Choć nie zdajemy sobie z tego sprawy i może wydawać się to nawet zabawne, większość z nas nie potrafi prawidłowo odpoczywać (oczywiście "prawidłowo" to pojęcie względne). Sama też przez długi czas żyłam w przekonaniu, że nie ma większego speca w sztuce relaksu ode mnie. Zastanawiające było natomiast to, że zamiast regeneracji w rezultacie otrzymywałam przygnębienie oraz całkowite wypalenie, a co za tym idzie brak jakiejkolwiek motywacji do dalszych działań. W końcu jakimś cudem nad moją głową zapaliła się magiczna lampka i sama zaczęłam zauważać, że chyba coś jest nie tak. I myślę, że udało mi się znaleźć własny złoty środek wraz z kilkoma sposobami radzenia sobie z tym arcyważnym zadaniem, jakim jest odpoczynek.

Na całe szczęście moje "wypalenie" doskonale wiedziało, kiedy nastąpić, bo przyszło wraz z końcem roku szkolnego. Znalazłam się w idealnym położeniu, więc postanowiłam odpuścić w każdej, nawet najmniejszej kwestii. Choć na początku szło mi różnie, wyłączenie się z codziennych obowiązków pozwoliło na nabranie dystansu oraz wypracowanie własnych metod wypoczynku. Dlatego dziś podpowiem Wam jak odpocząć, żeby rzeczywiście wypocząć.

Po pierwsze planowanie

Planowanie niekoniecznie musi być równe skrupulatnemu wypełnianiu kalendarza (chyba, że tak jak ja uwielbiacie organizację). Polega natomiast na zakodowaniu oraz włączeniu do rutyny dnia tej ważnej kwestii jaką jest wypoczynek. Wbrew pozorom dość łatwo o niej zapomnieć, kiedy wmawiamy sobie, że przecież godzinka czy dwie dłużej pracowania nie zrobi już różnicy (nawet jeśli dochodzi druga w nocy, a nasz budzik jest ustawiony równo na szóstą). Orientujemy się, kiedy jest za późno, a przepracowanie zaczyna odbijać się na naszym zdrowiu - zarówno psychicznym jak i fizycznym.

No więc jak w końcu planować?
Po pierwsze i najważniejsze czas relaksu to czas święty i tylko w najbardziej dramatycznej sytuacji można go naruszyć. Wszystkie sytuacje, które tak naprawdę nie zależą od Twojego być albo nie być, muszą ustawić się w kolejce na następny dzień. Albo jeszcze następny - Ty odpoczywasz.
  • Jeśli prowadzisz dość schematyczny tryb życia, możesz ustawić sobie alarm w telefonie na konkretną godzinę. Będzie sygnałem na rzucenie wszystkiego i oddalenie się w krainę relaksu
  • Jeśli faktycznie jesteś fanem organizowania i wpisywania wszystkiego w kalendarz, do planu dnia dopisz również czas odpoczynku.
  • Jeśli ciężko Ci nie ulec pokusie pracy, poproś kogoś kto sam przypilnuje Twój czas regeneracji.
  • Nie ma zmiłuj, nawet dla 5 minut! Nawet się nie obejrzysz, aż zrobią się z nich trzy godziny


Po drugie wysiłek fizyczny

Łatwiej coś zmienić, kiedy dokładnie wiemy co robić. Ustalmy, więc zbiór zadań czy czynności, które będziemy powtarzać zaraz po odstawieniu pracy. Pozwoli to na zupełne oderwanie się od nadmiaru obowiązków. Nie muszę pewnie tłumaczyć jak ważny jest sport dla naszego zdrowia, ale chociaż chcę powiedzieć, że dzięki niemu wzrośnie nasz entuzjazm do dalszej pracy. Nie tylko też pozwoli uzyskać lepszy wygląd, ale i pozytywnie wpłynie na nasze samopoczucie. Same korzyści z takiego wypoczynku ;)


Po trzecie wszystko co chcemy zrobić, kiedy nie możemy

Skoro już odcięliśmy się zupełnie od czasu pracy czy nauki, to pora odciąć się również od wyrzutów sumienia. Nie planujmy kolejnych zadań, wręcz nie wolno nam o nich myśleć. To czeka nas jutro, a teraz robimy wszystko na co przyjdzie nam ochota. Nie zastanawiajmy się nad sposobem odpoczywania tylko po prostu to róbmy. Nie wszystko musi być produktywne, ani wpływać na nasz rozwój. Czasem lepiej zobaczyć niedokończony serial na Netflixie, czy przeczytać książkę, która zbiera jedynie kurz na półce od czasu zakupu.
Oczywiście doskonałą formą odpoczynku są również spacery, jedzenie na mieście, granie w planszówki czy spotkania z przyjaciółmi. Niech to po prostu będzie czas zupełnego luzu i maksymalnego resetu.

Po czwarte życie offline

No może nie całe życie, ale chociaż jego część. Odcięcie się od świata wirtualnego jest naprawdę skuteczne. Przede wszystkim rezygnujemy z nadmiaru bodźców, które do nas docierają. Poza tym świat się nie zawali jeśli przez jakiś czas nie odświeżymy instagrama czy facebooka. Serio, bez nas nawet gmail da radę. Gwarantuję, że nikt nie umrze, ani nie dojdzie do żadnego kryzysu. Spróbujcie podjąć takie wyzwanie, choć nie mówię, że będzie łatwo.

Czas relaksu można oczywiście wypełnić rozwijaniem pasji czy nowych umiejętności - ważne, żeby sprawiało to radość. Warunek jest jeden - nie może być to czynność związana z pracą!

Miłego odpoczywania,
Weronika

Likes

Comments


Zanim na dobre pogrążycie się w czytaniu, ostrzegam, że tym razem post jest bardziej skierowany do żeńskiej strony publiczności. Już dawno w planach miałam urozmaicenie bloga i czas najwyższy zacząć to wszystko wcielać w życie. Posty motywacyjne inaczej psychologiczne (czy jak każdy z Was je nazywa) nadal będą na pierwszym miejscu, ale obok nich, w nieco skromniejszym wydaniu staną również te o innej tematyce, a jakie, przekonacie się już niedługo.


Dzisiaj przedstawiam Wam coś, o czym mogłabym mówić o każdej porze dnia i nocy. Rzecz jasna na myśli mam koreańskie tajniki pielęgnacji, o których przeczytać już chyba nawet można w Dzienniku Zachodnim. Oczywiście jeśli panowie również pragną zgłębić wiedzę dotyczącą nieskazitelnie gładkiej cery to serdecznie zapraszam do dalszej lektury. W końcu Koreańczycy w takim samym stopniu jak ich koleżanki dbają o swoją skórę. W dodatku szczycą się tym na każdym kroku.

Podwójne oczyszczanie

Osobiście jestem nieszczęśliwą posiadaczką cery tłustej i trądzikowej, która powodowała u mnie nawet stany depresyjne. Nie żartuję. Na całe szczęście od jakiegoś czasu żyję sobie spokojnie bez nieprzyjaciół na mojej twarzy i wcale, ale to wcale za nimi nie tęsknię. Teraz chcę się z Wami podzielić kilkoma rzeczami dzięki, którym zwyciężyłam w całej tej walce.

Pierwszą rzeczą jaką zmieniłam w wieczornych rytuałach pozbywania się makijażu była zmiana stylu jego zmywania. Wzięłam się na odwagę i wyrzuciłam wszelkie płyny, żele, mleczka do demakijażu z etykietami "dla cery trądzikowej", a zastąpiłam je właśnie dwuetapowym oczyszczaniem. Polega ono na użyciu, w pierwszej kolejności olejku (choć ja używam najzwyczajniejszego oleju kokosowego, dostępnego nawet w biedronce), który zmywamy dość ciepłym strumieniem wody. Olejek ten pozbywa się makijażu, sebum, czy kremu z filtrem. Następnie twarz myjemy żelem na bazie wody, który pozbywa się resztek zanieczyszczeń oraz potu. Z ręką na sercu przyznaję, że po sumiennych sześciu miesiącach stosowania tej metody, gdzie z makijażem zasnęłam naprawdę niewiele razy, moja buzia wygląda o niebo lepiej i nigdy więcej nie wrócę do drogeryjnych oczyszczaczy. Zamiast naprawiać, niszczyły i powodowały jeszcze większy wysyp.

Esencja oraz inne magiczne kosmetyki

Początkowo w ogóle nie interesowałam się produktem o nazwie "esencja", szczególnie dlatego, że ciężko dostać go w Polsce. Jako alternatywę stosowałam serum z witaminą C, który bardzo ładnie rozjaśnił moje blizny potrądzikowe oraz żel aloesowy Holika Holika (jego akurat nadal używam). Spokoju nie dało mi jednak całe to zamieszanie wokół najbardziej magicznego kroku, w całej tej koreańskiej pielęgnacji. Teraz dla mnie również to najważniejszy etap rewolucji. Osobiście stosuję Multiwitaminową Esencję Bielendy, ale przymierzam się do zakupu Missha Treatment Essence, który już całkowicie pozwala utrzymać skórę nawilżoną i gładką. Nakładam ją rano i wieczorem zaraz po toniku. Wystarczy odrobinę wylać na dłonie, wklepać w twarz i voilà!

Kremy i olejki

Kiedyś na wszelkie sposoby unikałam stosowania kremów czy olejków. W końcu po co natłuszczać już wystarczająco tłustą cerę. Zostawiałam je raczej dla posiadaczek suchego typu skóry. W końcu pokonałam tę barierę i na pierwszy ogień poszedł Effaclar Duo (+) z La Roche-Posay. Teraz kończę jego jakieś dwudzieste opakowanie, a raz w tygodniu zamieniam go na różany olejek. Jeśli chodzi o skórę pod oczami to właściwie używam wszystkiego co wpadnie mi w ręce, choć najczęściej jest to krem marki L’Oréal (chyba radzi sobie najlepiej). Na sam koniec, obowiązkowo nakładam filtr. Robię to dzień w dzień od ponad roku i muszę przyznać, że widzę rezultaty sumiennego stosowania. Myślę też, że po prostu trzeba znaleźć coś, co odpowiada akurat naszym potrzebom. Na całe szczęście drogerie wręcz otaczają nas wszelkimi produktami i znalezienie idealnego kremu czy olejku nie stanowi problemu ;)

Suplementy oraz dieta

Na wstępie zaznaczam, że to co sprawdziło się u mnie niekoniecznie musi się sprawdzić u kogoś innego. Ani antybiotyki ani hormony nie pozwoliły mi wygrać walki z trądzikiem, a wręcz pogorszyły całą sytuację. Obecnie używam tylko jednego, ziołowego leku, który z odpowiednią dietą, wysiłkiem fizycznym oraz pielęgnacją czyni cuda (oczywiście wykluczam najbardziej burzliwy czas w ciągu miesiąca, gdzie niestety muszę zaakceptować kilku nieprzyjaciół). Obserwuję jak dane jedzenie wpływa na mój organizm, a co najważniejsze moją cerę. Z ogromnym smutkiem na dobre pożegnałam żółty ser oraz mleko, a Bogu ducha winne tosty już nigdy nie zagoszczą na moim talerzu. Niestety zawsze po spożyciu tych dwóch produktów na drugi dzień budziłam się z nowymi wypryskami. Na całe szczęście korzysta z tego moja cera, a także samopoczucie.

Każdy organizm jest jednak inny, więc nie polecam ślepo podążać za każdą przeczytaną poradą. Jedyne co mogę Wam zasugerować, to słuchanie swojego ciała oraz baczne obserwowanie zmian na swojej skórze. Znajdźcie produkty, które Wam odpowiadają i trzymajcie się ich tak długo jak możecie. No i przede wszystkim koniec ze spaniem w makijażu (ani to piękne ani zdrowe).
Większość produktów, które stosuję nie są koreańskie, ale ich działanie jest dokładnie takie same jak tych, które goszczą w łazience Koreanek. I cała ta filozofia piękna jest naprawdę bardzo łatwa, a moja wieczorna rutyna nie zajmuje więcej niż dziesięć minut. Najważniejsze żeby produkt, który zdecydujemy się nałożyć miał dość jasne przeznaczenie. Choć wiem, że łatwo nadziać się na coś felernego i zostać z pryszczami przez dobre kilka tygodni.

Dajcie znać o waszych produktach czy metodach dbania o cerę ;)
Weronika

Likes

Comments


Kiedy byłam mała jego zapach drażnił mnie do granic możliwości. Od rana do wieczora rozmyślałam nad tym, co on takiego w sobie ma. W końcu nawet moja mama straciła dla niego głowę. Choć za sobą nie przepadaliśmy, zmuszona byłam spędzić z nim większą część mojego krótkiego życia. Czasem nasze palce spotykały się ze sobą. Bez ukrytych złudzeń, podtekstów i dziwnych spojrzeń. Jego widok nawet zaczął przyprawiać mnie o dreszcze. Ale to jeszcze nie był nasz czas. Nie w tamtej chwili. 

Minęło kilka lat, a w moim życiu nastąpił ogromny przełom. Rozpoczęłam naukę w szkole średniej, która wymagała ode mnie przeglądanie podręczników nawet do drugiej w nocy. Zresztą nadal wymaga. Musiałam się przełamać i wrócić myślami właśnie do niego, a on sam nie dawał mi spokoju. Zaczęliśmy spotykać się przy śniadaniu. Tym razem jego zapach był zupełną rozkoszą. Zakochałam się w nim bez pamięci. Jego ogromny optymizm napędzał mnie do działania. 
Postanowiłam przełamać jego ulubioną klasyczną czerń i dodałam odrobinę mleka i cukru. Od tamtej pory nie wyobrażam sobie dnia bez kubka gorącej, świeżo zaparzonej kawy (chyba, że jest to karmelowa, mrożona kawa z Costa Coffee - z ręką na sercu odradzam). 

Teraz ta magiczna mikstura nie tylko pięknie pachnie i kusi swoją prostotą, ale i odpowiada za większą część mojego życia. W końcu to on napędza mnie do działania, co rano stawia na nogi i jest przy mnie w najtrudniejszych momentach. To prawdziwy hipnotyzer, który pomaga mi się skupić nawet w najtrudniejszych warunkach. I choć czasem podnosi mi ciśnienie, naprawdę świetnie się razem dogadujemy. 

W tygodniu najchętniej sięgam po kawę z ekspresu, ale w weekendy pozwalam sobie na odrobinę rozkoszy. Ciśnieniowe kapsułki zastępuje przepiękny zapach świeżo zmielonego napoju bogów, którego uzupełnienie stanowi łyżeczka stewii oraz niskotłuszczowe mleko. Choć nie pogardzam idealną kawą zamawianą w kawiarni. 


Jeśli również chcesz zacząć przygodę z tym magicznym kubkiem, zacznij od zwykłego "cześć", natomiast jeśli już ją zacząłeś, chętnie poznam Twój ulubiony rodzaj kawy ;)

Weronika

Likes

Comments

Ostatnia sytuacja nauczyła mnie jednej ważnej rzeczy. Coś innego nie zawsze jest równe czemuś, co może spodobać się każdemu człowiekowi chodzącemu po tej planecie. Czasami rzeczy, które dla nas wydają się czymś dobrym i na przykład ułatwiają dostęp do przekazywanych treści, najzwyczajniej w świecie nie zostają zaakceptowane. Większość z nas po takiej reakcji wpada w stany depresyjne i najchętniej już nigdy nie wychodziłaby na światło dzienne, żeby broń Boże nie narazić się na kolejną dawkę krytyki. Tylko zastanówmy się, czy można nazwać to prawidłową postawą? A może opinia innych odgrywa w naszym życiu zbyt wielką rolę?  Co prawda, nie wszystko co robimy musi mieć sens i czasem warto opanować swoje ego i z pewnych kwestii zrezygnować. Jednak myślę, że w sprawach, w których jesteśmy naprawdę dobrzy, a wręcz niezastąpieni, opinia innych i inne czynniki niesprzyjające działaniu powinny odgrywać jak najmniejszą rolę, a my sami dalej dążyć do postawionych celów. Akurat sytuacja w jakiej się znalazłam pokazała mi, że naprawdę w łatwy sposób można się podnieść i walczyć dalej, a nawet poradzić sobie z poczuciem zrezygnowania.


Błędne myślenie

Ile razy jest tak, że coś nam nie wychodzi? Ile razy z tego idealnie wyglądającego ciasta na zdjęciu wyjdzie nam zakalec? Ile razy, mimo sprawdzonej pogody, w czasie wycieczki rowerowej spadnie na nas deszcz? Wtedy jedyne słowa, które nam się cisną na usta to: "mam dość".

Właśnie zrezygnowanie, innymi słowy poddanie się to najczęstsza reakcja po nieudanej próbie. Jest jeszcze frustracja oraz gniew, ale sama nie wiem czy można je uznać za te złe reakcje. W końcu w niektórych przypadkach taki gniew to jedna z najsilniejszych energii - jak na przykład w przypadku Einsteina czy Edisona. Akurat ich porażki motywowały do większego wysiłku. Tylko, że nie każdy jest Einsteinem i myślę, że trzydziesta nieudana próba rzadko kojarzy nam się z myślą typu: "Ale ekstra! Teraz jestem o trzydzieści prób bardziej doświadczony i bliżej rozwiązania". Zazwyczaj jest tak, że godzimy się z faktem porażki, akceptujemy ją i z dalszej części zadania rezygnujemy. Mija chęć oraz motywacja do dalszych starań. Tu właśnie pojawia się błędne myślenie. 


Cała sztuczka kryje się w kolejnej próbie

Jak mawiał Albert Einstein: "głupotą jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów". Wiemy więc, że każda kolejna próba musi być mądrzejsza od poprzedniej. 
Najlepiej będzie jeśli przeanalizujemy parę rzeczy i spróbujemy się do nich zastosować.
  • Podstawa: postaraj się też sprawdzić ile tak naprawdę wiesz o tym, co robisz. Czasami błąd w całym podejściu do sprawy, to coś o wiele głębszego niż ci się wydaje.
  • Nowy cel: przed podjęciem kolejnej próby postarajmy się założyć, że teraz chcemy sprawdzić kilka nowych kwestii i ewentualnie czegoś tam się nauczymy. Całe napięcie automatycznie znika, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak to możemy uznać cel za wykonany. 
  • Gruntowne analizowanie błędów: kiedy cały gniew i frustracja miną zastanówmy się, co tak naprawdę nie poszło przy ostatniej próbie. Może nawet poprośmy kogoś innego o opinię. Musimy zaakceptować to, że dochodzenie do celu jest ciężką drogą i przed nami jeszcze tysiące błędów.
  • Lepszy plan: po wykonaniu pełnej analizy możemy zaplanować nowe strategie i działać na nowo. Wszystko inne to zwykłe marnowanie czasu.


To jak w końcu z tym poczuciem porażki sobie radzić?

Czasem jest tak, że albo poddajemy się i wpadamy w totalny dołek już po pierwszej próbie, a czasem wręcz odwrotnie - jesteśmy zachwyceni każdym swoim ruchem, choć w rzeczywistości odnosimy porażki. Ale i z tym można sobie poradzić, mimo że nie jest to sprawa całkiem łatwa. Należy stanąć przed obliczem siebie samego. Przestać ukrywać się za ego i nie leczyć kompleksów jakimiś złudzeniami. Taka metoda przynosi największe efekty, z tym, że proces ten trwa całe życie. 

Należy też zaakceptować fakt, że wszyscy jesteśmy takimi dziełami w trakcie pracy, czymś co nie jest gotowe i w rzeczywistości nigdy gotowe nie będzie. I czasem coś nam nie wyjdzie, a czasem wyjdzie. Koło się zapętla. Ale jeśli spojrzymy na życie przez pryzmat rosnących doświadczeń, umiejętności i rosnącej motywacji do dalszych działań to o jakimkolwiek poddaniu się czy zrezygnowaniu nie można mówić. 

Po prostu rób swoje,
Weronika

Likes

Comments


Chyba każdy z nas potrafi sobie wyobrazić pewną historię. Środek lata. W jednym z większych miast odbywa się coroczny festiwal. Ona z grupą znajomych bawi się przy rytmach The Neighbourhood, on natomiast z fascynacją przygląda się jej rozwianym włosom i oświetlonej od słońca twarzy. Nagle zrywa się wiatr, przez co z jej ręki spada bransoletka. On czym prędzej biegnie po zgubę, zanim na dobre zniknie w tłumie. Oddaje ją dziewczynie i stara się jak najszybciej odejść, by nie zobaczyła jego zawstydzonej twarzy.

Grają Sweater Weather. Los chciał, by znów spotkali się w jednym miejscu przy samej scenie. Ich ramiona wprost muszą spotkać się w ciemnym, tłumnym gorącu. On szuka palcem jej dłoni. Po chwili ona stara się opleść jego palec. Opiera głowę na jego ramieniu i razem wsłuchują się w Afraid. On uśmiecha się we własnej wewnętrznej ciszy, tak dalekiej od panującego zgiełku. 
Pod koniec koncertu wymieniają się numerami telefonów i obiecują wspólną kolację. Po trzech dniach umawiają się na spotkanie. Przed nimi rozpościera się romantyczny widok Wisły oraz zachodzącego słońca. Po pięciu dniach ciągłych SMS-ów i rozmów do czwartej nad ranem postanawiają zostać parą. Ich życie jest niczym wieczna idylla - przepełnione obietnicami, ciągłym wyznawaniem miłości, długimi spacerami i oglądaniem miliardów filmów. Idealizują każdy wspólny ruch, dopóki na swojej drodze nie napotykają przeszkód. Ona nie rozumie jego złego humoru spowodowanego naganą w pracy oraz przegranym meczem jego ulubionej drużyny. On z kolei nie dopuszcza do swojej świadomości faktu, iż przez chorobę ona zawaliła kilka ważnych egzaminów na uczelni i wakacje musi poświęcić książkom. Po kilkunastu dniach umawiają się na kawę. Jednogłośnie stwierdzają, że to nie ma sensu. Tak jest po prostu łatwiej. "Miłość" gaśnie. Po siedmiu dniach usuwają się nawet ze znajomych na fejsie.  


Urojony obraz

Z tym, że przedstawiona para pomyliła pojęcia. Określiła łączącą ich relację miłością, choć jak wiemy daleko ona od tego określenia odbiega. Nie można mianem miłości nazwać zauroczenia, intymności czy namiętności. Choć w dzisiejszych czasach łatwo ten model błędnie sobie wyobrazić. W końcu widzimy go w setkach książek czy piosenkach. Jest to jednak urojenie. Miłość nie wybucha z dnia na dzień, nie staje się z czasem nudna - tym jest właśnie namiętność. Nie działa ona samoczynnie, sama Ciebie nie spotka - tym jest właśnie zauroczenie. Przede wszystkim miłość z czasem nie gaśnie - tym jest właśnie intymność.


Bez pracy nie ma kołaczy

Otóż to, miłość to ciągła praca, jednak wielu z nas boi się jej podejmować. Naiwnie wierzymy, że akurat to my będziemy tymi pierwszymi na świecie szczęściarzami, którym miłość po prostu się przytrafi i wszystko co za nią idzie zostanie podane nam na tacy. Nie rozglądamy się za jak najlepszymi strategiami pracy nad samym sobą, by stać się jak najlepszym dla drugiej połówki. Jesteśmy w tak ogromnym stopniu zadurzeni popularnym obrazem uczuć i emocji, że jedynie oczekujemy pioruna, którego moc będzie podsycała naszą miłość przez kolejne tysiąclecia. Niestety tak to nie działa (no może jedynie w filmach romantycznych, które zaburzają nasz światopogląd), ale sami przecież wiemy, że nawet błyskawice trwają zaledwie trzydzieści sekund.

W końcu miłość jest czymś kompletnym, całością. Jak każda całość wymaga ciągłej pracy począwszy od wspierania się, a na tolerancji, zaufaniu, szczerości i pomaganiu skończywszy (no i na wszystkim co jest pomiędzy tym). Związek, w którym dwójka ludzi codziennie podsyca ogień intymności i namiętności, przetrwa wieki. A o ich staraniach oraz ogromnej miłości będą z zaangażowaniem opowiadać nawet ich wnuki. Z tym, że to wymaga poświęcenia.


Błędne wyobrażenia

Jest założenie, na którym powinien opierać się każdy związek na świecie. Funkcjonuje on praktycznie we wszystkich firmach. Innymi słowy, jeśli system takiego biznesu miałby polegać na jakichś błędnych założeniach czy słabych danych, to trudno oczekiwać poprawnych i mocnych efektów pracy. Tak samo w związku należy się nim posługiwać i nie tylko dlatego, by zachowywać się wobec siebie życzliwie (bo to chyba oczywiste). Z tego założenia po prostu płynie coś jeszcze.

Rzecz jasna chodzi o zbyt wygórowane oczekiwania. Bo człowiek z natury oczekuje od ludzi określonych zachowań i nie chce, bądź nie potrafi przyjąć do świadomości, kiedy ich wyobrażenie zostaje załamane. A może w związku lepiej zacząć od siebie? W końcu ciężko od miłości oczekiwać zrozumienia, jeśli drugiej połowie zrozumienia nie gwarantujemy. Trudno od miłości oczekiwać spełnienia, jeśli swojej drugiej połówce w spełnieniu nie pomagamy. Trudno mówić o szczerości skoro sami ukrywamy pewne fakty. Dobre słowa? A może sami za często milczymy? Jakiekolwiek oczekiwania od związku nie wnoszą niczego dobrego. Prowadzą jedynie do miłości chorej i toksycznej. 

W życiu jest tak, że jeśli znajdziesz tą odpowiednią osobę, to ona sama odwzajemni twoje zaangażowanie. Będzie odbiciem ciebie samego. O podobnych zainteresowaniach czy marzeniach. O potrzebie dążenia do samorealizacji. O pragnieniu podróżowania. A nawet o chęci próbowania burgerów za każdym razem w innej knajpce (bo w każdej ma inny, specyficzny dla niej smak). Właśnie to budzi wzajemny szacunek. Ta cała mieszanka zaufania, intymności, uzależnienia czy spełniania wzajemnych potrzeb sprawia, że dwójka zakochanych ludzi ma pewność, że to co ich łączy to właśnie ta prawdziwa miłość. Miłość to droga pełna trudów, ale też rozkoszy i radości.


Miłość jest wieczna,

Weronika

Likes

Comments


Dzwoni budzik, ten w telefonie rzecz jasna i znienawidzona melodia staje się jeszcze bardziej znienawidzoną, choć kiedyś myślałam, że jest moją ulubioną (dopóki nie pozwoliłam dzwonić jej codziennie o szóstej rano). Otwieram oczy i powoli przyzwyczajam się do porannego, gęstego, złotego światła wpadającego do pokoju przez kawałek niedociągniętej rolety. Po raz drugi spoglądam na zegarek i znów przyłapuję się na nieplanowanej drzemce. Wypijam świeżo zaparzoną kawę i dopiero wtedy mogę powiedzieć, że naprawdę zaczął się kolejny dzień. Reszta poranka to sterta przewijających się kosmetyków, niedoprasowana koszula i spalona jajecznica, bo suszenie włosów okazało się być ważniejsze niż pilnowanie rozgrzanej patelni. Choć muszę przyznać, że nawet czasem zmuszam się do porannego joggingu, jednak przybiera on zupełnie inną formę niż tą, o której myśli większość z was. To wymuszony wysiłek fizyczny spowodowany ciągłą walką między mną w piżamie, a zbyt szybko mijającym czasem przybliżającym mnie do odjeżdżającego autobusu. Jak dla mnie poranek to najbardziej zwariowana część dnia i jak wiadomo wykonuję w nim najwięcej czynności. 

Kiedyś natomiast przeczytałam, że wczesne wstawanie sprzyja osiągnięciu sukcesu. W tym znaczeniu, że CI LUDZIE SUKCESU wstają wcześniej niż większość z nas... Ale nic straconego, nawet ja znam kilka sekretów, które potrafią ulepszyć nasze życie. Poranki nie muszą polegać jedynie na szykowaniu, bieganiu, prasowaniu czy czesaniu, nie muszą być tak chaotyczne. Laura Vanderkam w swojej książce przekonuje: "Można spędzić ten czas wydajnie, a jednocześnie przyjemnie". 
Oto kilka porad jak dojść do takiej właśnie rutyny, która być może przestanie być tak nazywana.


Przede wszystkim silna wola

Wiele badań naukowych wykazuje, że najłatwiej nam realizować swoje postanowienia właśnie o wczesnych godzinach. Później poziom silnej woli nieco się wyładowuje, jak procent baterii w telefonie i zaczynamy ulegać pokusom. Poza tym warto czasem (a najlepiej nie tylko czasem) wykonać trening, bądź inny wysiłek fizyczny. Z logistycznego punktu widzenia, wtedy ma to największy sens. Nie tylko zyskujemy lepszą formę, ale i jesteśmy ożywieni oraz lepiej nastawieni do świata. A co takiego ludzie sukcesu robią inaczej? Przede wszystkim poranną rutynę zamieniają w rytuał i celebrują ją każdego dnia. To pozwala im zachować silną wolę na wszelkie zadania, czekające w trakcie dnia.


Krótko o porannych nawykach

I nie chodzi tu jedynie o uzależnienie od kofeiny. Szczerze mówiąc, bardziej zależy mi na przedstawieniu czynności jakie wykonują ludzie sukcesu przed śniadaniem. 
  • Rozwijają karierę. Kiedy my przewracamy się na drugi bok, oni skrupulatnie wypełniają swoje CV, czy skupiają uwagę na branżowych informacjach.
  • Dbają o relacje. Największą dawkę energii i pozytywnego nastawienia dostarczają im celebrowane, wspólne śniadania z rodziną. W końcu czy może być coś lepszego niż możliwość oglądania uśmiechu ukochanego, który zjada nasze naleśniki z dżemem?
  • Znajdują czas dla siebie. I nie mówię o dbaniu zewnętrznym, lecz tym wewnętrznym. Ludzie sukcesu medytują, modlą się czy uprawiają jogging. Może warto pomyśleć o jednej z tych rzeczy?

No więc jak zmienić te poranki?

1.Przede wszystkim zacznij od analizy swojego dotychczasowego planu.
Tak wiem, tego planu nikt nie prowadzi, ale chodzi o te wszystkie czynności, które przewijają się codziennie zaraz po dźwięku budzika. Postaraj się dokładnie zapisać to, co robisz i prześledź każdą z tych rzeczy. Być może powodem zmęczenia tuż po przebudzeniu jest bezsensowne przeglądanie instagrama do późnych godzin nocnych. Zastanów się też czy wszystkie te poranne czynności muszą trwać aż tak długo. Może perfekcyjny makijaż wykonywany przez godzinę warto skrócić do kwadransa, a resztę czasu poświęcić czytaniu prasy, czy uprawianiu joggingu.
2.Postaraj się wyobrazić sobie ten idealny poranek.
Być może jest to obraz drugiej połówki, przynoszącej nam śniadanie do łóżka (no bo kto tego by nie chciał)
3.Zaplanuj nowe strategie.
  • Jak wiemy nasza głowa działa poniekąd jak GPS, jeśli coś do niej wstukacie, to myśl ta doprowadzi was do celu. Zacznij od oszacowania czasu jaki zajmują ci wszystkie wykonywane czynności i postaraj się skrócić je do minimum. "Jeśli wiesz, że masz 15 minut na prysznic, to zajmie ci on 15 minut; jeśli powiesz sobie, że masz tylko 5 minut, to zmieścisz się w tym czasie" - Vanderkam. Może warto o tym pomyśleć i taką zasadę wcielić w życie?
  • Pomyśl też jak zaplanować pory wstawania i kładzenia się spać, aby zapewnić sobie wystarczającą ilość snu. Zadbaj również o odpowiednią temperaturę w pokoju oraz światło. Godzinę przed snem postaraj się również odłożyć życie w social mediach (podobno o wiele lepiej działa to na jakość naszego snu, choć pisząc te słowa o godzinie 23 mogę wydać się mało wiarygodna). W internecie z pewnością znajdziemy mnóstwo recept na wieczorne wyciszanie.
  • W praktykowaniu nowego rytuału na pewno pomoże wieczorne naszykowanie stroju (w końcu nie ma nic gorszego niż stawanie przed szafą ze słynnym hasłem "nie mam się w co ubrać"), umieszczenie telefonu w zasięgu ręki, czy też nastawienie lepszego dźwięku budzika
  • Nie próbuj szukać wymówek! "Bez względu na to jaki rytuał sobie wymarzysz, nie pozwól sobie wmówić, że jest on niemożliwy do zrealizowania. Łatwo uwierzyć we własne wymówki, zwłaszcza, gdy są naprawdę dobre".
4.Wyrób w sobie pewne nawyki
"Na początku twoja motywacja będzie tak silna, że będziesz w stanie przenosić góry o 5:30 rano, ale potem, około trzynastego dnia, zaczniesz słabnąć, a łóżko zacznie cię kusić z coraz większą siłą", jednak i tego da się tego uniknąć. Wystarczy wszystkie zmiany wprowadzać bardzo powoli i zamiast wstawać od razu godzinę wcześniej, zacznij od piętnastu minut i z dnia na dzień przesuwaj barierę. Wprowadzaj tylko jeden nawyk naraz i śledź swoje postępy, a także monitoruj poziom swojej energii. Od czasu do czasu pozwól sobie na małe przekupstwo - możesz znaleźć rzeczy, które cię zmotywują i pozwolą zbliżyć do postawionego celu.

Kombinuj i dostosowuj plan do swojego dnia. Jeśli trzeba dostosuj się również do tempa jakie narzuci ci życie. Rób to, co sprawia ci przyjemność. Jeśli swój dzień zaczniesz nawet od małego zwycięstwa, dużo chętniej przejdziesz do kolejnego zadania. "Kiedy zmienisz poranki, zmienisz całe swoje życie" -  podsumowuje Vanderkam. A więc przez miesiąc postaraj się wstawać przed 6. Niech to będzie twoje pierwsze wyzwanie.

Sam sprawdź jak może zmienić się twoje życie,
Weronika

Likes

Comments


Ile razy obiecywaliście sobie, że znajdziecie czas na chwilę refleksji nad sensem swojego życia? A ile razy w całej gonitwie dnia wam się to udało? U mnie było podobnie. Aż do czasu kiedy po raz dwutysięczny przeczytałam, że przecież codziennie rozpoczyna się pierwszy dzień z reszty Twojego życia. Tym razem słowa te dotarły do mnie bardziej niż wiadomość o dwudziestoprocentowej promocji w home&you. Bo choć niejako brzmi to jak ostrzeżenie bandyty, który planuje na nas napaść w zaciemnionej alejce, to tak naprawdę słowa te mają sens. Tylko, że nasuwa się pytanie... i co dalej?


1.Koniec z marnowaniem dni

Bo po pierwsze i najważniejsze (choć wcale Was teraz nie oświecę) czas leci nieubłaganie szybko. Nawet nie zauważysz, jak siwiuteńki siedząc w bujanym fotelu, będziesz wspominał dni młodości, dziergając przy tym szaliki i czapki dla swoich wnuków. Może najwyższa pora zacząć maksymalnie go wykorzystywać? Chyba każdy z nas marzy o wydłużeniu doby o co najmniej kilka godzin. Bądźmy szczerzy - dwadzieścia cztery to jakaś kpina. Ale zastanów się - ile z nich wykorzystujesz naprawdę efektywnie? Zapewniam, umiejętnego gospodarowania czasem da się nauczyć, a słowo klucz to tak zwany remanent czasu.


2.Naucz się szczęścia

Jest taki kraj znany nie tylko z pięknych zabytków czy zapachu oliwek, ale i wiecznie uśmiechniętych ludzi. Mowa o Włoszech rzecz jasna. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ich recepta na szczęście jest tak naprawdę bardzo prosta, a odczuwanie przyjemności to umiejętność. Skupiają się na każdej dobrej rzeczy jaka im się w danym dniu przytrafiła, nawet jeśli mowa tylko o smacznym śniadaniu. I nie jest to żaden zgubny optymizm. Dlatego przestań być wiecznie nadąsanym Polakiem o melancholijnej słowiańskiej duszy, która doprowadza jedynie do typowego "Weltschmerz" i pamiętaj, że dzisiaj będzie wspaniały dzień...i każdy następny również!


3.Wyrzuć kilka wyrazów ze swojego słownika

A przede wszystkim słowo "problem". Otóż tak naprawdę nie ma czegoś takiego. Nie istnieje. To zwykłe słowo, które niesie za sobą milion negatywnych emocji, większych niż samotna noc po obejrzeniu najstraszniejszego horroru. Nastawia nas na trudności i z automatu kieruje na porażkę. Dlatego od tej pory, kiedy pomyślisz o jakimkolwiek problemie zamień go na "sprawę do rozwiązania".

4.Odnajdź odrobinę przyjemności w swoich obowiązkach

Ameryki chyba nie odkryję mówiąc, że naszą największą bronią jest umysł. No i całkiem łatwo jest nim kierować. Dlatego w momentach kryzysu przywołaj na myśl wymarzony obraz przyszłości związany z rezultatem wykonywanego zadania. Wysil swoje zmysły do granic możliwości tak, że poczujesz całą gamę dźwięków, zapachów i smaków. Na Twój umysł spłynie lawina fantazji i rozkoszy, a motywację masz gwarantowaną. W końcu owe zadanie skojarzysz własnie z tymi uczuciami.


5.Zrozum, że pewien koniec może okazać się początkiem

I nie chodzi o Voldemorta, który potrafił odrodzić się na nowo. Mowa o tym, że jeśli naprawdę chcesz coś zrobić to po prostu to zrób. Od tak. Przestań stawiać same przecinki, a postaw w końcu kropkę i idź do przodu. Bez głębszego zastanawiania. Bez przytłaczającego uczucia porażki. Bez strachu o nowy początek, gdyż może się on okazać o wiele lepszą rzeczywistością. Pamiętaj, każdy dzień to nowa szansa postrzegania świata.

Zrób to dla siebie,
Weronika

Likes

Comments


    Ponad rok temu postanowiłam przeprowadzić kilka radykalnych zmian w życiu, a jedną z nich było zafarbowanie włosów. Na blond. W domu. W rolę profesjonalnej (rzecz jasna) fryzjerki do dziś wciela się moja mama. I robi to bez wątpienia najlepiej. Zresztą chyba w każdej roli jest bezkonkurencyjna. Jak to mama. Nakłada farbę, jak na perfekcjonistkę przystało - idealnie. Ja, wyglądając jak typowa kosmitka, siedzę w tym posklejanym koczku przez święte trzydzieści minut - bo tak napisał producent! Z optymizmem spłukuję i suszę  moje długie, blond, nieco zniszczone od ciągłego terroryzowania włosy, a prawdziwa idylla oraz festiwal ułatwiania życia dopiero się zaczyna.


 

Dlaczego bycie blondynką jest aż tak cudowne i łatwe? Cóż wystarczy odpowiednio spojrzeć na życie i wykorzystywać tę dwoistość każdego dnia.


1.Blond włosy to lepszy wygląd

Choć mówiąca o tym siedemnastolatka niezupełnie brzmi wiarygodnie, to nie da się ukryć, że jasny kolor po prostu odmładza. Poza tym blond fryzury są ładniejsze. Przykro mi, że tych pięknych splotów na ciemnych i zdrowych włosach nie widać, albo przez ich gładkość i połysk ciągle się rozwalają. 
Natomiast jasne włosy mają to do siebie, że nieważne jak ułożone - zawsze wyglądają dobrze, a w zimowy (CIEMNY) poranek przywołują na myśl słoneczne kolory lata. Zresztą nawet i te zniszczone od ciągłego farbowania (moje) mają plusy - na bank nie wysuną się ze splotu. Zwyczajnie nie mają jak. 

2.Blondynkom więcej się wybacza

Odnoszę wrażenie, że blondynkom wolno więcej (nawet od osób ważnych), a z głową otoczoną aureolą jasnych włosów łatwiej jest sprostać powierzonym zadaniom. Wręcz je przebić. 
Dzięki mojej blond czuprynie, przez ostatnie osiemnaście miesięcy o wiele więcej rzeczy uchodziło mi na sucho, w porównaniu do czasu sprzed (nie)wielkiej metamorfozy. Jako blondynka mam wiele ulg i chociaż nie powinnam o tym mówić publicznie, to przyznaję, że często z owego atutu korzystam. Aż boję się pomyśleć o konsekwencjach z licznych spóźnień (w przeszłości), gdybym miała ciemne włosy. W moim przypadku przeważnie kończyło się na małym "straszonku". Niekompletne przygotowanie do lekcji też przechodziło - a dalej za obrońcę uważam moje włosy. 

3.Jaśniej na głowie i jaśniej w głowie

Blondynce łatwiej jest być mądrą głównie dlatego, że ludzie z założenia niewiele się po niej spodziewają. Nie trzeba się nawet specjalnie starać. Wystarczy, że potrafisz odróżnić Taco Hemingwaya od Ernesta o tym samym nazwisku, rozwiązać kilka matematycznych przykładów o potędze dodatniej czy wymienić skład polskiej Reprezentacji w piłce nożnej. Brunetka z natury uchodzi za mądrą, dlatego żeby choć trochę zabłysnąć musiałaby wszędzie machać swoim dyplomem z fizyki kwantowej. 

4.Blond misja - orientacja w terenie

Na ten temat mogłabym napisać osobny esej, gdyż zdolność gubienia się do perfekcji opanowałam we wczesnym dzieciństwie. Zaczęło się od spaceru z psem, po najbliższej okolicy, kiedy po pewnym czasie, w panicznym strachu szukałam drogi do domu. Uściślijmy - mojej okolicy, tej w której się wychowałam i bywałam równie często jak w szkolnym sklepiku po oranżadę w proszku. 
Nawet w te wakacje zdarzyło mi się zgubić co najmniej trzy razy. Szczyt osiągnęłam podczas spaceru z drugą połówką po hiszpańskim miasteczku. Uznałam, że przecież jeśli skręcimy jedną uliczkę dalej, to nic się nie stanie, a i tak trafimy do celu. Stało się i gdyby nie pomoc google maps prawdopodobnie do dzisiaj błądzilibyśmy ulicami Costa Blanca.

Prawie wszyscy wiedzą też, że mam niemały problem z odróżnianiem stron i mówienie do mnie: z prawej, z lewej - nie działa, dlatego, przy pomocy ręki, mówią mi: tam lub tam - a to już skutkuje. Co więcej ani za to,  ani za ciągle gubienie się nigdy nikt na mnie nie krzyczy, bo przecież blondynki już tak mają ;-)

5.Najlepsza broń kobiety? Blond włosy

Łatwiejszego życia, które wiodą jasnowłose panie, doświadczyłam tak naprawdę już kilka lat temu, w czasie jazdy samochodem z moją mamą - drugą blond-bohaterką mojego artykułu. Wizja babskiego shoppingu niespodziewanie została zatrzymana, wraz ze ściągnięciem naszego pojazdu na ubocze przez pana policjanta. Jednak mama sprytnie skorzystała z efektu blondynki jako tarczy ochronnej, a jak wiadomo blondynki mandatów nie dostają. Oczywiście miała też duże szczęście, bo nie każdy do blond czupryny ma słabość.

Zresztą mi samej również zdarzało się z tego przywileju korzystać. Przyznaję się - czasem grałam głupszą niż jestem w rzeczywistości. Stereotypowo żartowałam z siebie, że przecież jestem blondynką i czegoś tam nie rozumiem. Dzięki temu nie musiałam męczyć się z opanowaniem nowego programu komputerowego, czy też naprawiać uszkodzonych przeze mnie sprzętów domowych. I możecie mnie za to krytykować, ale nadal zdarza mi się z moich blond przywilejów korzystać. 

Chociaż efekt blondynki ma zarówno swoich zwolenników jak i przeciwników, to nie wiem czy tak łatwo mogłabym z niego zrezygnować. Przynajmniej na czas edukacji. Bo choć czasem ludzie nie traktują mnie serio, to nie oszukujmy się, każda kobieta choć raz w życiu chciałaby zostać "blond królową". W końcu nie kto inny jak jasnowłosa Marylin Monroe niegdyś była uważana za ideał płci pięknej.
Zresztą reasumując - blondynki w życiu mają łatwiej. Brunetki i rude, na pewno też w czymś mają łatwiej, tylko, że nie wiem w czym, a boję się sprawdzać na własnych włosach. 
I tym stwierdzeniem kończę moje blond rozważania, bo przecież za duży wysiłek intelektualny jak na blondynkę może nie skończyć się dobrze.


Do przeczytania,
Weronika

Likes

Comments



   Wydawać by się mogło, że najprostszą rzeczą jest odpowiedź na pytanie „kim jestem?”. To oczywiste: jestem dzieckiem, dorosłą kobietą, mężczyzną, uczniem, artystą, wielbicielem piłki nożnej, sportowcem, pasjonatem książek… Tylko czy tych kilka skojarzeń jest w stanie określić naszą osobowość i stwierdzić kim tak naprawdę jesteśmy? Gdyby tak było, nie pisałabym tego artykułu, albo co najwyżej ambitnie skończyłabym na tych kilku zdaniach. Czym jest więc wspomniana wcześniej osobowość? A dokładniej - z czego się składa?


Kiedy jesteś na wakacjach i popijasz trunki w łupince kokosa (o ile takowy kokos otworzysz), nie myślisz o nim. Gdy korzystasz z komunikacji miejskiej, nie myślisz o nim. Nawet stojąc w kolejce po znienawidzoną przez większość kartę ŚKUP i do głowy przychodzą najbardziej prozaiczne tematy, ten akurat nie przejdzie ci przez myśl. Reasumując - nie zdajesz sobie sprawy z prawie nieodłącznej części samego siebie. "Prawie", gdyż dziś postaram się przedstawić metodę jej przekroczenia. Ego - bo własnie o nim mowa początkowo stanowi około sześćdziesięciu procent naszego "ja" i wyzwala emocje, które wpływają na postrzeganie rzeczywistości. Słyszałam nawet, że uruchamia reakcje w relacjach z innymi, podobne do tych, jakie uruchamiały się w dzieciństwie na widok strasznego potwora.

Błędne przekonania



"Może się zdarzyć, że urodziłaś się bez skrzydeł, ale najważniejsze, żebyś nie przeszkadzała im wyrosnąć" - COCO CHANEL 

W programach typu "Mam talent", widzimy, że o sukcesie uczestników decyduje to, czy według jury, mają oni osobowość. Co za tym idzie, słowo to momentalnie wrasta do rangi złotego medalu, który wbrew wszelkim trudnościom należy zdobyć, po to by cieszyć się uznaniem fanów. Dziwne, że nadal nikomu nie przeszło przez myśl, że owa osobowość nie jest czymś co można mieć lub nie. Duży apel do wszystkich tych, którzy podcinają skrzydła młodym ludziom rzekomo "bez osobowości", otóż ma ją każdy, bez wyjątków! Nieważne jest to jaki talent posiadamy, czy potrafimy śpiewać, tańczyć, grać na gitarze, połykać ogień lub jeździć na jednokołowym rowerze bez trzymanki, to każdy z nas posiada zestaw własnych, indywidualnych i unikalnych cech, które wpływają na pewne zachowania i kontakt z innymi. I choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, to pierwszym jej elementem jest właśnie ego, dlatego nie można go porzucić (bo tym samym porzucamy część naszego "ja"), a jedynie przekroczyć. 

Idealnym tego przykładem jest postać niejakiej Gabrielle Coco Chanel – ikony mody i wiecznej legendy. To ona zrewolucjonizowała nie tylko modę, ale i wpłynęła na wszelkie obyczaje i przyzwyczajenia przedwojennej Francji, a nawet i całej Europy, zrzucając z kobiet utrapione i niepozwalające na łapanie tchu gorsety, ucząc je nosić spodnie czy też palić papierosy. I mimo tego, iż niektóre szczegóły biografii Coco do dziś pozostały tajemnicą, to jedno jest pewne, podjęła eksperymentalną próbę zakończeniu związku z ego, i dzięki temu osiągnęła niesamowity sukces. Warto to wziąć pod uwagę. 

Miłość niepełna


W kilku ostatnich latach rangę najbardziej nowatorskiej mody zajęły praktyki rzekomo pozwalające na pozbycie się ego. Działają one w imię rozwoju duchowego i dlatego utożsamiane są z epikureizmem. Ego rozumiane jest jako przyczyna całego zła na świecie i dopiero jego pozbycie daje nam pełnię wolności - ale o tym później. 

Przyznam też, że dawno nie słyszałam nic bardziej zabawnego, bo ci ludzie, niejako żyjący w zabobonach (pewnie według nich rozbite lustro nadal przynosi pecha), w swych myśleniach dochodzą do skrajności i za wzór biorą sobie noworodka, który jest ego pozbawiony (sugerując, że tylko dzięki temu jest szczęśliwy). Zachęcają tym samym, byśmy byli jak on. No błagam. 

Cały problem postaram się opisać na przykładzie miłości i stanu zakochania. Zaskakująca bowiem jest liczba osób, które najzwyczajniej się jej boją. Dlaczego? Otóż lęk pojawia się z tego powodu, że kiedy naprawdę zaczynamy kogoś kochać, ego diametralnie zaczyna topnieć. Nie można kochać, kiedy ego dominuje. Jest ono przeszkodą w prawdziwej miłości, kiedy natomiast próbujesz ją zlikwidować, daje o sobie znaki i mówi "myślisz poważnie, ten jeden krok może doprowadzić do twojej śmierci".

Nie możemy dać się zwieść tym słowom, gdyż jego śmierć nie oznacza naszej śmierci. Tak naprawdę jest to dopiero szansa na normalne życie. Porównać je możemy do martwej skóry, otaczającej żywą istotę, którą po prostu należy odrzucić. Ego pojawia się zupełnie naturalnie - jak kurz zbierany na ciele i ubraniu podróżnika. W pewnym momencie nadchodzi czas kąpieli, kiedy musi on się z niego oczyścić. 

W czasie naszego życia zbieramy na sobie tak zwany kurz przeszłości - doświadczeń i wiedzy. On jest odpowiedzialny za proces tworzenia ego. Buduje wokół nas skorupę, a naszym zadaniem jest ją stłuc i odrzucić.

Przyczyny szukaj u źródła


Otóż dziecko rodzi się w stanie całkowitej bezradności i nie może przeżyć bez opieki dorosłych. Żyje tak przez kilka lat, w czym własnie tkwią korzenie ego. Dlaczego tak się dzieje? W umyśle dziecka rodzi się błędna interpretacja otaczającej go sytuacji - myśli, że jest pępkiem świata. W końcu każdy jest na jego zawołanie. Myśli, że wolno mu dyktować warunki, przez co później przez całe życie chce zajmować pozycję dyktatora i zostać Napoleonem czy też Aleksandrem Wielkim. Wszystko to są bardzo infantylne role.

Rzeczywistość jest oczywiście zupełnie inna, ale jak takie małe stworzenie może zdawać sobie z tego sprawę?

Taki stan trwa pierwsze trzy lata, a po ukończeniu czwartego roku życia, dziecko ma już zakodowane podstawowe wartości. Klamka zapada, a podstawowy wzorzec jest utrwalony. 

Walka o lepsze wczoraj - Codzienna praca u podstaw


Tak brzmi hasło polskiego pozytywizmu. A na poważnie - to od niej zależy wieloletnie szczęście w związku.

Skoro już wiemy, że za poczuciem znaczenia podąża ego mogę przejść do następnej kwestii. Poprzez niepojęcie złożonej rzeczywistości, dziecko staje się egoistyczne. W tym tkwi kruczek. To własnie tak ego rujnuje nam życie i nie pozwala się zakochać. Wymaga ono, byśmy podporządkowywali sobie każdą osobę. Zabrania natomiast podporządkowania się komukolwiek. A miłość pojawia się wtedy, gdy potrafimy to przerwać. Zmuszanie drugiej połówki do jakiejkolwiek uległości, budzi nienawiść - niszczy uczucie. Zupełnie nie na tym polega miłość, a jak wiemy bez niej nasze życie pozbawione będzie ciepła, poezji. Owszem nadal będzie stanowić racjonalną, logiczną, wypełnioną prozą całość, ale czy można żyć bez poezji?

Na własnym przykładzie, zapewniam - nie można. Doświadczenia tego uczucia życzę każdemu, bo to ono daje nam siłę do jakichkolwiek działań. Jest źródłem szczęścia i dopiero dzięki niemu poznajemy prawdziwe życie. Sama świadomość kochania i bycia kochanym jest źródłem wiecznego spokoju. Miłość wystarcza za wszystko. Niemożliwym jest opisanie jej jakimikolwiek słowami, ale na pewno jest to coś, co każdy z nas powinien poczuć, albo przynajmniej dotknąć.

Jak widać chyba warto trochę popracować nad sobą i własnym ego. Bo jeśli nie nauczymy się od niego uwalniać, możemy od razu przekreślić umiejętność kochania i przebywania z drugą osobą. Ego walczy nawet, jeśli my tego nie odczuwamy. Błądzi, myśli, szuka sposobu dominacji nad światem. To tworzy problemy, przez co w każdym momencie doprowadzamy do kłótni. To też często doprowadza do konfliktów z rodzicami, którzy owym ego nas obdarowali.

Pewien filozof, niejaki Georgij Gurdżijew umieścił w pokoju gościnnym pewną mądrą sentencję "Jeśli nie czujesz się dobrze ze swoim ojcem i ze swoją matką odejdź stąd. Nie mogę ci pomóc". Rodzi się pytanie dlaczego? Otóż chciał przez to przekazać, że problem ego został zbudowany w rodzinie i tam też należy szukać sposobów jego pozbycia. 

Bardzo kręta, ostatnia prosta walki z ego 


Właśnie dlatego na początku całego postu napisałam, że nie możemy pokonać ego, a jedynie przekroczyć. Nie da się zniszczyć czegoś, co zostało zakorzenione w nas od momentu narodzin. Okej, nie do końca mówię prawdę, bo istnieje przecież możliwość wycięcia sobie kawałka mózgu. 

Tylko ego może pozbyć się samo siebie, a zrobi to wtedy, gdy po wykonaniu jakiejś czynności uzna, że jest szczęśliwe. 


Jedyną rzeczą na jaką mamy wpływ w kwestii ego jest obserwacja, czyli zyskanie dystansu. Bardzo logiczna i prosta sprawa - obserwujemy ego i jego działania, to znaczy, że nim jesteśmy i paradoksalnie się z niego uwalniamy. Nie takie trudne. 

Oczywiście, ma to też swoje skutki uboczne - poza obserwacją pragnień i wyborze tych, które chcemy realizować konsekwencją jest odrzucenie innych. Jednak nie słyszałam, by ktoś tego żałował.

W końcu dopiero wtedy czujemy, że żyjemy, a wszystkie decyzje i plany należą wyłącznie do nas, a nie od terroryzującego fochami ego. Stajemy się wtedy prawdziwymi sobą.

Takie podejście możemy przedstawić na prostym przykładzie, by łatwiej zilustrować to o czym wcześniej tyle mówiłam. To ten moment, kiedy pragniemy wypić herbatę i spostrzegamy, że nie ma jej w domu. Albo akceptujemy ten stan rzeczy i odmawiamy sobie przyjemności, albo z pełną świadomością i spokojem wędrujemy do sklepu, by jednak uzupełnić braki domowej spiżarni. Decyzja zawsze należy do nas.

Tylko błagam, nigdy za przykład nie stawiajcie kawy, bo dobrze wiemy, że to coś więcej i nie tak łatwo jest z niej zrezygnować. W tym przypadku wyjście jest tylko jedno i jest nim wyjście do sklepu. 

Post dodam zapewne wieczorem, ale aktualnie jest 10ta rano i mój brzuch zaczął wydawać nieprzyjemne dla ucha odgłosy głodu, a organizm domaga się porannej dawki kofeiny (tak jestem uzależniona i tak nie wiem jak jeszcze funkcjonuję, i tak podkreślam to w każdym poście). 

dlatego arrivederci 
i do napisania,
Weronika

Likes

Comments


   Saszetka jednorazowej Mokate, co prawda nieco już podniszczona noszeniem luzem w torebce wraz z armią kosmetyków, miniaturową apteką oraz kluczami do mieszkań wszystkich krewnych, w czasie przedpołudniowej sjesty wyglądała na tyle zachęcająco, że dostąpiła zaszczytu znalezienia się w moim kubku wielkości miski do zupki kuksu. Z owym naczyniem powędrowałam do miejsca, gdzie rozwijają się tęgie umysły tego świata. Wprost przed ekran laptopa, na którym ambitnie postanowiłam napisać coś nowego.



W końcu skoro wakacyjny fit-plan i tak legł w gruzach , a ja sama postanowiłam przybrać figurę Świętego Mikołaja, nie pozostało mi nic innego. Schody, swoją ilością przypominające te z latarni morskiej, zaczynają się w momencie, kiedy zastanawiam się jaki temat poruszyć. Nawet lampka, która jeszcze dziesięć minut temu tliła światełko nad moją głową, zgasła. Stukam, myślę, wyszukuję na tę okazję specjalną playlistę i zaczynam chodzić nerwowo po mieszkaniu, do momentu, aż wszyscy zastanawiają się czy mój licealny Weltschmerz nie przechodzi właśnie swojego drugiego "ja". Choć jak ostatnio się dowiedziałam, akurat on przy tworzeniu pomaga najbardziej (przestroga dla artystów).  A może wykorzystam post z serii rezerwowych, który tylko czeka na te dni bez natchnienia? Po chwili namysłu stwierdzam, że to przesadne pójście na łatwiznę. Mamy wakacje, a to oznacza błogą wolność i czas dosłownie na wszystko, poza opuszczaniem łóżka po godzinie jedenastej.
Oprócz czytania, opalania i etatowego gotowania (przykry wakacyjny obowiązek) miewam też momenty refleksji, które znacznie wzrosły wraz z trwaniem tegorocznych Mistrzostw Europy, kiedy to moja druga połówka znalazła się w zupełnie innej rzeczywistości. Jeśli dołożę do tego czas, który spędzam w autobusie, gdzie mój cały stan posiadania sprowadza się do i tak przeczytanej już wcześniej książki, to porównywać się mogę z najlepszymi psychologami tego świata. Ostatnio jednym z owych rozważań był sposób odnoszenia sukcesu. Choć brzmi to za bardzo ogólnikowo - uściślając, na myśleniu dlaczego innym zdobycie celu przychodzi znacznie łatwiej. Najbardziej skupiłam się na rozszyfrowaniu sposobu ich działania. Podróż dobiegła końca, a ja wróciłam z niej z pewnymi wnioskami. 


Szczęście to nie tylko kawa



"Myśl o rzeczach dobrych, a staną się rzeczywistością! Nie myśl o rzeczach złych, by to nie one się wydarzyły. W każdej sekundzie życia jesteś tym i robisz to, o czym myślisz. "


Ile razy słyszeliśmy coś podobnego? To słowa Josepha Murphy'ego i cytuję je nie dlatego, że niosą za sobą wyszukane motywacyjne przesłanie, a ze względu, na to, by pokazać, że tych tajemniczych ksiąg, wyznających zasadę Carpe Diem i takich, które spełniają marzenia jest wiele. Jedną z łączących je cech jest to, że nie zmieniają zupełnie nic. To nie lampa z dżinem, ona nie spełnia trzech życzeń i na pewno już nie zmieni za nas jutra. Kiedyś słuchałam wykładu, po którym zniechęciłam się do korzystania z mów motywacyjnych wygłaszanych przez osoby, których największą przeciwnością losu było upuszczenie gałki lodów czekoladowych. Choć możliwe, że nawet i to jest wyolbrzymieniem. Był to wykład o utrzymaniu stabilności związku i czterdziestopięciominutowy monolog o tym, że milion kilometrów to nie koniec świata, a miłość przetrwa wszystko. No błagam, dlaczego Ci ludzie biorą nas za tak bezmyślne stworzenia. Nie żyjemy w szesnastowiecznej Weronie. Nawet nie pochodzimy ze zwaśnionych rodów. Mało kto w ogóle pamięta, czym jest mezalians. W erze Pendolino, Internetu i tanich linii lotniczych odległość nie ma już większego znaczenia. I nie musimy płacić za to, żeby ktoś nam to uświadamiał. Ale nie o tym dziś chciałam pomówić.

Zresztą jak sam tytuł zdradza tematem przewodnim będzie pozbycie się stresu. I żeby dowiedzieć się jak to zrobić, nie musicie zaprzedawać duszy diabłu ani oddawać domu pod hipotekę, wystarczy, że przeczytacie kilka linijek moich spekulacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez ten nagłówek z kawą w roli głównej mogę nie wydawać się wiarygodna. W końcu jest to napój, bez którego chyba nie tylko ja nie jestem w stanie poprawnie funkcjonować. Może teraz w to trudno uwierzyć, ale niektóre rzeczy naprawdę dają więcej energii niż kofeina. Ale nie przedłużając - to jak osiągnąć ten magiczny stan?


Czasem wystarczy się wyspać

Niedawno mój budzik zastąpiłam znaną melodią Bobby’ego McFerrina Don’t worry, be happy i od tego momentu uważam, że słowa te powinny być dewizą każdego z nas. W końcu refren, nucony do dziś przez miliony ludzi na świecie to coś więcej niż tylko wpadająca w ucho piosenka. Właśnie całą tą samonapędzającą się autodestrukcję tworzy martwienie się. Takie martwienie się o wszystko, począwszy od niewidocznego pryszcza na twarzy, a skończywszy na oblanej próbnej maturze z wiedzy o kulturze. Czy nie warto to przerwać?

Największym lękiem może być tylko Gargamel


Myślę, że każdy z nas, poza tymi, którzy nauce poświęcają nawet piątkowy wieczór, choć raz w życiu na jakimś bardzo ważnym egzaminie chciał wcielić się w rolę Pomysłowego Dobromira. Ostatecznie, bez iskierki nadziei kończymy z totalną pustką w głowie. Zapewnione natomiast mamy towarzystwo pulsującej w żyłach krwi, spoconych dłoni czy przyspieszonego oddechu - a stąd już o krok do ataku paniki. Tylko, że to nic złego,  a wręcz jest to zupełnie naturalne zjawisko zachodzące pod wpływem ogromnego stresu. Problem rozpoczyna się wówczas, gdy temu wszystkiego zaczyna towarzyszyć lawina myśli i to w dodatku nie tych dotyczących pytań egzaminacyjnych. Wizja niezaliczonego testu, a w konsekwencji kolejne zarwane noce w towarzystwie tony książek, zakłada na nasz umysł blokadę, tworząc niekończącą się pętle lęków. Z paraliżującym strachem możemy poradzić sobie poprzez odrzucenie złych myśli, pozostając przy tym stuprocentowym sobą, nie robiąc nic wbrew swojej woli. 

Złe nastawienie jest passé


Wiecie co jest największą przyczyną zakłócenia myślenia? Jest nią ciągły niepokój. I dobrze wiem, że większość z was dokładnie rozumie co chcę przez to powiedzieć. To właśnie to całe skupianie się na jakichś negatywnych emocjach powoduje, że odbieramy sobie szanse zmiany toru myślenia. W tak zwanej pamięci operacyjnej pojawia się komunikat z błędem, a to przecież ta pamięć przechowuje wszystkie potrzebne informacje niezbędne do wykonania danego celu. Jeśli pozwolimy przysypać ją stertą przykrych uczuć to wydostanie jej z tego będzie ciężkie, a mówienie o jakimkolwiek konstruktywnym myśleniu - bez znaczenia. Można natomiast włączyć tryb ochronny - to ten przycisk z napisem pozytywne myślenie. Dobrze wiem, że teraz brzmi to podobnie do tych wszystkich dobrze znanych wam mów, ale niezupełnie chodzi o to samo. Po prostu nawet jeśli jesteś pesymistą widzącym zawsze szklankę do połowy pustą, to sobie nim bądź, tylko że zostań pogodnym pesymistą. Pozytywna motywacja to w tym przypadku jedyne racjonalne wyjście, dzięki któremu wybrniesz z każdej sytuacji. Jednak całkowite odblokowanie umysłu dokona się poprzez uświadomienie sobie wiary we własne możliwości. I nie mówię teraz o powtarzaniu jak mantry "Dam radę, jestem zwycięzcą". Chodzi o wewnętrzne uzmysłowienie sobie tych słów i jeśli tego dokonasz, to gwarantuję, że znikną wszelkie obawy przed czekającym zadaniem.

 

Gwarancja zwycięstwa 

W jednej kwestii z coachami muszę się zgodzić. Jeśli chodzi wytrwałość i entuzjazm to mają oni rację. Bo te dwie cechy charakteryzują osoby, które odnoszą sukces w różnego rodzaju konkursach i zawodach. Weźmy na przykład uczestników turnieju tenisa ziemnego. Poziom ich umiejętności jest całkiem wyrównany, jednak szanse na wygraną ma tylko jeden z nich i zwycięża ten z większym zapałem. To właśnie sposób zaangażowania i postawienie sobie za cel wszelkiej wygranej jest gwarancją powodzenia. Ten prosty przykład pokazuje, że sukces opiera się głównie na cechach emocjonalnych, a umiejętności schodzą na drugi plan. Zmiana nastawienia jest bardzo prosta, a mówię to dlatego, że sama takiej dokonałam. Przyszłam na jeden z ważnych egzaminów i już nie musiałam kulić się na krześle w obawie przed porażką. Wiedziałam co potrafię i te umiejętności ze stoickim spokojem przelałam na arkusz z pytaniami. Otrzymane wyniki były wystarczającym dowodem na to, że wiara w siebie czyni cuda. 

I właściwie to tyle ile mam do powiedzenia, bo letnie przedpołudnie zamieniło się w późny wieczór - ale nadal letni i czas na coroczny maraton (maraton Harry'ego mam już za sobą) Gwiezdnych wojen!

Niech moc będzie z wami, 
Weronika

Likes

Comments

Instagram@weronikatryba