Nowe wpisy

Na pewno większość z Was słyszała kiedyś o keratynowym prostowaniu włosów - pyk! Sprostowanie już na początku - wprasowanie keratyny, zabieg keratynowy NIE JEST keratynowym prostowaniem, bo takie coś nie istnieje. Chemicznym prostowaniem również nie jest i zasadniczo się od niego różni, o czym uświadomiła mnie moja fryzjerka. Otóż spieszę z wyjaśnieniem. Zabieg, któremu się poddałam to wprasowanie we włosy keratyny, która ma za zadanie odbudować zniszczone włosy, zniwelować efekt puszenia i poprawić kondycję Waszych pasm. Wyprostowanie włosów jest efektem ubocznym tegoż zabiegu.

Moje włosy są włosami bardzo problematycznymi. Przetłuszczają się przy skalpie, na końcówkach są wysuszone, mają tendencję do rozdwajania się i okropnego puszenia! Ich jedynym plusem jest fakt podatności na fale i loki, więc jeśli tylko nakręcę włosy, nie ma opcji, że samoistnie się rozprostują np. na imprezie, pod wpływem zewnętrznych czynników. Niestety, z plusów to by było na tyle... Wyprostowane włosy nie utrzymają się na mojej głowie długo - paradoksalnie, tutaj czynniki zewnętrznie działają na nie jak płachta na byka. Wyprostowane włosy falują się i puszą tak, że nie mogę ich opanować. Totalna masakra. Kucyk wykonany z moich naturalnych włosów wygląda jak wielki, ściśnięty u góry gumką wachlarz, blehhh. Słyszałam wiele opinii o keratynie i długo się nad nią zastanawiałam. Jedni doradzali, inni odradzali, zaryzykowałam i naprawdę się opłaciło!

Na zdjęciach możecie zauważyć, że moje skręty były dość niesforne. Szczególnie problematycznym były baby hair przy skroniach, podnosiły się ZAWSZE niczym antenki...

Po zabiegu nie oczekiwałam cudów, znam moje włosy i byłam przekonana, że na pewno coś pójdzie nie tak. Jak to mówią - lepiej miło się zaskoczyć, niż gorzko rozczarować :)

Sam zabieg trwał nieco ponad dwie i pół godziny, to indywidualna kwestia długości włosów. Początkowo włosy myje się (nawet dwukrotnie) szamponem silnie oczyszczającym. Ależ dziwne uczucie! Moje sianowate włosy jeszcze nigdy nie były tak suche i szorstkie jak w tamtym momencie! :O Następnie - suszenie zimnym powietrzem wraz z delikatnym czesaniem, aby nieco podprostować włosy. Nakładanie keratyny na poszczególne pasma i pozostawienie jej na określony czas na włosach to kolejny punkt zabiegu. Później już tylko suszenie z czesaniem - trwa dość długo, bo keratyna długo się suszy na włosach. Na koniec kilkukrotne prostowanie pasm, czyli wprasowanie wszystkich najcenniejszych składników użytego produktu i... taaaadaaaam!

Początkowo włosy są lśniące jak lustro, proste jak druty i... miękkie jak jedwab! Nigdy nie dotykałam takich włosów! Nie można ich myć przez trzy doby - przez ten czas keratyna robi we włosach wszystko to, co powinna. Przez ten czas nie należy również upinać, wiązać, a nawet zakładać włosów za uszy. Po śnie, w razie, gdyby zrobiły się ewentualne zagniecenia, należy przeprostować włosy. W czasie tych trzech dni formuje się nasza fryzura. Mnie na szczęście ze smalcu na głowie uratował suchy szampon, którego można używać ;)

Pierwsze pozabiegowe mycie było niemałym wyzwaniem! Zaopatrzyłam się w szampon i odżywkę do włosów po takim zabiegu - bez SLS, silikonów i z dużą dawką keratyny (przeliczając na standardowe pojemności zwykłych szamponów i odżywek z drogerii, te specjalistyczne - o dziwo - wychodzą taniej!) i dokładnie umyłam włosy, aby pozbyć się obciążenia w postaci pozostałej na powierzchni włosa keratyny. Odżywka na kilka minut i włosy w dotyku znów są jak jedwab! Po pierwszy myciu TRZEBA wysuszyć włosy suszarką, najlepiej z jednoczesnym ich czesaniem, aby wyciągnąć ewentualne falki. Asia - moja fryzjerka - poinformowała mnie, że keratyna najlepiej reaguje właśnie z ciepłem, dlatego najlepsze efekty uzyskamy właśnie po użyciu suszarki. Włosy były sypkie, miękkie i proste! Właśnie tego oczekiwałam :)

Kolejne mycie i kolejne suszenie - tym razem naturalne! A nawet więcej - położyłam się spać z mokrymi włosami, co do tej pory było dla mnie standardem! Jestem w tej kwestii taaaaka leniwa, ponadto często kładę się spać bardzo późno, a nie lubię myć głowy rano - przez to zawsze kładę się spać z mokrymi włosami. Obawiałam się, że rano będzie mnie czekać fryzura "na króla lwa", a tu - znów szok! Włosy lekko uniesione u nasady, jedwabiste na końcach i... proste :) Nie były jak drut, baaaaardzo delikatnie się pofalowały, ale naprawdę - bardzo subtelnie! Bardziej się za to uniosły i nabrały objętości, fenomenalnie, bo nie widziałabym się w prostych jak drut włosach! Jestem zachwycona tym, jak teraz wyglądają. Nie puszą się, fantastycznie wyglądają zarówno rozpuszczone, jak i w kucyku, nie mam już "anten" :P Do tego są uniesione, lekkie, gładkie i w ogóle och i ach. No nic, tylko polecać!

W obecnej chwili jestem już miesiąc po zabiegu. Włosy po wysuszeniu są idealnie proste i gładkie. Efekt nieco zanika, kiedy kładę się spać z mokrymi włosami (LEEEEEŃ). Niemniej jednak, włosy rozczesują się o wiele lepiej, nie puszą się, antenki nie stoją, no i gołym okiem widać, że są bardzo odżywione :)

Najlepsza na świecie fryzjerka Asia przyjmuje w Gołdapi - to jej zasługą są moje proste włosy i ten cudowny kolor :)

Zaprojektuj swój blog - wybierz jeden z mnóstwa gotowych szablonów na Nouw lub utwórz własny, metodą „wskaż i kliknij” - kliknij tutaj!

Likes

Comments

Lato w tym roku zdecydowanie nie sprzyja. W lipcu ujrzenie słońca było niezłym fartem. Udało mi się aż dwa razy wyłożyć na kocyk w celu poopalania się, samo łapanie promieni słonecznych nie trwało jednak za długo, bo na horyzoncie zobaczyć można było ciemne chmury zwiastujące istny armagedon.

Uwielbiam lato, mogłoby dla mnie trwać cały rok. Lekkie sukienki, krótkie spodenki i zwiewne bluzki to dla mnie ciuchy, których do szafy mogłabym nie chować. Duszny, ale mało słoneczny lipiec nie przekonał mnie do założenia ulubionych ciuchów. Pozwolił za to poszaleć w kwestii koszul, których mam pół szafy - ni to na lato, bo rękaw długi, ni to na zimę, bo cienkie to to. Idealnie, żeby ponosić właśnie w tym nieudanym lipcu!

Białą koszulę z wiosennej kolekcji Zary połączyłam z krótkimi szortami i ulubioną torebką od ukochanego. Wysokie buty to coś, co uwielbiam, a co nieczęsto mam okazję nosić, więc kiedy dostałam od kumpelki zaproszenie na sesję, wiedziałam już, co zagości na moich stopach! Jak Wam się podoba takie połączenie?

 zasadzie, wpis nie powstał tylko w celach modowych. Moje włosy - które są moją miłością i przekleństwem - przeszły ostatnio sporo zabiegów, które wzbudziły Wasze zainteresowanie. Dawno, dawno temu, byłam posiadaczką złotego ombre. Było super, ale jakoś znudziło mi się. Odhodowałam włosy, obcięłam, a wraz z obcięciem, pożegnałam się też z koloryzacją. Całkiem niedawno zapragnęłam ponownie zostać w połowie jasną blondynką. Udałam się do mojej ulubionej, zaufanej fryzjerki, od której zawsze wychodzę zadowolona (!!!) i poprosiłam o rozjaśnienie włosów. Jako, że moje włosy są dość problematyczne - bardzo mocno się puszą, łatwo rozdwajają, plączą i w ogóle ich utrzymanie do przyjemności nie należy - fryzjerka podjęła decyzję o rozjaśnieniu farbą, aby nie działać silnym i niszczącym rozjaśniaczem. Przeszłam więc dwukrotnie rozjaśnianie farbą, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Panie w sklepie zatrzymują mi, aby zapytać gdzie malowałam włosy! Na Instagramie również posypały się pytania! Ależ miło :) W zeszłym tygodniu przeszłam również zabieg keratynowego prostowania włosów. Dostałam mnóstwo zapytań odnośnie tego, jak wygląda zabieg i jak mają się po nim moje włosy - o tym będzie następny wpis! Dzisiejsze zdjęcia niech przybliżą Wam, jak bardzo puchate, pofalowane i zniszczone były moje włosy! Przyjrzyjcie się dobrze zdjęciom! Na przybliżeniach doskonale widać moje przekleństwo - stojące po bokach głowy "anteny" :D Przy każdej fryzurze, która wymagała wygładzenia boków - kok, kucyk - moje "baby hair" odstawały po bokach jak naelektryzowane druty, katastrofa.

Czy udało się pozbyć problemu? Na to pytanie odpowiem w kolejnym wpisie, w którym opiszę moje wrażenia po zabiegu keratynowym! :) Polecę również szampon i odżywkę idealną do włosów po zabiegu! Do zobaczenia niebawem!

koszula - Zara / szorty - Stradivarius / buty - Oysho / torebka - Michael Kors

fot. Ania Sadowska / https://www.facebook.com/AnnaSadowskaPhotography/?fref=ts​

Likes

Comments

Będąc w Grecji wręcz nie mogłam nacieszyć się tamtejszymi wspaniałościami. Uwielbiam śródziemnomorskie przekąski, trunki i... kosmetyki! Są delikatne, stworzone głównie na bazie naturalnych składników, których w słonecznej Grecji jest po dostatkiem. Przywiozłam sobie kilka mazideł, bo wiedziałam, że w Polsce będzie o nie trudno. Jakiś czas temu natknęłam się jednak na firmę Flax, która dystrybuuje kosmetyki Mythos - sprowadzane prosto z Grecji! Nie byłam nastawiona do nich jakoś szczególnie entuzjastycznie. Nie wierzyłam, że kosmetyki te rzeczywiście będą przypominały mi o moich - dawno wykończonych - pamiątkach z Grecji.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy z dozą niepewności otwierałam paczkę z kosmetykami. Dałam im i sobie, kilka dni na wzajemne zapoznanie się i... nie zawiodłam się. Są dokładnie takie, jakie powinny być - pięknie pachną, odżywiają, nawilżają i przez długi czas pozostają na skórze w postaci delikatnej mgiełki zapachowej. Przetestowałam kilka z nich i postanowiłam podzielić się z Wami moją opinią. Mam nadzieję, że będzie pomocna!

Żel pod prysznic: oliwa i dzika róża

Czego można oczekiwać od żelu pod prysznic? Chyba przede wszystkim tego, żeby porządnie oczyścił naszą skórę, a przy okazji dobrze się rozprowadzał, ładnie pachniał, czy o czymś zapomniałam? Żel Mythos z dziką różą na dzień dobry zaskoczył mnie zapachem, którego się nie spodziewałam. Dzika róża kojarzyła mi się z jakąś bliżej niesprecyzowaną słodyczą, tymczasem żel daje raczej efekt orzeźwiającego zapachu. Dla mnie kojarzy się nieco z zieloną herbatą. Zapach jest absolutnie niepowtarzalny i uzależniający. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną i świeżą, nie pieni się zbyt mocno, jednak to zasługa naturalnego składu, bo kosmetyki Mythos są wolne od parabenów, silikonów i barwników, a także od EDTA i GHT. Produkty, z których zostały stworzone kosmetyki były również wolne od GMO, jak zapewnia producent. Nie są również testowane na zwierzętach, co jest dla mnie ważną informacją. W składzie znajdziemy przede wszystkim naturalną oliwę, dziką różę, ale także lekko wyczuwalny liść laurowy. Do żelu dodana jest również witamina E. Żel jest wydajny, a praktyczna buteleczka 100 ml nadaje się również do zabrania w podróż samolotem - jeśli ktoś tak, jak ja, wybiera raczej bagaż podręczny :)

Peelingujące, naturalne mydło do masażu z wyciągiem z czerwonych winogron

Lubię nowości na rynku kosmetycznym, dlatego zaintrygowało mnie mydełko Mythos. Masaż pod prysznicem to najlepsza forma poprawy ukrwienia naszego ciała, co za tym idzie - zmniejsza się ryzyko utworzenia się cellulitu, ujędrnia się ciało, lepiej wchłaniają się cenne substancje.. Na rynku mamy do wyboru setki masażerów i gąbek, jednak nie zawsze możemy je ze sobą zabrać. Mydełko ze specjalnymi wypustkami to bardzo wygodna opcja - szczególnie w podróży! Oparte oczywiście w 100% na naturalnych składnikach - jak wszystkie kosmetyki Mythos, zawiera wyciąg z czerwonych winogron, dodatek masła shea, a także olejek migdałowy oraz witaminę E. Bardzo przyjemna struktura sprawia, że masaż kostką staje się prawdziwą chwilą relaksu! Na zdjęciach możecie też zauważyć, że mydło jest wyprofilowane tak, aby nie uciekało nam z ręki!

Masło do ciała: oliwa i granat

To zdecydowanie mój hit! Masło jest szalenie wydajne, nie zużyję go chyba przez najbliższe pół roku! Szybko się wchłania, wspaniale nawilża... a do tego ten zapach! Jeśli zastanawiacie się nad prezentem dla kogoś bliskiego, to będzie to strzał w 10! Granat jest tak wyczuwalny, jakbyście wsmarowali w skórę sok z owoców granatu! Konsystencja jest lekka, ale nie wodnista. Masło nie pozostawia tłustej poświaty, wchłania się w moment. Zapach jest jest dobrze wyczuwalny, utrzymuje się długo na skórze. Kilkanaście razy przykładałam nakremowane ręce do nosa, nie mogłam się powstrzymać! W składzie znajdziemy następujące substancje aktywne: masło oliwkowe, granat, masło shea, olejek migdałowy, lecytyna oraz witamina E. Jest fantastyczne dla suchej skóry, wymagającej nawilżenia.

Kosmetyki Mythos znajdziecie na stronie ich wyłącznego dystrybutora w Polsce, na stronie www.flax.com.pl. Skład jest w 100% naturalny. Dodatek olejków oraz naturalnych wyciągów sprawia, że Mythos stał się moim faworytem wśród kosmetyków! Najważniejszą informacją jest brak silikonów, parabenów, barwników i nietestowanie na zwierzętach. Kosmetyki są wydajne, no i pięknie pachną! <3 Na stronie znajdziecie również świetne zestawy prezentowe, a także zestawy podróżne, idealne do bagażu podręcznego. Sprawdźcie sami!

Dzięki uprzejmości firmy Flax mam dla Was zestaw, który sama testowałam! Konkurs prowadzony jest na Instagramie - zasady są bardzo proste! Zaobserwuj profil Flax na Instagramie (www.instagram.com/flax_com_pl), a także mój profil IG (www.instagram.com/poproszekalosze) i dołącz do naszej zabawy! Zrepostuj na swoim profilu IG poniższy obrazek z hashtagami #mythoscosmetics oraz #poproszekalosze i weź udział w losowaniu zestawu naturalnych kosmetyków Mythos już 02.08.2017 r., czyli dokładnie za dwa tygodnie! Losowanie prowadzone będzie na moim IG - wyniki opublikowane zostaną również na IG Flax! Trzymam kciuki i zapraszam Was do zabawy!

Likes

Comments

Wyspy Kanaryjskie - ależ to brzmi drogo, ekskluzywnie i w ogóle! Szczególnie, że przeciętna oferta all inclusive oferowana przez biura podróży waha się w granicach... 3500 zł! A co Wy na to, żeby Kanary odwiedzić za połowę tej kwoty? To naprawdę możliwe! W zeszłe wakacje postanowiliśmy spróbować tego szaleństwa, szukaliśmy, grzebaliśmy i... udało się! Loty, transfery i noclegi nie przekroczyły kwoty 1200 zł! Korzystaliśmy z lokalnych atrakcji, zwiedziliśmy całą wyspę wynajętym samochodem, przepłynęliśmy wodną taksówką na Lobos, codziennie kosztowaliśmy lokalnych potraw i drinków, a to wszystko za mniej niż 2000 zł :) Wszystko to kwestia dobrej organizacji! Zobaczcie sami!

Na Fuertę lecieliśmy z Modlina. Ryanair oferuje w ramach bagażu podręcznego, tak naprawdę, aż trzy bagaże! Dwa niewielkie oraz jeden o standardowych wymiarach kabinówki (Wizz Air jest w tej kwestii bardzo kontrowersyjny). Co za tym idzie, aby nie płacić za duży bagaż, na tydzień udało nam się - bez problemu - spakować w bagaż podręczny. Zmieścił się tam nawet dmuchany flaming! Bilety zabukowaliśmy na jakieś dwa miesiące przed odlotem, w tym samym czasie wykupiliśmy też nocleg - dwuosobowy pokój ze wspólną łazienką (która, nota bene, była tylko dla nas) w La Fresa Hostel. Pokój czysty, schludny, tani, a na dodatek - jakieś 10 minut od portu :) Mieliśmy małe problemy ze znalezieniem hostelu, jednak po telefonie, gospodarz wyszedł po nas pod wskazane miejsce. Hostel jest nieco schowany, jednak mieści się minutę od głównej drogi, przy której mieści się duży supermarket! Dla takich Januszy podróży jak my - bajka! I ceny identyczne jak w Polsce ;) Corralejo usytuowane na północy wyspy jest bardzo dobrze skomunikowane z lotniskiem i innymi miastami. To jeden z głównych portów, więc również z tej miejscowości bez problemu dostaniecie się promem na inne wyspy Kanarów. Do głównych, jednych z najbardziej znanych plaż na wyspie, mieliśmy dwa lub trzy przystanki autobusowe. Nie mieliśmy jednak problemu z tym, żeby w ciągu 25 minut dotrzeć do nich spacerkiem. Widoki - rewelacja. Fuerteventura to raj dla surferów, wysokie fale i mocny wiatr pozwalają podziwiać latających po wodzie sportowców i pasjonatów.


Niech Was nie zdziwi nagość turystów i miejscowych! Na plażach bardzo modne jest opalanie się nago. Na miejscu można wypożyczyć sprzęt do nurkowania, snurklowania i surfingu. W Corralejo ma swój oddział również wypożyczalnia CiCar, według przeprowadzonych przez nas porównań - najlepsza w Hiszpanii. Samochód można wypożyczyć mając już 21 lat (w innych często wymagane jest 23), nie płaci się kaucji, można zapłacić gotówką, nie trzeba posiadać karty kredytowej, a ceny są bardzo atrakcyjne. Za dwa dni wypożyczenia auta zapłaciliśmy 30 E, więc kwota naprawdę zachęcająca! Dwukrotne tankowanie oznacza zwiedzenie z grubsza całej wyspy, bo sama wyspa nie jest ogromna.

Transfer z lotniska to około 6 E za osobę, jeśli poruszacie się transportem miejskim. To aż czterokrotnie mniej, niż gdybyście chcieli poruszać się podstawionym przez hostel samochodem! :) 30 km dzielące lotnisko, a miejscowość Corralejo pokonaliśmy bez większych przeszkód. Na lotnisku udaliśmy się do wyjścia, gdzie złapaliśmy po chwili autobus do Puerto del Rosario (to najbliższy duży dworzec, ok 3 km od lotniska, dojeżdżają tam autobusy linii 3 oraz 10). Cena biletu jak marzenie, 1,40 E za osobę. Na dworcu w Puerto del Rosario wsiedliśmy do autobusu linii numer 6 w kierunku Corralejo - 4,60 E, do kupienia u kierowcy.

Co do samego Corralejo - to miasto tętniące życiem. Wieczorne wyjścia do barów, pubów, knajp czy na imprezę nie stanowią problemu. Ciągle coś gdzieś się dzieje.


Corralejo to również liczne plaże wulkaniczne, których nie sposób jest przegapić. Spacerując wzdłuż wybrzeża dotrzecie do Medano Beach, gdzie my spędziliśmy praktycznie cały dzień, podziwiając uroki plaży. To raj kitesurferów. Naprawdę, akrobacje, które można podziwiać przechodzą najśmielsze oczekiwania. Potężne fale porywające sportowców sprawiają, że człowiek z otwartymi ustami ogląda cuda, które odstawiają na wodzie. Fantastycznym pomysłem są też ułożone z głazów kratery, w których spokojnie można się opalać. Bez problemu zostawialiśmy też tam swoje rzeczy podczas kąpieli w oceanie. Dzięki ściankom tego "ogrodzenia" rzeczy nie były całe w piasku - brudziły się na otwartej plaży, przez silny wiatr. Warto dodać, że plaże na których najczęściej bywaliśmy pełne są drobnego piasku, nawianego z Sahary Zachodniej, okropnie przyklejającego do wszystkiego. Odklejenie go graniczy naprawdę z cudem.

Będąc na wyspie, koniecznie trzeba odwiedzić Oasis Park, gdzie z bliska obejrzycie dzikie zwierzaki. Mieliśmy się wybrać tam samochodem, jednak postanowiliśmy wypożyczyć auto koniec wyjazdu. Na autobus musielibyśmy czekać godzinę (autobusy z Corralejo do Puerto del Rosario jeżdżą średnio co 30 minut, jednak akurat między 13, a 14 jest godzinna przerwa), postanowiliśmy więc złapać stopa. Trwało to kilkanaście minut, ale finalnie udało się i dwóch miłych Hiszpanów zabrało nas do samego Puerto. 30 km za nami, 70 przed nami. Zaprawieni w bojach, znów zasiedliśmy na ławeczkach dworca, oczekując autobusu linii numer 1. Za bilety zapłaciliśmy, z tego, co pamiętam, 6,70 E / os. Autobus jechał niemalże 1,5 h, co jest wynikiem porównywalnym do poczciwych polskich PKS-ów. Z tym, że u nas drogi są znacznie gorsze ;) Autobus zatrzymywał się na wszystkich przystankach świata, co tylko wzmogło mój przedudarowy ból głowy (tak, wieczorem okazało się, że nadmierna ilość słońca i brak okrycia na głowę >brawo< zaowocowało udarem słonecznym, na szczęście znośnym w skutkach, na który zadziałały lekarstwa z miejscowej apteki). Dotarliśmy na miejsce, gdy już solidnie bolała mnie głowa, jednak widok wszystkich cudnych zwierzaków odwrócił moją uwagę, a dzięki temu, że skupiłam się na karmieniu żyraf, jakoś chwilowo zapomniałam o pulsującym pod kopułą mózgu. Wejście do parku to koszt 19 E /os., warto. Za dodatkową opłatą można nakarmić lemura albo oglądać pokazy papug. My jednak zdecydowaliśmy się na wersję ekonomiczną, dla nas i tak wypasioną.

Powrót do domu okazał się być łatwiejszy, niż myśleliśmy - co godzinę z parkingu odjeżdżają darmowe autobusy do hoteli na całej wyspie, w tym do Corralejo. Że też wcześniej o tym nie wiedzieliśmy... Z La Lajita, gdzie mieści się Oasis Park Fuertaventura, udało nam się szybko, przyjemnie i za free wrócić do hostelu.

Jeśli chcecie poskakać na zjeżdżalniach polecamy Acua Water Park Corralejo. Lubię aquaparki, ale bez przesady, nie zachwycam się nimi. Norbert za to kocha je jak małe dziecko i mógłby na nich spędzić całe wakacje. Trzeba jednak przyznać, że ten park zasługuje na uwagę. Jest czysto, niedrogo. Można skakać ze skałek jest dużo zjeżdżalni, niewielkie kolejki, więc z czystym sercem polecam. W opcji od 10/11/12/13 do 18 zapłacimy 25 E, natomiast w wersji od 14 (i później) do 18 - 20 E.

Będą na Fuercie koniecznie trzeba udać się na przejażdżkę wodną taksówką. Coś, co jest połączeniem motorówki i pontonu, i rozpędza się naprawdę do zawrotnej prędkości, nie może nie być przez nas przetestowane. Jadąc na Fuertę można przeczytać opinie, że obowiązkowo trzeba odwiedzić wyspę Lanzarote. My jednak stwierdziliśmy, że szkoda nam czasu na oglądanie czegoś, co jest wręcz siostrzaną wyspą Fuerty, a w zasadzie różni się tylko wielkością i ilością plaż i jaskiń wulkanicznych. Postawiliśmy na wyspę Lobos. To niewielka wysepką pomiędzy Fuerteventurą a Lanzarote, całkowicie niezaludniona, dzika, pełna pięknych lagun i doniosłych wzniesień. Motorówka skacze po falach jak oszalała. Prawie pogubiłam rzeczy! Ba, nawet Norberta na fali prawie zgubiłam! Wykupiliśmy przejażdżkę w małym biurze w porcie, ale bilet równie dobrze można kupić w budce. Koszt to 15 E za osobę. W budce trzeba się zadeklarować, o której wracamy - my wypłynęliśmy o 12, powrót zadeklarowaliśmy na 14, ale bez problemu wróciliśmy o 16.

Tak, jak wcześniej wspominałam - rezerwacja samochodu nie stanowi problemu. CiCar działa w całej Hiszpanii, więc zarówno będąc na Kanarach czy na Balearach, można na dobrych warunkach wypożyczyć samochód. Żadnych ukrytych kosztów, a przy odbiorze zero wnikania - nasz piękny Opel Corsa w kolorze kanaryjskiej laguny, miał kilka zadrapań, gdy go wypożyczaliśmy - zero wniku przy odbiorze przez pracownika. Drogi są w świetnym stanie, wiec jazda do prawdziwa przyjemność. Najpiękniejsze plaże leżą przy szutrowych drogach i dojazd samochodem, który nie jest terenówką, jest trochę utrudniony, jednak jakoś udało nam się zwiedzić to, co chcieliśmy. El Cotillo z sąsiadującą, pokaźną latarnią morską Faro di el Toston i przepięknymi urwiskami, o które, kilkadziesiąt metrów niżej, roztrzaskiwały się rozpędzone fale to miejsce, które zdecydowanie polecamy, Castillo Caleta di Fuste - piękna plaża, usytuowana jakby w małej zatoce, jednak pełna turystów. Bardzo długie i płytkie zejście sprawia, że to miejsce idealne dla rodzin z dziećmi. To tutaj prawie straciłam swojego flaminga :P Eh, ale to historia do opowiedzenia tylko na żywo ;) Nie odmówiliśmy sobie przyjemności zahaczenia o Costa Calma oraz Morro Jable.

Obowiązkowo trzeba również poplażować na Dunas de Corralejo. Rezerwat przyrody de las Dunas de Corralejo charakteryzuje się ogromnymi wydmami, powstałymi na skutek przywiania tutaj piasku z Sahary. Można się poczuć jak w Afryce! Piękne, ale jakie męczące, kiedy chcesz się przez nie przedrzeć na plażę, klękajcie narody! Prawie wszystkie panie chodzą tam topless! Panowie, raj! No dobra, prawie raj, bo starsze panie też chodzą tam bez staników... ;)

Jeśli wahacie się, czy jechać czy nie - uwierzcie, warto. Żałuję tylko, że nie udało nam się zobaczyć pustynnych wiewiórek, które są rzekomo symbolem Fuerty. Może to będzie powód, dla którego kiedyś tam wrócimy?

Jeśli chodzi o kilka ciekawostek i przydatnych rad:

- jeśli zamierzacie chodzi po plaży wieczorem, warto jest mieć coś do osłonienia się od piasku, sweterek lub lekkie, ale długie spodnie, bo PONOĆ nieźle przycina. My wieczorami szlajaliśmy się po restauracjach i klubach, więc info niepotwierdzone

- jeśli wybieracie się tak, jak my, do hostelu bez wyżywienia, to bardzo, ale to bardzo chwalimy sobie taką opcję. W mieście (i na całej wyspie) funkcjonuje supermarket hiperdino, w którym jest naprawdę baaaardzo tanio, ceny są bardzo zbliżone do polskich

- obiady w knajpach? Jak najbardziej na tak. Ceny są bardzo niewygórowane, a jedzenie pyszne i świeże. Za taką, powiedzmy, paellę, naprawdę sążną porcję, którą ledwo co zjedliśmy, zapłaciliśmy ok. 23 E za dwie osoby, choć były knajpy, gdzie można było również zjeść taniej

- ryby, owoce morza, wino - to obowiązkowe artykuły, których musicie tam spróbować

- jak wypożyczalnia samochodów, to tylko CiCar, ale o tym w tekście

- Steak and Grill House!!! Jeśli znudzą się Wam już ryby i krewetki, zawitajcie tam na przepyszną sałatkę szefa, cudne drinki i najpyszniejsze grillowane mięsko na ziemi, OMG!!!

- Poco Loco, świetna knajpa, która oprócz pysznego jedzenia, serwuje też najlepszy na świecie koktajl robiony z gałkowych lodów (ma ktoś ochotę na koktajl o smaku Kinder Bueno?)

- koniecznie odwiedźcie Lafreddy loungebar shisha, jeśli chcecie spróbować sziszy, która naprawdę ostro kopie (brzmi niewiarygodnie, prawda?). Co prawda czekaliśmy na nią pół godziny, ale w ramach rekompensaty otrzymaliśmy po szociku. Temat zamknięty :)

- nie będą Wam potrzebne będą grubsze ciuchy, ja zaopatrzyłam się, na wszelki wypadek w bluzę - niepotrzebnie - nawet w nocy jest gorąco jak w piekle. Ale w takim piekle mogłabym żyć :)

Likes

Comments

Nigdy nie żałuję pieniędzy na buty i podróże.

Po co jednak wydawać górę kasy, kiedy dzisiaj oszczędzanie na podróżach jest dziecinnie proste? Pośrednicy zarabiają ogromne pieniądze na niewiedzy, a czasem na lenistwie podróżujących. Jeśli ktoś lubi - luuuuzik, Jeśli jednak ktoś tak, jak ja, jest studentem i woli zwiedzić więcej za mniej - polecam opcję samodzielnego konstruowania podróży. A jaka frajda!

Pierwsza podróż, od góry do dołu sklecona własnymi rękoma nie była imponującym wysiłkiem, ponieważ dzięki uprzejmości kolegi z Poznania (dzięki Michał!), nocleg mieliśmy zapewniony. Na pierwszy ogień poszła stolica Włoch . Niewiele szczegółowych informacji pamiętam z tej podróży, jednak mimo ponad dwóch lat, postaram się ją jak najsumienniej odtworzyć.

Bilety - jak na Rzym, były naprawdę tanie. 220 zł/os w dwie strony to kwota atrakcyjna. Na lotnisku Ciampiano czekał na nas Michał, więc przejazdem do centrum totalnie nie musieliśmy się przejmować. Z lotniska w Rzymie odjeżdżają specjalnie podstawione, miejskie autobusy, których koszt waha się (z tego, co pamiętam) w granicach 2 E. Tenże bus, zawiezie nas prosto do głównego dworca Termini, gdzie zaopatrzyliśmy się w tygodniowe bilety (24 E/os) na wszystkie środki komunikacji miejskiej. W Rzymie mieliśmy zamiar być około 5 dni, więc było to najbardziej opłacalną opcją. Ciekawostką jest, że jednodniowy kosztuje 6 E, a ważny jest tylko do północy danego dnia - nie ważne, czy kupiony o 06:00 czy o 23:00 :) Co do biletów, warto wspomnieć, że obejmują one również pociągi wyjeżdżające do dość odległych od centrum Rzymu miejsc, takich jak Lido di Ostia, gdzie podziwiać możemy Morze Tyrreńskie. Jedzie się tam około 45 min., to ok. 30 km. Jeśli rzeczywiście chcecie bardzo zacisnąć pasa, w Rzymie równie dobrze możecie poradzić sobie bez biletu miejskiego. Ta urokliwa stolica to przede wszystkim wąskie, ciasne i niezwykle urocze uliczki, których piękno dostrzeżemy nie zza szyb autobusu, a właśnie wtedy, gdy poświęcimy cały dzień na oglądanie ich z bliska. Maleńkie, wciśnięte w wysokie kamienice knajpy są zawsze pełne spóźnionych Włochów i Włoszek, którzy na wszystko mają czas. To przeurocze miejsce, w którym jestem zakochana po uszy. Ciepli, mili ludzie, pozdrawiający się na ulicy. Rozkrzyczani i epatujący swoim temperamentem Włosi, którzy pozostawiają, jak gdyby nigdy nic, swoje samochody na środku ulicy, tamując ruch to to, co chciałabym kiedyś oglądać na co dzień. Żadnego pośpiechu, pełen luz i chillout. Wśród zakupów zawsze makaron i butelka wina. Bary, puby i restauracje ożywające wieczorem, pełne uśmiechniętych ludzi raczących się owocami morza to widok, którego nie da się zapomnieć. Dla tych ludzi problemy nie istnieją. Na ulicach czuć zaduch, ale tak przyjemny, że nie sposób tego opisać. Przyjemny powiew ciepłego wiatru roznosi się między ciasnymi uliczkami, roznosząc radosne okrzyki wznoszonych toastów z pobliskich kawiarenek. Powietrze klei się od zapachu tiramisu, słodkich drinków z truskawkami i od bluszczu, który wspina się po zamkniętych okiennicach rzymskich kamienic. Rzym jest tak magiczny, że nawet otłuczone zderzaki WSZYSTKICH aut nie wprowadzają właścicieli w zakłopotanie. Rzym to miejsce, w którym człowiek zakochuje się od razu, jak gdyby mitologiczny Amor siedział Ci na ramieniu i nie zamierzał wyciągać z Twojego ciała strzały, którą wbił na samym początku wyjazdu, tylko ciągle wlewał w nią nowy eliksir. Rzymu nie da się opisać słowami.

Koniec tych czułości, wracając do konkretów - są miejsca, których przegapić nie można. Nie wyróżnię się niczym, jeśli powiem, że grzechem będzie wrócić z Rzymu nie mając fotki pod Koloseum, proste. Fontanna di Trevi, ruiny Forum Romanum, Schody Hiszpańskie, Watykan i cała reszta, o której przeczytać możecie we wszystkich przewodnikach leżących na empikowskich półkach. Wszystkie te miejsca zwiedzicie za free (chyba, że macie szczególne parcie na oglądanie Koloseum od środka), spacerem w ciągu kilkudniowej wycieczki zdążycie zwiedzić caluteńki Rzym - bez zakupu biletu! Jednak o tym już wspomniałam.

Nie poznacie jednak stolicy Włoch, jeśli sami nie odkryjecie miejsc, których w przewodnikach nie znajdziecie. Dla mnie już zawsze to miejsce kojarzyć się będzie z maleńką, ciasną i nieco tandetną knajpką rodowitego Włocha, do której wracam zawsze, gdy jestem w Rzymie. Jedzenie jest tam okrutnie dobre, nie jadłam nigdzie tak pysznej lazanii, za śmieszną, jak na warunki włoskiej gastronomii, kwotę 6 E. Ściany obskurne, popisane mazakami i długopisami zadowolonych klientów (serio, ani jednej negatywnej opinii!), ceraty rodem z polskiej komuny, ale jedzenie? O mój Boże, nie do opisania. Kiedy kolejny już raz odwiedziliśmy Włocha, on, pamiętając naszą ekipę, zastawił suto nasz stół przystawkami, które jeszcze przed głównymi daniami maksymalnie zapełniły nasze brzuchy. Tak miłych restauratorów trzeba szukać ze świecą. Nie pamiętam niestety nazwy, bo wpadam do niej zawsze na czuja. Podpowiedzią może być, że znajduje się ona w którejś z uliczek przy Piazza di Santa Maria Maggiore, nieopodal Bazyliki Matki Bożej Większej (Santa Maria della Neve - inaczej Matki Bożej Śnieżnej, swoją drogą ciekawa bazylika, którą warto odwiedzić, poczytajcie o portretach w niej wymalowanych i o kasetonach z kolumbowskiego złota).

Jeśli szukacie niepowtarzalnego spaghetti, polecam wybrać się pociągiem właśnie do Lido di Ostia, gdzie w nadmorskich knajpkach zjedliśmy przepyszne spaghetti frutti di mare, którego smaku do dziś nie mogę zapomnieć. Za 10 E można tam wciągnąć naprawdę rewelacyjny makaron z pokaźną ilością małży i zapić to wszystko porządnym kuflem piwa, zdecydowanie polecam. A jaka carbonara! A zapiekany bakłażan! Mmm... Żałuję tylko, że nie wpadłam na genialny pomysł, aby zapisywać nazwy godnych polecenia knajp, bo niepodważalnym faktem jest, że kiedyś wrócę i będę chciała znów tam zawitać! Ehh, mam nadzieję, że mój GPS wbudowany w głowę nie zawiedzie ;)

Jako, że odpadł nam koszt spania, prawie tydzień w Rzymie nie nadszarpnął naszego budżetu tak znacznie, jak obstawialiśmy Pogoda - jak na przełom listopada i grudnia - bajka. Powrót bezproblemowy. Z bólem serca opuściłam miejsce, które skradło moje serce.

Likes

Comments