Ile razy to w życiu słyszałam? Całe mnóstwo razy. Zarówno podczas ciąży, jak i wtedy kiedy akurat w tej ciąży nie byłam...To jest jak jedno z tych polskich powiedzonek, nad sensem których już się nawet nikt nie zastanawia. Które tak się wryły w ogólną świadomość społeczeństwa że przyjęło się że tak właśnie jest i koniec...i kropka.

Ale tak na serio, w moim przypadku i jestem przekonana że nie tylko w moim, ciąża to jednocześnie najpiękniejszy i najgorszy okres w moim życiu. Najpiękniejszy, bo wiadomo, dziecko wystarane, wyczekane, upragnione, nie bez komplikacji po drodze...więc tym bardziej człowiek się cieszy że się udało. Najpiękniejszy, bo to czas kiedy rozwija się nowe życie, całkiem nowy człowiek, maleńki, bezbronny...i jest to coś pięknego. Samo w sobie. Ale jak nazwać czas który fizycznie doprowadza Twój organizm do stanu w którym nie poznajesz sama siebie? Nie do końca wiesz co się z Tobą dzieje bo choćbyś nie wiem ile poradników o tematyce ciążowej przeczytała, to każdy organizm jest inny i ma prawo inaczej reagować na tą falę hormonów czy chociażby na przyjmowane w tym okresie farmaceutyki. Nie wszystko po prostu da się przewidzieć...a w moim przypadku ciąża to czas kiedy przytrafiają mi się dolegliwości o których nigdy bym nie pomyślała że spotkają akurat mnie.

I nie...to nie jest do końca tak że ja się tutaj teraz żalę...że jakie to mnie nieszczęście spotkało, że ciąża i w ogóle. Ja po prostu nie umiem się tym stanem cieszyć do końca tak jak bym chciała i jak na zbawienie czekam na czas porodu, bo wiem że wtedy przytulę moje dzieciątko i odetchnę z ulgą że najgorsze za mną.

Pamiętam jak w ciąży z naszym już prawie sześcioletnim synem, znosząc ten stan jak to na mnie przystało, mój mąż żartował mówiąc:"ciesz się teraz, bo w drodze na porodówkę będziesz płakać". Nie wiedziałam co mu wtedy odpowiedzieć, bo przecież ciężko przewidzieć coś czego się nie zna, czego się jeszcze nigdy nie przeżywało (a w końcu poród to dla kobiety nieznośny ból i w ogóle, tak to jest postrzegane). Pamiętam też doskonale jak w drodze do szpitala, Michał omal nie doznał szoku, bo przecież miał być płacz, lament i zgroza...a tym czasem ja cała w skowronkach cieszyłam się że moja gehenna nareszcie dobiega końca! Potem poród, nie, wcale nie jakiś super łatwy, raczej normalny, książkowy, czyli bolesny ale zdecydowanie to zniosłam. I ta nieodparta myśl że nigdy więcej ciąż...nie, nie porodu, nie dzieci...absolutnie nigdy więcej CIĄŻ. Gdyby ktoś mógłby przejść to za mnie, to ja chętnie urodzę i wychowam!

Oczywiście te myśli nieco uległy zmianie, podczas gdy syn był coraz starszy, syndrom jedynaka coraz bardziej zauważalny a i latka lecą, więc jak nie teraz to kiedy...i tak oto, po pokonaniu kilku przeszkód po drodze, znowu znalazłam się w sytuacji na zakończenie której czekam z niecierpliwością, choć nieco bardziej pogodzona z losem niż za pierwszym razem. W końcu wiedziałam w co się pakuję. No dobra, chyba jednak trochę zapomniałam. Ogólnie wiedziałam, ale czas jednak robi swoje:)

No dobrze, ale co się właściwie ze mną działo, że znoszę okres ciąży niezbyt...hmm...luksusowo?

Nie wiem dlaczego, niektórzy tak po prostu mają i ja też to mam, ale mdłości towarzyszą mi praktycznie od pierwszych tygodni ciąży aż do samego końca. Wyobraźcie sobie że w ciąży z Alanem, leżąc już na łóżku porodowym, również nie obyło się bez rewolucji:( Sytuację tą nieco (choć nie do końca niestety) stabilizuje mieszanka leków, sprawdzona podczas pierwszej ciąży i obowiązkowa przy obecnej. Jest ona zawsze kontrolowana przez moją panią gin i następuje zawsze po pobycie w szpitalu z powodu odwodnienia, osłabienia i anemii. Mieszanka ta w prawdzie jest pomocna przy aferze żołądkowej, jednaj u mnie wywołuje atak snu...i ja wiem że niektóre z Was powiedzą że w ciąży to normalne odczucie, taka senność ale u mnie to jest raczej stan totalnego zwalenia z nóg, kiedy potrafię usnąć prawie na stojąco...a już na bank na siedząco. Cóż, z dwojga złego wolę to niż wiszenie nieustannie nad sedesem i rzyganie...nie mając już nawet czym rzygać. A i dla dziecka to też bezpieczniejsze rozwiązanie.

W pierwszej ciąży, kilka tygodni przed urodzeniem Alana, dodatkowo otrzymałam w prezencie od matki natury wysypkę swędzącą jak diabli, na całym ciele (oprócz twarzy na szczęście), która w pewnym momencie przestała przypominać wysypkę zlewając się w całość o zabarwieniu ognia piekielnego i takie też dawała odczucia zmysłowe. Oczywiście po wykluczeniu wszelkiego rodzaju powikłań, otrzymałam informację że najwyraźniej pani tak ma...i nie da się nic z tym zrobić. Całe szczęście była to zima więc mogłam łatwo ukryć tę szpecącą przypadłość, niestety nie pomagało na swędzenie nieprzeciętne. Przypadłość ustąpiła z chwilą porodu.

Po przebytym, tak upragnionym porodzie, kiedy myślałam że już wszystko będzie teraz z górki...w końcu bobas zdrowy, śliczny, silny... nastąpił czas powrotu to siebie. I nie wiem dlaczego nikt mnie przed tym nie ostrzegał...że może być ciężko, że może być ból...każdy mówi o tym że ciąża to piękny stan, potem jest straszny poród...potem trzymasz dziecko i o wszystkim zapominasz...następnie masz noce nieprzespane. Ale dlaczego do jasnego gwinta nikt nie mówi o tym że szycie po porodzie może boleć jeszcze bardziej (duuużo bardziej) od samego porodu? Dlaczego nikt nie mówi o tym że przez miesiąc Twoją główną pozycją życiową będzie leżenie lub jak wolisz stanie...bo o siedzeniu to raczej zapomnij? No mi nikt nie powiedział (może się nie zagłębiałam wystarczająco).

Wiadomo że kiedy urodzisz, każdy pyta jak tam poród a jak dziecko...czy daje się wyspać. Moja odpowiedź była za pierwszym razem zawsze taka sama...Poród-ok, dziecko-bajka, ciąża- bez komentarza, powrót do formy-to samo, w tym jednak przypadku masz przy sobie tego nowego, małego człowieczka który Cię potrzebuje i który rekompensuje Ci wszystkie niedogodności. Wiesz już po prostu po co to wszystko...masz to przed sobą. A raczej kogoś i to jest najważniejsze!

Obecna ciąża, jak do tej pory, przebiega kropka w kropkę jak ta pierwsza. Rzyganie, szpital, mieszanka nasenna. Czekam co będzie dalej. I wiem wiem co powiecie...to normalne sprawy w ciąży, inne kobiety mają gorzej, choroby, komplikacje, znacznie poważniejsze sprawy. Wiele kobiet w ogóle by się ze mną zamieniło po to żeby w ogóle zajść w ciążę. Ja wiem. Ale chyba przyznacie że takie "normalne" ciążowe dolegliwości również potrafią nieźle dać w kość i uprzykrzyć ten wyjątkowy stan.

I serio, nie żalę się na swój los...tak jak napisałam na początku, jest to jednocześnie najgorszy, ale i najpiękniejszy okres w życiu i absolutnie nie żałuję zarówno decyzji o pierwszej ciąży...jak i każdej kolejnej, chodzi mi jednak o to, że ciąża określana jako "nie choroba", czasem potrafi nią być. Bo czujesz się w niej beznadziejnie, nieswojo i trwa to stosunkowo długo.

Dlatego po raz kolejny nie mogę doczekać się terminu porodu. I choć nie wiem co przyniesie kolejny dzień, to wiem że muszę brać pod uwagę przeróżne scenariusze. Jestem teraz bardziej świadoma sytuacji niż za pierwszym razem i wiem że po prostu przeżyję.

A Wy? Co najbardziej dokuczało Wam w ciąży lub zaraz po porodzie?

Likes

Comments