Po kilku miesiącach mieszkania tu,wróciłam do grania w piłkę ręczną. Przestałam trenować wraz z końcem liceum. Sama podchodziłam dość sceptycznie do powrotu ,zwłaszcza po tak długim czasie. Jednak decyzja zapadła i to właściwie nie za moją sprawą,tylko taty. Poszedł, powiedział,że będę chodzić i tyle. Tylko nie wiedział,że przez to nastąpi pogorszenie sytuacji. Dopóki chodziłam tylko na treningi wszystko było w porządku. W czerwcu był wyjazd drużynowy. Oczywiście musiałam jechać,bo nie miałam konkretnego powodu (poza tym było mi głupio) żeby zrezygnować. W rezultacie straciłam tylko 50€ I następnego dnia wróciłam do domu. Później sytuacja się w miarę unormowała. Przenieśli mnie do drugiego zespołu, tamten trener chciał żebym grała też w meczach. No i tak się stało. To właśnie od tego momentu wszystko mi się posypało. Stres z tym związany, częste wyjazdy sprawiły,że już nie funkcjonuję normalnie. Jazda autem ? Nie do przeżycia. Autobusem ? Boże,Nie każ mi do niego wsiadać. Wcześniej radziłam sobie w ten sposób,że wszędzie szłam piechotą głównie z mamą. Teraz nie mogę z nią chodzić. Wszędzie muszę sama ,Bo wtedy czuję się pewniej. W zeszłym roku prezenty świąteczne kupowałam z moim chłopakiem ( z którym jestem od, prawie 5 lat) ,teraz zrobiłam to sama. Najlepiej czuje się tylko w swoim towarzystwie. Odsunęłam się przez to od mamy,A byłyśmy bardzo  blisko. Na treningi chodzę sama, przez las. Nawet teraz gdy jest ciemno. Do pracy tak samo. Tak moi drodzy ,pracuje hahaha Wszystko byleby tylko nie wsiąść do autobusu. O wyjeździe do Polski nawet nie ma mowy ,nawet o tym nie myślę. Świadomość tych 800km mnie zabija. Wszystko się poprzewracało...
Miłego dnia !

Zaprojektuj swój blog - wybierz jeden z mnóstwa gotowych szablonów na Nouw lub utwórz własny, metodą „wskaż i kliknij” - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Muszę sprostować jedną rzecz. Mówiąc,że tak było przez trzy lata, miałam na myśli względny spokój. Wszystko to jakoś ciągnęło się aż do zeszłorocznych wakacji. Jeszcze wtedy mieszkałam w Polsce. O wyjeździe na wczasy wiedziałam już jakiś miesiąc wcześniej. Bardzo się z tego cieszyłam ,bo mogłam dużo czasu spędzić z najbliższymi. A nic nie ma dla mnie takiej wartości jak rodzina.
Już dzień przed wyjazdem źle się czułam. A rano to już była kaplica. Zresztą jak całą droga. Przeze mnie droga zamiast 8 godzin,trwała ponad 10, co tylko pogarszalo moje samopoczucie. Paradoksalnie nawet nie wpadłam na fakt,że może to być to z czym się zmagam od tak dawna. W rezultacie 5 dni z 7 ,przesiedziałam w domku. Biorąc zupełnie niepotrzebne leki i zastrzyki. Nawet moi rodzice zorientowali się szybciej niż ja co jest na rzeczy. Dopiero po tych pięciu dniach mi przeszło i czułam się okropnie z tym,że zepsułam wyjazd nie tylko sobie ale i innym. W drodze powrotnej i w domu wszystko już było dobrze. Tydzień po tym wyjeździe była przeprowadzka do Niemiec. Do dnia wyjazdu wszystko było dobrze ,oczywiście w dzień wyjazdu czułam się bardzo źle,ale jeszcze nie na tyle żeby były z tego powodu jakieś niedogodności. W następnym poście opowiem o jeszcze jednej ,tego typu sytuacji. A później o tym co kompletnie zmieniło moje zycie. Na gorsze...niestety. Dodałam zdjęcia książek że względu na to,że to one trzymają mnie przy życiu i nie dają całkiem oszaleć. Idealnym scenariuszem dla mnie byłoby siedzenie w domu cały czas i czytanie ksiazek. Właściwie w dobie XXI wieku nie byłoby to aż tak nad wyraz trudne ,zważając na to m,że wszystko można zrobić i kupic przez internet haha Także życzę wszystkim miłego dnia i do przeczytania w następnym poście!

Likes

Comments

Jak doszło do tego wsztystkiego,czyli moja historia od samego początku..
Już jako dziecko silnie reagowałam na sytuacje stresowe. Czym owe reakcje się objawiały ? A no tym czego nikt zapewne nie lubi,czyli dolegliwości żołądkowe. Nie pamiętam jaka sytuacja sprawiła ,że wylądowałam u psychologa ,to było dawno. Jednak jego diagnozę pamiętam do dziś 'chęć zwrócenia na siebie uwagi, z wiekiem jej przejdzie ' i faktycznie przeszło...do czasu. Wszystko było dobrze aż do trzeciej klasy gimnazjum. Rodzice często się kłócili,a ja jako osoba bardzo emocjonalna i wrażliwa wszystko przeżywałam dużo mocniej niż zwykle. Aż nastał ten fatalny dzień od którego przesiedziałam trzy tygodnie w domu. Zaczęło się niewinnie, ból brzucha,wymioty.. Pierwsze co pomyślałam to zatrucie lekami,które akurat w tamtym czasie przyjmowałam. Tydzień w domu. Sama nie wiem, w którym momencie zorientowałam się,że to jednak nie to. W kolejnym tygodniu poszłam znów do lekarza. Rodzice poproszeni zostali o rozmowę w cztery oczy. Diagnoza ? Chęć zwrócenia na siebie uwagi... Rozmowa z rodzicami . Odpowiedziałam im o swoim problemie ,że boję się wyjść z domu. Pierwsze co pomyśleli to to,że zostałam skrzywdzona. Może dużo łatwiej by było gdyby tak się stało...Niestety nikt mi nigdy nic nie zrobił. To takie szczęście w nieszczęściu hahaha Gdy wytłumaczyłam rodzicom wszystko ,jak zareagowali ? Jakbym była chora, nienormalna, trędowata.. ( z tym drugim to może i faktycznie ,patrząc wstecz ) Rozmowa z nauczycielami,ze szkolną psycholożką... W końcu z obcą osobą- psychologiem. I co mi doradził ? Ćwiczenia oddechowe ,które w ogóle nie przyniosły żadnego efektu. Po powolnym powrocie do normalnego życia samo przeszło. Pojawiało się co jakiś czas,ale nie na długo i w miarę lekko,że mogłam logicznie funkcjonować. To trwało 3 lata ,ale o tym już w następnym poście:)
Miłego dnia !! 🤗

Likes

Comments

Cześć wszystkim !
Nazywam się Paula,mam 21 lat. Obecnie przebywam  za granicą. Jest to mój pierwszy blog, więc jestem kompletną amatorką. Nie wiem czy ktoś to będzie czytał, może nawet lepiej jeśli nie. Ten blog ma pomóc mi w okiełznaniu moich lęków, emocji i przewlekle złego humoru. Raczej nie będzie tu głębokich przemyśleń. To będzie stawienie czoła samej sobie i temu co nagminnie utrudnia mi życie. A przekazanie tego poprzez formę pisemną będzie dla mnie dużo łatwiejsze,tym bardziej ,że nie mam z kim o tym porozmawiać bo nikt nie bierze mnie na poważnie. Totalny dramat... No...To tyle tytułem wstępu.
Do następnego 1

Likes

Comments