Postanowiłam, że zacznę prowadzić dziennik moich treningów. Dzięki temu na bieżąco będę mogła sprawdzać swoje postępy.

Poniżej wstawiam zdjęcie moich treningów. W trzecim tygodniu biegania, w niedzielę 11 września miałam swój życiowy rekord. 6 km w 40 min. Potem w niedzielę 25 września (w 5. tygodniu) miałam 7,5 km w 50 min. Najwięcej w 30 min miałam 4,6 km (ten sam tydzień). 

Ja wiem, wielu z Was wyda się pewnie że to śmieszne wyniki. Ale ja całe życie unikałam zajęć wychowania fizycznego w szkole. Zawsze udawałam, że ćwiczę. Nienawidziłam tego, pewnie dlatego, że po prostu nie byłam w tym dobra. Teraz tak naprawdę ćwiczę i daję z siebie wszystko. Prawdziwe treningi zaczęły się w czerwcu i trwają do tej pory ( z jedną, małą, tygodniową przerwą). 

Dla porównania potrafiłam mieć niecałe 4 km w 30 min. Więc powoli ta kondycja się zwiększa.

Chcę jeszcze iść do poradni dietetycznej, zrobić sobie pełną analizę składu ciała. Tam między innymi dowiem się ile mam %/kg mięśni czy tłuszczu w ciele. No i czy spożywam odpowiednią ilość kcal w pożywieniu. 

Wyniki w środę, trzymajcie kciuki! :> 

Bloguj z telefonu komórkowego - Nouw - jedna z najlepszych aplikacji do blogowania - kliknij tutaj!

Likes

Comments

Jaka jestem z siebie zadowolona. Powoli nabieram kondycji i mam swoje małe rekordy. W końcu nie codziennie biegnie się 100 czy 200 m więcej.  Nie jestem mistrzem, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, by coś robić, by znaleźć czas i ćwiczyć. 

A co zrobić, kiedy się nie chce? W głowie siedzi taki mały chochlik i mówi: "eee, nie dasz rady więcej. NIE MOŻESZ. Nie chce Ci się." Nie wierz mu. Możesz zawsze więcej, niż Ci się wydaje. MOŻESZ WIĘCEJ, DALEJ, DŁUŻEJ. Zawsze tak jest podczas treningu na samym początku. 

Jak ja miałam? Czułam zmęczenie, pot się ze mnie lał, trzęsłam się ze zmęczenia, brzydko pachniałam i miałam już wszystkiego serdecznie dość. Wyklinałam swoją trenerkę (było to podczas treningów z Chodakowską w domowym zaciszu). Wiem, że będziesz miała tak samo. Ale to normalne. Ja będę wtedy z Ciebie dumna. Bo zaczęłaś robić coś dla siebie, żeby Twoje ciało było zdrowsze i takie, jak sobie wymarzyłaś. Brawo! Nie poddawaj się. Po ok. 2 tygodniach zakwasy znikną, organizm nabierze większej kondycji i będzie łatwiej. 

Uwaga! Pamiętaj, że jeśli wydaje Ci się, że jest za łatwo, nie męczysz się jak wcześniej, warto poszukać innego treningu o większym natężeniu wykonywanego wysiłku. Przebiec dalej. Poćwiczyć dłużej. Zawsze możesz WIĘCEJ.

Wiem, że pewnie mi nie uwierzysz, ale nadejdzie taki dzień, że będziesz czekać na moment, w którym masz trening. Wysiłek, który da Ci satysfakcję. Będziesz się cieszyć, że tak dobrze Ci poszło. Że kolejny dzień dałaś radę.

Ja, podczas wczorajszego biegu właśnie tak miałam. Na początku mi się podobało. W połowie trasy miałam kolkę. Chwila głębszego oddechu i biegnę dalej. W głowie narodziła mi się myśl: "dziś nie pobiję rekordu. Nie dam rady. Nie mogę już, boli mnie bok." I od razu jakbym zwolniła. Bo odpuściłam. A co tam, najwyżej dziś się nie uda> Kolejnym razem będę lepsza. BŁĄD! TO JEST NAJGORSZA RZECZ, JAKĄ MOŻESZ ZROBIĆ. JAK JUŻ RAZ ODPUŚCISZ, TAK BĘDZIE ZAWSZE. AŻ W KOŃCU PRZESTANIESZ ĆWICZYĆ. I znów będzie marudzenie: "ojoj, no nie udało się, nigdy nie schudnę, jaka jestem gruba." I koniec z ćwiczeniami, z dietą. I wtedy znów efekt jojo. 

I wiesz, co wtedy robisz? Gdy wydaje Ci się że już nie możesz? Moja rada: NIE ZWALNIAJ. NIE PRZESTAWAJ. DAJ Z SIEBIE WIĘCEJ. BO POTRAFISZ. BO MOŻESZ. Bo ja w Ciebie wierzę. I Ty uwierz w siebie. Masz być najlepsza dla samej siebie. Tylko o to chodzi. 

Ja też tak zrobiłam. Wczoraj czułam, że nie dam rady. Ale zrobiłam to. Pobiegłam szybciej. Bo mogłam. Bo chciałam. Bo dla samej siebie chcę być super. I co z tego, że ledwie szłam. Kolkę miałam taką, że w pewnym momencie nie mogłam złapać powietrza. Twarz mnie paliła, jakbym trzymała tuż nad ogniem. Ale wiecie co? Jakie to było niesamowite uczucie satysfakcji i samozadowolenia. Nigdy tak się nie czułam. To było niesamowite.

I nie mów: MUSZĘ ĆWICZYĆ. Zastąp to: CHCĘ ĆWICZYĆ. Wtedy zastąpisz negatywny wydźwięk tym pozytywnym. Zobaczysz, że Ci się zachce. Właśnie tak myśl. To stanie się częścią Ciebie.

Motto na dziś: Jeśli pomyślisz o poddawaniu się, przypomnij sobie, dlaczego to wszystko zaczęłaś.

Likes

Comments

Nie ukrywam, że jest ciężko. Masakrycznie muszę uważać na wagę. Wystarczyła jedna sobota, i przybyło mi prawie kilo. Nie ukrywam, że się podłamałam, i znów mam fazy, że waga będzie mi ciągle stała. Ciężko idzie mi odchudzanie. Jak nie mam cheat day, waga perfekcyjnie schodzi. Doszłam do wniosku, że po prostu nie będę aż tak szaleć. A zjadłam tylko dwa kawałki domowej pizzy i trochę ciastek. Ehhh...

Motto na dziś: Rezygnowanie z celu z powodu jednej porażki, jest jak przebijanie trzech kół, bo się złapało jednego kapcia.

Także zaciskam zęby i będzie dobrze. Dziś mam trening i zobaczymy jak pójdzie. Nie jestem jakaś mega super, zamiast biegać raczej truchtam, więc dziś liczę na 4,5 km w pół godziny. Założenie: Po 12 tygodniach treningu przebiec 10 km w godzinę. Bardziej ambitnie: w 50 min. Mnie wystarczy sam fakt wzięcia udziału i ukończenia biegu. Nie liczy się miejsce, które zajmę. I tak będę z siebie dumna. Bo dałam radę. 

Dobra, udało mi się! 



Likes

Comments

Ciężko jest od razu przestawić się na dietetyczne posiłki i zrezygnować z dotychczasowego jadłospisu. Jest to proces powolny, gdzie staramy się dotychczasowe potrawy zamienić na ich zdrowe zamienniki, wprowadzać nowe rzeczy. W związku z tym chciałabym udzielić Wam kilka rad.

Zacznijmy od pieczywa. Biały, pszenny chleb i bułki. ODPADAJĄ.Ten typ pieczywa zawiera jedynie śladowe ilości witamin, minerałów i cennego błonnika pokarmowego, gdyż zawarte one są w częściach ziarna, które w procesach oczyszczania mąki zostają odrzucone. Dlatego białe pieczywo jest źródłem niemal wyłącznie pustych kalorii. Mają wysoki indeks glikemiczny, co oznacza, że po ich spożyciu szybko rośnie nam poziom glukozy we krwi i równie szybko spada, wyrównywany przez insulinę. Niżej od wcześniejszego poziomu. Prościej? Oznacza to, że szybciej jesteśmy głodni. I więcej jemy. Dlatego polecam różnego rodzaju chleby żytnie, czy z ziarnami. Należy pamiętać, że taki chleb musi być ciężki. Inaczej najprawdopodobniej jest dużo domieszki mąki pszennej (KTÓRA JEST NIE WSKAZANA NA DIECIE!), lub jest farbowany np. karmelem i tylko "udaje" ciemny chleb. I raczej polecam na śniadanie, czy drugie śniadanie. Ja mam tak, że waga nie chce schodzić, gdy jem chleb na kolację. 

Zamiast tostów z serem, które są istną bombą kaloryczną, lepiej zjeść omlety, jajka sadzone/na twardo i na miękko, jajecznicę, owsiankę, kaszę mannę z owocami, mleko z płatkami np. ryżowymi, kukurydzianymi czy różnego rodzaje kanapki. 

UWAGA:  ZAWSZE PATRZYMY NA SKŁAD. PRODUKTY PRZEZ NAS WYBIERANE MUSZĄ MIEĆ JAK NAJMNIEJSZY SKŁAD I NIE MOGĄ MIEĆ ZA DUŻO CUKRU/SYROPU GLUKOZOWO-FRUKTOZOWEGO, GDYŻ WŁAŚNIE PRZEZ NIE NAJBARDZIEJ TYJEMY.

Odradzam również kupowanie gotowych jogurtów owocowych. Z odrobiną własnej inwencji twórczej zrobimy własny jogurt. Wystarczy ten naturalny lub grecki i dowolne owoce. Blendujemy i gotowe! Ale jakie pyszne i zdrowe :) można dodać do niego np. migdały, wiórki, orzechy.

I zamiast margaryny-masło. Dużo zdrowsze i smaczniejsze.

Osobiście do smażenia polecam olej kokosowy zamiast tych w sklepowych. Ew. np. Kuj***ski  w jakiejś ciemnej butelce, wtedy zawiera w sobie więcej składników odżywczych. 

Odstawiamy również mięso czerwone. Białe drobiowe mięso jest dużo zdrowsze. No i nie bójmy się ziół, przecież na diecie również można jeść smacznie :) Do obiadu różnego rodzaju kasze, ryż, najlepiej brązowy, ale może też być basmati, paraboiled w ostateczności, biały całkiem odpada. I warzywka :)

Na kolację unikamy owoców, dżemów, sera żółtego, różnego rodzaju gotowych smarowideł, Al***te, serków topionych. Są przetworzone i naprawdę nie pomagają nam schudnąć. Takie smarowidła zrobimy sami, a będą o wiele zdrowsze i smaczniejsze :) twarożek z czosnkiem i cebulą, ze szczypiorkiem i rzodkiewką, pastę jajeczną (nie przesadzamy z majonezem!). Można jeść ryby różnego rodzaju. I tuńczyka w puszce (wybieramy tego w sosie własnym) Ważne jest białko. Wtedy nie będziemy tak szybko głodni.

No i oczywiście najważniejszy jest ruch. Brzuszki, czy siłownia są dobre na już trochę szczuplejsze ciałko, by ładnie je wyrzeźbić, ale bez przesady. Mówię tu (ponownie :)) o bieganiu, aerobiku, rowerku czy pływaniu. 

A co zrobić, gdy już schudniemy? Jemy co chcemy, bo możemy?

NIE! Pamiętajmy cały czas, jest to zmiana na całe życie. Stopniowo wprowadzamy więcej kalorii i pamiętamy o wadze. To już nigdy nie będzie przykrość, a jedynie sama przyjemność :)

Dajecie radę! Yeah! Wierzę w Was! Zacznijcie już dziś, spełnienie Waszych marzeń leży w Waszych rękach! To proste!

Nie poddawaj się, bo naprawdę warto. 


Likes

Comments

​Chciałabym się teraz podzielić z Wami kilkoma informacjami, jak to jest u mnie.

Tak, też się ważę - codziennie rano na czczo i zapisuję wagę w kalendarzu. Mierzę się przynajmniej raz na dwa miesiące. A przede wszystkim - trenuję. Najpierw była to Chodakowska, potem tabata, rower, również stacjonarny. Teraz od dwóch tygodni biegam. A właściwie truchtam, staram się poprawiać swoją kondycję i przełamać się, bo jakoś nigdy nie lubiłam biegać. Chcę wziąć udział w biegu na 10 km, w czerwcu, w mojej rodzinnej miejscowości. Plan treningowy znalazłam o tu: http://bieganie.pl/?cat=19&id=431&show=1. Ogólnie ciągiem ćwiczę od czerwca, czyli już zaczyna się czwarty miesiąc. Wcześniej to było u mnie tak, że dwa tygodnie ćwiczyłam, miesiąc przerwy itd. Teraz się zawzięłam. Chcę by moje odchudzanie doszło do finiszu.

Zmieniłam również swoje nawyki żywieniowe. 

Śniadanie: omlet, albo owsianka, albo jogurt grecki z owocami, wiórkami i migdałami, lub kanapki z chlebem żytnim, wędliną i warzywami. 

Obiad: Obowiązkowo kurczak. I zmiana co dzień: kasza jaglana, ryż brązowy lub ziemniaki, a do tego sałatka warzywna. Czasami gotuję zupkę.

Kolacja: Chlebek chrupki, jajka, koperek, rzodkiewka. Albo chlebek chrupki z chudym twarogiem, pomidor, czasem sałata, szczypiorek. 

A jak tak strasznie chce mi się podjadać, to wezmę sobie garść suszonej żurawiny albo pół łyżeczki miodu. Nie za często, żeby nie przesadzić, ale pomaga.

I tak raz na tydzień, w sobotę, robię tzw: cheat day. Bez zbytnich szaleństw i w małych ilościach, ale jem coś niezdrowego, jakieś ciastka, pizza, lody. Żeby nie mieć nadwyżki kalorycznej. O co mi chodzi:

Jeśli jemy przykładowo 1600 kcal przez 6 dni, a nasze zapotrzebowanie to 2000 kcal, to na minusie mamy 2400 kcal. I siódmego dnia zjemy np: 2 kawałki pizzy - to już mamy 730 kcal, snickersa: 260 kcal, piernika od cioci, o albo 2 kawałki - 492 kcal, popcorn wieczorem 387 kcal, no i chipsy - 761 kcal. Bo mogę. Cały tydzień się męczę, jem dietetycznie, ćwiczę, to w nagrodę sobie zjem. I mamy 2630 kcal. I jesteśmy 230 kcal do przodu! I zamiast chudnąć, TYJEMY! Albo waga stoi w miejscu, a potem zdziwienie, no przecież ćwiczę i mało jem, dlaczego nie chudnę?

Dlatego mówię, bez szaleństw. Zjedzmy to, na co najbardziej mamy ochotę i wystarczy. Odchudzanie to wyrzeczenia, ale i przede wszystkim zdrowie na wiele lat. 

I uwierzcie mi, to wcale nie jest takie trudne, jak się wydaje. Zawsze znajdzie się czas, żeby poćwiczyć. Żeby zdrowo zjeść. Wystarczy chcieć. Zamiast robić jakieś głupoty i marnować czas, poświęćcie te pół godziny na ćwiczenia. 45-50 min. Po pewnym czasie poczujecie, że lepiej się czujecie same ze sobą. Organizm sam będzie się domagał ćwiczeń. Będziecie CHCIAŁY, a nie MUSIAŁY ćwiczyć. Ja też na początku ostro się zmuszałam. Myślałam, że odchudzanie to katorga, nudne jedzenie i spocone ciuchy/ciało po treningu, a ja tak nie lubię być spocona :) A potem to polubiłam. Bo odchudzanie nie jest nudne. To jest fascynujące, gdy kupujesz ciuchy mniejsze o rozmiar. Gdy miałam XL, potem L, a teraz nawet M na mnie wejdzie. Tyłek i biodra mam szerokie, więc wiem, że nie będę modelką z wyglądu. Ale będę zdrowsza, będę chciała oglądać się w lustrze i z przyjemnością wchodzić na wagę. Będę piękniejsza! Czego i wam życzę, i mocno trzymam kciuki! Wierzę, że i Wam się uda osiągnąć swój cel.

Motto na dziś: wciąż jeszcze długa droga przede mną, ale przez ten czas zaszłam już bardzo daleko i jestem z tego dumna!


Likes

Comments

Najważniejsze: zacząć!

Proponuję zważyć się i dokonać pomiarów. Zrobić zdjęcie. Wszystko zapisywać. I tak co miesiąc. Zobaczycie, że tak będzie łatwiej, gdy naocznie zobaczysz efekty.

Najpierw zacznijmy od treningu. Polecam 3-4 razy w tygodniu, co drugi dzień. I róbcie, to, co lubicie: pływanie, bieganie, treningi w domu z Chodakowską, jazda na rowerze. Dla osób z dużą otyłością polecam spacer, bieganie może zbyt obciążyć stawy i kręgosłup. Ja polecam bieganie, na mnie działa najlepiej, waga schodzi bardzo ładnie.

Odżywianie: rezygnujemy z fast-foodów, słonych i słodkich przekąsek, tłustych potraw.

Należy liczyć spożywane kalorie. Zmniejszamy je poniżej swojego codziennego zapotrzebowania. Jak je wyliczyć? Ja polecam tę stronę: http://www.codzienniefit.pl/2015/09/ile-kalorii-mam-jesc-zeby-schudnacprzytycutrzymac-wage-wyliczamy-zapotrzebowanie-kaloryczne.html Tam jest wszystko ładnie napisane, przejrzyście.

Samo odchudzanie to proces długotrwały. Rozłożony w czasie. Waga nie co tydzień będzie nam schodzić, czasami może stanąć. Należy wtedy np. o kolejne 100 kcal obniżyć zapotrzebowanie. I nie załamujcie się. Przy racjonalnym odżywianiu i treningach osiągniecie swój zamierzony efekt. 

Likes

Comments

​Nie ukrywam, że od początku było ciężko. Pamiętam, jak mój tata mówił, że "przytyć jest łatwo, trudniej schudnąć". Miałam się przekonać, jak bardzo miał rację.

Nie zliczę, ile razy w poprzednie wakacje miałam fazy, płakałam wieczorami w poduszkę, bo nie wyglądałam jak ONE. Szczupłe, uśmiechnięte, piękne. A ja miałam wystający brzuch i buzię jak pyza. Luby mnie pocieszał, że też tak będę wyglądać.

Potrzeba naprawdę wiele wytrwałości, żeby znaleźć w sobie siłę by zacząć. Silnej woli, by nie jeść słodkiego, czy tłustego. Zaciętości, by ćwiczyć. Ciężko, jest zacząć. Zawsze miałam wymówkę: boli mnie głowa, najadłam się, późno jest, spać mi się chce.

Ja nikogo nie obwiniam. Wiem, że zrobiłam to sama sobie na własne życzenie. To nie jest tak, że otyłość mamy w genach. "Jestem gruba, bo babcia/ciocia/ktokolwiek jest gruby, więc ja też jestem. Nigdy nie schudnę, nie będę ładnie wyglądać, to niemożliwe." Nawet sama tak sobie mówiłam. A ile razy to słyszałam. W GENACH MAMY SKŁONNOŚĆ DO TYCIA, NIE OTYŁOŚĆ!!! Po prostu po zrzuceniu zbędnych kilogramów, gdy osiągniemy wagę zamierzoną, trzeba jeść zdrowo, a na małe niezdrowe grzeszki, pozwolić sobie 2-3 razy w miesiącu, tak, aby nie było efektu jo-jo. Nie rezygnujemy z ruchu po zakończeniu odchudzania. Jest to zmiana całego trybu naszego życia, którą stosujemy całe życie. Dzięki czemu na starość będziemy zdrowsi i bardziej aktywni. 

Samo odchudzanie to proces długotrwały. Rozłożony w czasie. Waga nie co tydzień będzie nam schodzić, czasami może stanąć. 

Likes

Comments

Zawsze taka byłam. Duża. W szkole byłam pączkiem, grubaskiem... Chciałam to zmienić. Ale nic nie robiłam. Umiałam tylko mówić, że chcę być szczupła, ale nie umiałam się przemóc, by coś zrobić. Zawsze było: jutro. Ale jutro nigdy nie nadchodziło, zawsze było dziś.

Byłam łasuchem i jadłam słodycze, tłuste jedzenie, ile tylko chciałam. W domu pilnowali mnie rodzice, więc jeszcze nie wyglądałam jak wielka kluska. Najgorzej było na studiach. Zaczęło się. Słodycze, gazowane i słodkie napoje, gotowe jedzenie, słodkie jogurty, wszystko w pośpiechy, byle się najeść, byle szybciej. 

Przy wzroście 162 cm zaczęłam ważyć 80 kg. To była moja ekstremalna waga. Problemy z chodzeniem po schodach, obcieranie się ud w upale, problemy z goleniem i schylaniem. W święta Bożego Narodzenia, jak mnie rodzina zobaczyła, wiem, że się załamali. Ale nie powiedzieli mi tego od razu, nie chcieli mnie zranić, nie chcieli, by było mi przykro. Gdy mój eks mnie zostawił w 201 roku, w miesiąc "schudłam" 7 kg, bo praktycznie nic nie jadłam, coś w siebie wpychałam raz dziennie, żeby mi tylko przestało burczeć w brzuchu. W marcu 2015 roku ważyłam 73 kg. Gdy poznałam mojego Ukochanego, zaczęłam, z wielkim mozołem, trudnościami i jego wielką miłością i wsparciem walczyć. O marzenie, które zawsze było we mnie. O marzenie, które niedługo się spełni.

Dziś, 3 września 2016 roku, ważę 59 kg. Jeszcze 4 kg, by uzyskać wagę idealną. No może 7-8, bo teraz już jest coraz łatwiej. 

Poniżej kilka zdjęć. 

  • 247 czytelników

Likes

Comments