Long time no see...

W wirze przygotowań ślubnych przeplatanych pracą i zdjęciami nawet nie zauważyłam, że od ostatniego posta minęło tyle czasu! Znalazł się jednak idealny pretekst do powrotu - bohaterem dzisiejszego wpisu jest nowy model zegarka polskiej marki MIUGO o wdzięcznej nazwie LOV. Nawet nie wiecie jaką frajdę sprawił mi powrót do robienia zdjęć z myślą wyłącznie o sobie! Nie nie, nie narzekam na pracę (absolutnie!), ale fotografowanie nie-na-zlecenie daje ogromny powiew świeżości i jest świetną odskocznią od obowiązków (if you know what I mean).

Wracając do bohatera dzisiejszego wpisu - pewnie niektórzy z Was mieli już okazję widzieć go na moim Instagramie. Znacie markę MIUGO? W swoim życiu bardzo cenię sobie piękno otaczających mnie przedmiotów oraz ideologię slow life. Uwielbiam celebrować codzienność. Uwielbiam planować sobie domowy relaks. Uwielbiam minimalistyczne detale, które idealnie dopełniają całości. Uwielbiam, kiedy piękny przedmiot jest jednocześnie użyteczny, a mojej pracy nie wyobrażam sobie bez zegarka "pod ręką" a właściwie na ręku :) I właśnie takie są zegarki MIUGO. Do tego minimalistyczny design, świetna jakość materiałów, jednym słowem - przepadłam. Warto podkreślić, że MIUGO oferuje bardzo wygodną możliwość konfiguracji swoich zegarków, co znaczy, że mamy możliwość wyboru koloru koperty, tarczy, czy rodzaju paska. Sprawdźcie sami! I zapraszam na zdjęcia :)

Przenieś swój blog na Nouw - teraz możesz importować swój stary blog - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Część z Was wróciła już na pewno z wakacji z kartami pamięci pełnymi wspaniałych wspomnień zatrzymanych w kadrze. Ja w te wakacje dałam sobie luz od zdjęć, ale mój dysk jest wciąż pełen lekko już zapomnianych, bo opublikowanych na blogu, zdjęć z mojego ukochanego Londynu. Dzięki uprzejmości Saal Digital Polska miałam okazję 'przelać' moje londyńskie wspomnienia na papier. Czy pamiętacie jaką frajdę sprawiało w dzieciństwie oglądanie albumów ze zdjęciami? Wtedy klisza miała ograniczoną liczbę klatek, każdy kadr był wspomnieniem jakiejś ważnej chwili. Teraz zdjęć robimy dużo więcej, ale to nie zmienia faktu, że oglądając je, możemy powrócić do tych emocji umieszczonych mam fotografiach. Muszę przyznać, że do tych zdjęć mam ogromny sentyment i było mi bardzo ciężko wybrać ileś ulubionych. Ale udało się! Mam przed sobą cudowną fotoksiazkę ze zdjęciami, które pewnie gdyby nie Saal Digital, na długo pozostałyby w czeluściach twardego dysku.

Co do samej książki, na największe uznanie zasługuje... Stop. Tu wszystko zasługuje na największe uznanie- począwszy od odwzorowania kolorów, łączenie stron, przez jakość papieru, po ostrość zdjęć. Moja pierwsza reakcja po rozpakowaniu przesyłki mówi sama za siebie- wzruszyłam się niezmiernie. Jakoś ciężko było mi uwierzyć, że te zdjęcia wyszły z mojego aparatu i otrzymały tak piękną oprawę.

Aplikacja, którą ściągamy na komputer, telefon lub tablet jest naprawdę intuicyjna. Prowadzi nas przez okno wyboru artykułu (fotoksiążka, fotozeszyt, etc.), formatu, rodzaju papieru (ja wybrałam mat wszędzie, choć trochę żałuję, że matowa okładka tak "zbiera" palce), ilości stron. Nastepnie do wyboru mamy różne układy rozmieszczenia zdjęć i ja polecam wybrać któryś z gotowych, bo sama poszalałam trochę z marginesami, choć wydawało mi się, że wszystko jest równo.

Od momentu złożenia zamówienia do otrzymania książki minęło bardzo niewiele czasu. Zamówiłam w czwartek, w moich rękach była już we wtorek, a warto wspomnieć, że startuje do nas z Niemiec. Oczywiście jesteśmy powiadamiani o każdej zmianie statusu zamówienia.

Myślę, że to również idealny pomysł na prezent dla bliskich, lub na zaprezentowaniem swoich prac w formie portfolio. Sprawdźcie koniecznie sami na stronie Saal Digital

*Warto dodać, że wszystkie moje zdjęcia wysłane były w sRGB

Likes

Comments

Niedzielne popołudnie, skończone zlecenie fotograficzne i chwila wolnego czasu. "Idziemy na zdjęcia?" pyta Piotrek. Często po skończonym zleceniu czuję ogromną chęć zmiany pola działania fotograficznego i podziałania czegoś dla siebie. "Dobra, ale dzisiaj ty pstrykasz!" odpowiadam. Niewiele się zastanawiając ubieram piękną koszulową sukienkę od Tova Fashion, którą już kiedyś miałam Wam pokazać i jedziemy do łazienek. Jak nigdy o tej porze, spaceruje tam zaledwie garstka ludzi, jest letnie ale dość chłodne popołudnie i bardzo delikatne światło. W taki rześki letni wieczór sukienka sprawdza się idealnie. Jest uszyta z "mięsistej" dobrej jakościowo bawełny, wykończona grubą nicią dodającą jej lekko sportowego zacięcia. Świetnie wyglądałaby również do Conversów. Piotr fotografuje, ja biegam przed obiektywem i tak oto powstało parę kadrów, które dziś Wam prezentuję. Jestem z niego dumna, w lot łapie moje pomysły, a zdjęć nawet nie muszę specjalnie kadrować. Lubię takie bardzo proste kadry, a Wy?


Wszystkie zdjęcia obrobione presetem do Lightrooma z serii Art II od VividPresets <3

Likes

Comments

Cześć! To mój pierwszy post w stylu #ootd. Piękny dzień, spacer po centrum, aparat w ręku i tak oto powstało parę spontanicznych kadrów. Dziewczyny, jeśli zastanawiacie się jakie materiały wybierać na nadchodzące upały, wiskoza z pewnością okaże się dobrym wyborem. Chyba nigdy wcześniej wiskozy nie miałam i kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać, a tu takie miłe zaskoczenie. Materiał okazał się przede wszystkim bardzo przewiewny i chłodny, a to właśnie te właściwości sprawiają, że tak fantastycznie sprawdza się w gorące dni. Owszem, jest jeden minus- wiskoza dość mocno się gniecie, ale w porównaniu z komfortem noszenia to naprawdę nic. Sama sukienka ma fajny, prosty, oversizowy krój, wywinięte rękawki i tą cudną koronkę. I do tego szalenie podoba mi się jak gra kolorystycznie z moimi włosami. Ahh, Tova Fashion wie jak trafić do mojego serca i to w momencie, kiedy bardzo potrzebowałam małej odskoczni od jeansów i prostych tshirtów. W zanadrzu czeka jeszcze piękna błekitna koszulowa sukienka, ale czeka na delikatnie chłodniejsze dni i ciut wolnego czasu. :)


* Photos edited with LR preset from ART Collection by Vivid Presets

Sukienka Tova

Buty Briluu

Torba Stradivarius

Likes

Comments

W ostatnią środę miałam okazję uczestniczyć w warsztatach prowadzonych przez Romę Roman, na których razem z dziewczynami z Nouw uczyłyśmy się jak z prostej kwadratowej chusty można zrobić plecak, torebkę, jak zapakować w nią prezent, czy garnek z pysznościami na imprezę. Roma pokazała nam również jak przy pomocy kwiatów, młotka, taśmy klejącej i deski taką chustę ozdobić. Najfajniejsze jest to, że jak już opanujemy sztukę wiązania 'do tyłu', w pomysłach na to co możemy stworzyć z takiej chusty ogranicza nas jedynie wyobraźnia. @sylviastyle miałyście rację, to świetny pomysł na prezent dla Mam! Zdolności Romy możecie podziwiać na instagramie @portretyroslin. Nie mogę nie wspomnieć o Werandzie w warszawskich Koszykach, która przygotowała dla nas caaały stół pyszności. Dziewczyny, było super znów się z Wami spotkać, a niektóre z Was poznać!

Likes

Comments

"Jak zostać mistrzem prokrastynacji" - to taki tytuł powinien pojawić się w nagłówku tego posta. Od Londynu minęły już dwa miesiące, a ja dopiero wyeksportowałam zdjęcia z Lightrooma. Zauważyłam, że takie odkładanie ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony niewiele wspomnień nadal układa się swobodnie w słowa, z drugiej zaś cudownie jest wracać do tych wspomnień. Ostatni jednak wiosenny dzwonek musiał zadzwonić, żebym zmobilizowała się do zamknięcia rozdziału "Londyn", bo komu teraz w głowie płaszcze i szale, które nosiłyśmy jeszcze w marcu. Tym samym żegnam się powoli z moim ukochanym kapeluszem, ehh. Wiecie, to chyba w takiej fotografii czuję się najswobodniej. Uwielbiam godzinami snuć się po mieście i uwieczniać jego życie. Bez obaw o światło, odpowiednio dobrane rekwizyty, czy kolorystykę. A Notting Hill to świetne miejsce na zagubienie się w tamtejszych uliczkach i odkrywanie Londynu bez mapy. Za każdym rogiem czeka na nas coś ciekawego. Ja jak to ja jednak, nie mogłam pokazać tylko cukierkowych fasad budynków (tego oczywiście też nie zabrakło), ale musiałam zagłębić się w nie bardziej. Dlatego właśnie świadomie wybraliśmy się tam akurat w sobotę, kiedy w najlepsze trwał Portobello Road Market. Następnym razem z pewnością wybierzemy jakiś spokojny dzień. Na pewno zszokował mnie tłum, nie spodziewałam się aż takiego! Żeby zrobić zdjęcie tego uroczego słynnego instagramowego auta, czatowałam chyba z 15 minut, aż przejadą wszystkie samochody i przejdą wszyscy ludzie, aby złapać pół sekundy na naciśnięcie spustu migawki. Podobny czas ma każdy, kto chce zrobić sobie zdjęcie na tle co piękniejszych drzwi. Ale ale! Wystarczy przejść parę przecznic dalej, żeby spotkać puste, spokojne, rozweselone jedynie kolorami kamienic uliczki. Nie mniej jednak wrażenia pozostają niezapomniane!

PS. To właśnie na Portobello Road Market mąż mój przyszły nabył sobie mój nowy piękny kapelusz <3 Jakże sie cieszę, że go namówiłam :D

Likes

Comments

Targi Rzeczy Ładnych... Moje ulubione dni w roku, kiedy w cudownej przestrzeni, po żmudnych przygotowaniach gromadzą się niesamowici polscy twórcy - mebli, ceramiki, grafik i innych ładnych i zarazem użytkowych rzeczy. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu do nich i ich kreatywności. Uwielbiam takie artystyczne dusze. Piękna przestrzeń, moc pozytywnej energii i fantastyczni wystawcy chętnie opowiadający o swojej pracy-pasji. Czego chcieć więcej :) TRŁ to dla mnie zawsze ogromna dawka inspiracji, a strefa vintage to strzał w dziesiątkę.

A Wy lubicie tego typu wydarzenia?

* Photos edited with LR presets from Art Collection by Vivid Presets

Likes

Comments

Cześć Kochani!

Jeśli miałabym wskazać tą część Londynu, która zachwyciła mnie najbardziej, to z pewnością wskażę Shoreditch. "Zwiedzanie" zaczęliśmy od stacji Bethnal Green. Na zdjęciach pojawia się jednak Old Street, ponieważ Shoreditch to jedyne miejsce do którego wróciliśmy drugi raz pomimo napiętego grafiku. To właśnie tam znajduje się Shoreditch Grind, knajpa w której za dnia napijemy się kawy, a wieczorem doświadczymy tego cudownego londyńskiego gwaru. Ten post będzie dość długi, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że ciężko będzie mi opisać słowami to, co tu zobaczyłam. Pewnie niektórzy z was zastanawiają się, czy nie lepiej odłożyć aparat i po prostu chłonąć otoczenie, ale spokojnie. Nie dość, że zdążyłam się wszystkimi zakamarkami nacieszyć, to w dodatku mam teraz bonus w postaci wspaniałej fotograficznej pamiątki. Każdy z nas robi to co kocha, prawda? A przynajmniej w to wierzę :) Shoreditch, podobnie jak Hackney ale bardziej, pełne jest cudownych murali, graffiti i poukrywanych osobliwych rzeźb, czy instalacji. To właśnie tutaj czuć było ten niezmiernie inspirujący i odurzający powiew londyńskiej wolności i świeżości. Cała Brick Lane ma tak niesamowitą energię, że gdybym została tam ciut dłużej, to naładowałabym swoje akumulatory chyba na caaały rok. Nie mogę nie wspomnieć o Ozone Coffee Roasters, gdzie napiliśmy się fantastycznej kawy parzonej alternatywnymi metodami, a którą odważyłam się obfotografować wzdłuż i wszerz!

Jak zwykle- niech historię opowiedzą zdjęcia!

A na deser... Kilka kadrów z niesamowitej kawiarni Ozone Coffee Roasters

Likes

Comments

O Hackney marzyłam odkąd usłyszałam piosenkę "Girl" Jamiego XX. Kto nie zna proszę szybciutko nadrobić! Nasza wycieczka zaczęła się dość niefortunnie, ponieważ Piotr koniecznie chciał zobaczyć Abbey Road, która była rozkopana z każdej możliwej strony, nawet mapps.me nie pomogło. W rezultacie trochę się zabłąkaliśmy, do metra daleko, czas ucieka, ale z pomocą przyszedł nam pewien przesympatyczny starszy pan, który widząc nasze nieporadne miny, sam zaproponował, że wskażę nam drogę. Swoją drogą jakie to wspaniałe i tak rzadko spotykane w Polsce. Do Hackney dotarliśmy od strony Hackney Wick. Ta część Londynu to mnóstwo murali, graffiti i dziwnych miejsc. Kiedy jednak dotarliśmy już do "centrum" Hackney, nie zabrakło uroczych kawiarni, czy knajpek. W jednej z nich, Well Street Kitchen, postanowiliśmy zjeść lunch i muszę Wam powiedzieć, że lepszego miejsca nie mogliśmy znaleźć. Totalnie mój wystrój, typowa dla Londynu kolorowa, tym razem niebieska witryna, która już z daleka nas wołała, stoły w szachownicę, ale przede wszystkim pyszne, typowo angielskie jedzenie. Ja zamówiłam tosty z awokado, twarogiem, pomidorem i jajkiem w koszulce, które do dziś pozostaje dla mnie magią, a Piotrek jakieś coś z fasolą, kiełbasą i parmezanem. Ahh, nie pamiętam żebyśmy gdziekolwiek indziej jedli takie pyszności.

Mimo, że Hackney i Shoreditch zwiedzaliśmy jednego dnia, postanowiłam podzielić je na dwa wpisy, coby nie tworzyć przydługiego posta :D

Zapraszam!

Jako bonus zdjęcie wyjazdu. "No ustawiałem ostrość i wjechał mi"

Likes

Comments

Jeśli chodzi o pierwsze razy, to ten jest z pewnością wyjątkowy (jak każdy z resztą pierwszy raz) ponieważ jedną nogą wyszłam poza strefę komfortu. Fotografowałam w miejscu publicznym! @rudamowi, wspominałaś ostatnio o panice podczas robienia zdjęć tam, gdzie pojawiają się ludzie, a skoro ja już i tak twierdzę, że gdzieś tam pokrewne z nas dusze, to muszę Ci powiedzieć, że mam to samo! Albo raczej miałam, bo tym razem po pierwsze sama wyciągnęłam aparat i nie zawahałam się go użyć, a po drugie przez moment sama prężyłam się na schodach. I wiecie co się stało? NIC. Absolutnie nic. Świat się nie zawalił, nikt mnie nie wygonił, nie kazał skasować zdjęć, ba nawet nikt nie zwrócili na mnie uwagi, tylko jedna pani zaproponowała, że zrobi nam wspólne zdjęcie. Tak więc moje ulubione Rude Dziecko miało rację, w XXI wieku to już chyba nikogo nie dziwi. Druga moja noga również robi krok poza strefę komfortu, bo publikuję zdjęcia robione w mega trudnych warunkach, muśnięte inną niż zwykle obróbką. Mój wrodzony perfekcjonizm szczypie mnie w jedno ucho, ale mój nowy kolega Pan Luźny szepcze w drugie, że nie zawsze musi być idealnie.

Co do samego wydarzenia- dzień wcześniej byliśmy na Święcie Kwiatów, które to mimo modnej otoczki zupełnie mnie nie zachwyciło. Ale za to Warszawski Smak - kawa i herbata... To było coś! Maleńkie, w sumie dość kameralne wydarzenie, kilku przesympatycznych wystawców, z którymi rozmowa była niezmiernie przyjemnym aspektem całych "targów", przepyszna kawa (z imbirem, cytryną i miodem, kto odważny spróbuje?), no i Znajomi Znajomych! Niesamowicie klimatyczna knajpka urządzona w jakimś takim energetycznym, trudnym do opisania dla mnie stylu. Podobnie jak w Londynie, niby nic do niczego nie pasuje, ale klimat niepowtarzalny. Udało mi się też nabyć kartkę, która na jednej swojej maleńkiej stronie opisuje całe moje życie. Ahh, chętnie powtórzę taki weekend, tymczasem Wam życzę mnóstwo energii na nowy tydzień!

A jako bonus - dwa kadry z foodtrucków na Narodowym :D

Likes

Comments