przeze mnie informacje na temat Dunkel Terapie przed wejściem do Tmy (ciemność po słow.) były bardzo znikome. Tak naprawdę wiedziałam tylko, że pewien Niemiec Kalweit w latach 70 tych odwiedził Himalaje i zafascynował się mnichami zamykającymi się na wiele miesięcy w jaskiniach i ciemnych klasztorach. Sam podjął kilkakrotnie takie próby i doznał wielu mistycznych przeobrażeń swego jestestwa. Po wielu latach postanowił już w swojej ojczyźnie, przeszczepić te metody jako terapię duchową na właśnie europejski grunt.

Już po powrocie „z Tmy” czytałam relacje uczestniczących w tych kilkudniowych sesjach ludzi, które były zaskakujące. Spotkania ze śmiercią, światem metafizycznym, osiąganie stanów uznawanych za paranormalne….Ale tego nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia co mnie czeka. Niczego nie oczekiwałam: ani katharsis ani oświecenia, śmierci czy ponownych narodzin. No, może moje ego oczekiwało jakiś duchowych fajerwerków. Jednak kierowałam się intuicją i wewnętrznym głosem, który mówił mi: Idź! Tego Ci właśnie teraz trzeba. A ja niczym mój najmłodszy kot – Bohater, pełna ufności w świat, poszłam tam, z własnej, nieprzymuszonej woli zamknęłam się w miniaturowej chatce, wygłuszonej, pozbawionej wszelkich dźwięków z zęwnątrz. I tak w kompletnej, doskonałej, absolutnej ciemności oraz ciszy, gdzie nie widać niczego, naprawdę niczego (nawet własnej dłoni zbliżonej do twarzy, żadnego światła, nawet najmniejszej iskierki), po prostu byłam. Cokolwiek teraz nie napiszę, może się wydać bardzo kontrowersyjne lub tajemnicze. Dla jednych z Was mogę być szaleńcem. Dla innych jeśli dobrze nie zinterpretujecie mojej przewodniej motywacji - zbyt ambitną kobietą, która próbuje sobie coś udowodnić. A dla jeszcze innych, ten czyn to może to być kompletna strata czasu i spotkać się z niezrozumieniem.

Szanuję każdą z tych postaw. Zrobiłam to z potrzeby serca słuchając głosu intuicji, która od kilku lat kieruje mną bezbłędnie i zawsze wie co robi. Ma rację, o czym się wielokrotnie przekonałam. Gdybym zdroworozsądkowo traktowała tę wewnętrzną podróż, nie znalazłabym argumentu na to aby to zrobić. Gdybym spróbowała wcześniej rozmawiać z kimkolwiek (poza Pavlem, który mnie wspiera bez zastrzeżeń) – rodziną, przyjaciółmi, prawdopodobnie spotkałabym się co najmniej z niezrozumieniem. W Polsce nie ma miejsc „świadczących tego typu usługi”. A prawdopodobieństwo uznania mnie za obłąkaną byłoby wysokie. Nie chciałam też sobie niczego udowodnić. Nie mam takiej potrzeby, bo wiem, że nie tylko ja sama, ale każdy z nas może wszystko. Potrafimy wznieść się ponad przyjęte przekonania. Potrafimy czynić cuda, leczyć samodzielnie swoje ciała, potrafimy wykorzystać co najmniej 50% więcej przestrzeni swego mózgu, niż to na co dzień czynimy. To wszystko wiem. Moja Tma, moja Ciemność to był kolejny krok mego rozwoju, spotkania z sobą samą. Cokolwiek robię w ostatnich latach swego życia, robię to, bo jestem właściwie kierowana. Albo inaczej mówiąc, bo wreszcie pozwoliłam aby to serce mówiło mi co mam robić. Uświadomiłam sobie bowiem całkiem niedawno, że moje serce ma dużo inteligentniejszy mózg, niż umysł.

I jak się szybko przekonałam również w Ciemności mieszka Bezgraniczna Miłość. Ale zanim jej doświadczyłam, spotkałam się z wieloma demonami. Jednak całe to zło, wszystkie te straszne przeżycia, emocje, obrazy i dźwięki były wytworem mego umysłu – wyłącznie. One nie istniały niezależnie ode mnie. Były częścią mnie i to ja je stwarzałam. Złe obrazy, makabryczne błyski a niekiedy niemiłe dźwięki pojawiały się i znikały. Niekiedy były intensywniejsze i wracały w tej samej formie, innym razem zaskakiwały mnie jednorazowo. Jedne twarze, osoby, myśli były mi znane, inne wydawały mi się kompletnie obce.

Były żywe wspomnienia z dzieciństwa oraz sceny, historie, których pozornie nie znałam a przynajmniej nie znała ich moja ludzka świadomość.

Po spotkaniach z nimi, gdy udawało mi się w końcu jedynie je obserwować a strach znikał, dokonywało się coś w rodzaju oczyszczania mojej jaźni. Wszystko we mnie zaczynało się uspokajać i harmonizować. Pustka we mnie korespondowała z rosnącą przestrzenią wokół. Ciemność zaczynała się poszerzać, rosnąć, puchnąć i stawać się nieskończoną a ja wraz z nią. Ciemność na zewnątrz i ja stawałyśmy się jednym i tym samym. Otulona bezgraniczną ciemnością i wypełnioną nią po brzegi swego istnienia, trwałam.

W tmie działo się bardzo wiele. Moje serce przeżywało niezwykle wiele wydarzeń począwszy od swoich narodzin przez przeżywanie na nowo lęków ze swojej młodości, traum życia dorosłego, aż po fizjologiczne przeżycia na nowo moich operacji na ciele. Emocjonalnie i duchowo przechodziłam niemal przez wszystkie etapy swego obecnego życia. Pojawiło się poczucie winy, skrzywdzenia, rozpaczy, niekiedy gniewu. Płacz i wybaczenie rozpuszczały powoli te emocje. Wydawało mi się, że większość swych spraw mam przepracowanych, ale ciemność zweryfikowała na nowo rzetelność mojej wcześniejszej terapeutycznej pracy ze sobą.

Równolegle, neurologicznie zaś w moim mózgu zachodziły pewne zmiany.
Wraz z zakrzywieniem się czasoprzestrzeni i utratą świadomości czasu, miejsca oraz zaniknięcia wszystkich dźwięków, poza dźwiękami umysłu, serca i duszy, nastąpiło rozregulowanie a potem „zatrzymanie” zegara biologicznego. Ujęłabym to tak, że zresetował się do zera.

Pierwsze niemal trzy dni prawie cały czas spałam. Moja szyszynka szybko zorientowała się, że jest noc i panuje ona non stop bez przerwy. Zatem produkowała tak wiele melatoniny, że pokornie przyjmowałam znaki ciała, które krzyczało: jestem senne. Gdzieś około trzeciej doby, potrzeba snu zmalała do minimum. Właściwie przestałam w ogóle odczuwać konieczność i chęć spania. Gdy zdarzyło mi się jednak zasnąć, spałam snem kontrolowanym, czujnym. Wiedziałam dokładnie co się dzieje w moim śnie a jednocześnie byłam obecna na zewnątrz siebie, w tej maleńkiej pustelni. Mogłam dowolnie i kiedy chcę przemieszczać się między tymi dwoma stanami. Mogłam też w każdej chwili wydać polecenie do mózgu – zbudź się o ono to robiło. Nie mam pojęcia jak wiele czasu trwał ten „niby sen”. Zdawało mi się, że niekiedy pięć minut, może kilkanaście. Najwięcej kilka godzin. Do końca mego pobytu w tmie oraz trzy dni po powrocie do Polski, ten stan się jeszcze utrzymywał. Potrzebowałam maksymalnie trzech godzin snu. Sen był właśnie świadomy – pół sen a ja miałam ogromną ilość energii. Po krótkim czasie pojawiła się również nuda. Aby ciało i umysł nie zwariowały, kilka razy na dobę, niekiedy częściej ćwiczyłam jogę i inne rehabilitacyjne ćwiczenia.

Z własnej nie przymuszonej woli, pobyt w tmie połączyłam z postem, który również kontynuowałam po powrocie do domu. Choć nie doradzano mi tej formy pobytu ze względu na wysoki szok egzystencjalny, który powodowała sama ciemność. Jednak ja czułam wewnętrzną potrzebę niejedzenia. Piłam jedynie wodę a niekiedy zioła, które sobie sama zaparzałam bądź raz dziennie przynosił je do tmy opiekun. Dzięki niemu wiedziałam niestety, czym jest upływ doby (tak mniej więcej, bo dla zmylenia mojej podświadomości, przychodził o różnych godzinach, czego i tak ani ja ani moja podświadomość nie mogły zweryfikować a ta wiedza nie byłaby mi ponadto do niczego potrzeba). Przyznam, że w okresach wzmożonego lęku – przeżywania różnych traum i bólu przeszłości, to zakotwiczenie w czasie było na początku nieco pomocne a jednocześnie przeszkadzające. Ta wiedza karmiła moje zgłodniałe i uzależnione od linearnego czasu ego a odciągała uwagę duszy od tego, co najważniejsze. I tak sobie uświadomiłam, jak bardzo mocno w naszej kulturze, w której się wychowałam i w której żyję, uzależnieni jesteśmy od czasu, jego odmierzenia, weryfikowania, czekania na kolejną, nadchodzącą porę roku, umawiania się na konkretną godzinę (nawet jeśli w Bieszczadach umawiam się mniej precyzyjnie – po wschodach i zachodach słońca). Ponadto jak bardzo nasze umysły tkwią w koleinach przestrzeni. Umawiamy się w konkretnych miejscach otaczając się przeróżnymi bodźcami: rozmową, dźwiękami muzyki, przyrody, zapachami, zajmując swój umysł pracą, zabawą, pasjami. Dużo różnych czynności przy zaangażowaniu niemal wszystkich zmysłów.

Więc gdy na tydzień zostałam pozbawiona niemal słuchu, choć go nie utraciłam, to mogłam jedynie słyszeć dźwięki wytworzone przez siebie samą: przez mój organizm lub te nieznaczne ruchy, które wykonywałam w ciemności – nalewając sobie wodę do kubka czy myjąc się. Już po krótkim czasie okazało się, że śmietnik dźwięków na zewnątrz został wyparty przez równie silny śmietnik dźwięków we mnie. Słyszałam niekiedy śpiew, innym razem delikatny pisk czy zgrzyt. To było we mnie i było bardzo silne, domagało się wyjścia na zewnątrz, oczyszczenia. Do tego umysł produkował wiele obrazów, mnóstwo świateł – niekiedy bolesnych, migających, innym razem przyjemnych.

Przyszła wówczas do mnie taka refleksja. Gdy my ludzie zostajemy ze sobą sami, tak naprawdę sami, bez innych i porzucamy choć na chwilę swojego malutkie ego domagające się na co dzień uwagi i troski, to w końcu spotykamy się ze sobą prawdziwym. Jednak po drodze napotykamy wiele przeszkód, lęków, bólu i cierpienia. Uzewnętrzniają się one w różny, niebywale plastyczny sposób: materializują się w postaci dźwięków, zapachów, obrazów. Gdy są emanacją dobroci, zanurzamy się w nie chętnie i ulegamy kolejnych pokusom umysłu. Gdy zaś wychodzą z epicentrum naszego pogubionego, malutkiego ego, to zwyczajnie się ich boimy i staramy się ich uniknąć albo z nimi walczyć. Ciężko nam stanąć w roli obserwatora i zwyczajnie divat sa  (słow. patrzeć).

W takich chwilach łatwo tak naprawdę zwariować. I tak po latach, ja, która od młodości lubiłam zajmować się zaburzeniami psychicznymi, fascynowała mnie podróż w głąb ludzkiego umysłu i analiza zaburzeń emocjonalnych, dziś jestem bardzo ale to bardzo ostrożna w jednoznacznym określaniu chorób psychicznych a zwłaszcza ich przyczyn. I tak sobie myślę, że dużym błędem współczesnego świata jest powszechne oddzielenie, w tym traktowanie przez psychiatrę człowieka jako jedynie mózgu i kłębka neurologicznych autostrad. Psychologów widzenie świata z punktu widzenia tylko umysłu i emocji, lekarzy – w zależności od specjalizacji – myślenie organami wewnętrznymi (poza medycyną holistyczną, w tym chińską) a niekiedy jedynie symptomami, kapłanami zajmującymi się grzeszną duszą człowieka albo wyłącznie duchem i jego oświeconą formą.

Cieszą więc mnie bardzo pierwsze aktywności na świecie, gdzie psycholog leczy oprócz emocji, duszę, lekarz medycyny konwencjonalnej zaś podchodzi do pacjenta bardziej holistycznie i nie wyklucza istnienia ciała eterycznego i duszy.

Pod koniec swego pobytu w tmie, gdy przepracowałam większość swych demonów, gdy umiałam je zwyczajnie obserwować a ciemność zaczęła się rozszerzać, poczułam się bardzo bezpiecznie. Czułam dokładnie to, co w łonie mamy. Były to te same emocje: ciepło, nieco wilgotno, ciemno i bardzo bezpiecznie, wręcz beztrosko. Otulona byłam akceptacją wszechświata, akceptacją tego, kim jestem i jaka jestem tu i teraz. Wokół mnie rozprzestrzeniała się miłość a ja sama stawałam się tą miłością. Ta bezgraniczna jedność z ciemnością, raz na zawsze wyleczyła mnie z lęku przed nią (jeśli jakikolwiek we mnie jeszcze pozostał). Oprócz medytacji, niekiedy śpiewałam. Zdarzało się, że używałam języków mi nie znanych, wręcz współcześnie nie istniejących i niekiedy ten głos był tak piękny, że wydawał się być nie moim, choć bez wątpienia wychodził ze mnie.

Oczywiście wychodząc z ciemności ujrzałam światło. Nie tylko w sensie metafizycznym i symbolicznym ale realnym. Pierwsze światło ujrzałam jeszcze w ciemności i była to zabawna dość sytuacja. Pewnego dnia, po raz pierwszy straciłam orientację w pustelni i upuściłam kubek rozlawszy wodę na podłogę. Rozległ się niewielki huk odbijając o gliniane ściany chatki. Po omacku szukałam kubka i termosu. Nagle z tyłu mnie dokładnie w kierunku, gdzie leżał przewrócony kubek, zaświeciło się ciepłe, nieco czerwone światło – niczym flara, czy czołówka ułatwiając mi poszukiwania. Najpierw się zlękłam, bo na moment ujrzałam rozświetlone wnętrze pustelni a za chwilę uspokoiłam się i odruchowo powiedziałam: - „dziękuję”. Po chwili światło zgasło.

Zaś wychodząc po tygodniu z „tmy”, naturalne światło słońca oślepiło mnie ono tak bardzo, że zmuszona byłam adaptować się do niego bardzo powoli. Mój mózg zdążył zapomnieć czym jest światło, więc ponad godzinę zajęło mi powolne z nim oswajanie. Najpierw z chustą na głowie pozwoliłam sobie po otwarciu drzwi na słuchanie odgłosów świata. Cóż to był za koncert: szum strumienia, śpiew ptaków, powiew wiatru, z oddali dochodzące szczekanie psów….Potem były zdumiewające zapachy tegoż wiatru, liści, trawy, woń zmrożonego powietrza tuż po przymrozku i wiele innych wspaniałych zapachów. Na koniec ujrzałam świat. Uczucie było zdumiewające. Czułam, że rodzę się na nowo. Intensywność barw była oszałamiająca, choć to dopiero była pierwsza wiosenna zieleń, której było niewiele. Dostrzegałam jednak wiele odmian sepii, brązu, beżu, szarości, kilkanaście rodzajów zieleni i niebieskiego. Byłam przepełniona szczęściem i chciałam wszystkiego dotykać. Gdy tylko nabrałam sił, pobiegłam do strumienia zamoczyć w nim nogi, potem na pobliską łąkę i dalej…..przed siebie, opóźniając spotkanie z innymi ludźmi...Miałam wrażenie, że wszystko widzę pierwszy raz.


Oczywiście aby powrót do zwyczajnej rzeczywistości nie był nadmiernym szokiem egzystencjalnym, zafundowałam sobie jeszcze na jedną dobę, samotny pobyt w pustelni, który stanowił dla mnie piękne ukojenie mojego wyciszonego ja ale za to słyszącego i widzącego dużo więcej. Śpiewały dla mnie ptaki, z którymi śmiem twierdzić - rozmawiałam, przybiegały łanie i lisy. Tańczyłam w mroźnym potoku ciesząc się z życia i dziękując za to, że jestem, śpiewałam pełna radości do słońca, kamieni i mchu, na którym leżałam w lesie. Wdzięczność wypełniała mnie po brzegi mego jestestwa.

I co na koniec chciałabym Wam powiedzieć? Cokolwiek teraz napiszę, nie będzie pozbawione patosu, ale spróbuję,

Już wiem, bo poczułam to nie tylko sercem i umysłem, ale organoleptycznie, że nie jesteśmy na Ziemi sami. Że jest coś więcej, niż materialny świat, w którym tkwimy. Doświadczyłam nie tylko obecności swego ciała fizycznego, ale Wielkiej, Bezgranicznej Miłości i ta świadomość jest bardzo pocieszająca. Przekonałam się, że puszczając lejce kontroli życia, stajemy się wolni a nasze życie zaczyna przybierać właściwy kierunek. Jako nastolatka często w swoich tekstach używałam stwierdzenia "płaszcz ciała". A teraz gdy choć na chwilę udało mi się go zdjąć a potem na nowo założyć jak gdyby nigdy nic, to niemal natychmiast zniknęło przywiązanie do szeroko pojętej materii.

W tych nowych, ekskluzywnych warunkach życia, bez kurczowego trzymania się wcześniej wybranego scenariusza (narzuconego przez szkołę, społeczeństwo, wychowanie), uruchamiając uśpiony organ jakim jest serce, odnajduję powoli swoją misję, nie tylko sens życia jako jednostki ale misję życia na Ziemi a nawet we Wszechświecie. Świadomość, że nie jesteśmy sami jest wielce optymistyczna. Ochrona, która otrzymujemy jest niezawodna a miłość tak wielka, że nie potrzebujemy jej usilnie szukać na zewnątrz: w swojej rodzinie, partnerach, dzieciach. Czując ją w sobie, łatwiej jest też obdarowywać nią wszystkich wokoło zamiast jej od świata oczekiwać. Tak, to wszystko slogany i zdania, które być może już czytaliście u innych, ale to można przeżyć, tego można samemu doświadczyć. Ja tego doświadczyłam w ciemności i chcę więcej... A tyle mam jeszcze do zrobienia ze sobą. Nie zdziwiło mnie więc, że już umówiłam się na kolejne z nią nieco dłuższe spotkanie ....

Wszystko w mym życiu układa się w harmonijną całość. Moje dzikie podróże i wędrówki za ciemnością, moje nocne bycie w lesie czy nad rzeką. One zaprowadziły mnie do Tmy.

Bo w ciemności tkwi światło, które jest Miłością.

I tego światła Wam wszystkim życzę.


Bosonoga z Doliny Sanu Edzia, napisane w marcu 2017 po powrocie z Tmy


Polubienia

Komentarze

Robi z Rabe
,
Wszystko co napisałaś jest mi bardzo bliskie , sam doświadczyłem podobnych stanów . Życzę wytrwałości w wędrówce do żródła prawdy ! Dziękuję za taką piękną podróż z Tobą do Tmy !!!