Przyjęło się mówić, że kobiety to słaba płeć. Najczęściej słyszę, że jesteśmy słabe, bo:

- nie potrafimy prowadzić samochodu (znałam kilku panów, którzy mogli poszczycić się naprawdę niezwykłymi osiągnięciami w tej dziedzinie i bynajmniej słowo „niezwykłe” nie ma tu znaczenia pozytywnego, ale cóż, mówi się „jeździsz jak baba”, kiedy chce się kogoś obrazić, a nie „jeździsz jak facet”),

- mieszamy strony świata (ponoć wiele z nas skręca w lewo i „to drugie lewo”),

- zdarza nam się płakać bez powodu (gdyby któryś facet przeszedł karuzelę hormonów, jaką przeżywamy co miesiąc, gwarantuję, że przestałby się z tego nabijać).

Ale z drugiej strony niech któryś z tych mądrych facetów złapie zwykłe przeziębienie (nie mówię, że wszyscy, ale większość, przynajmniej spośród znanych mi mężczyzn) – zaraz zaczyna się histeria, żegnanie się z najbliższymi i pretensje do najtroskliwszej nawet kobiety "bo ty się o mnie nie martwisz, na pewno nigdy nie byłaś taka chora jak ja”.

Tymczasem ból, jakiego tysiące kobiet dziennie doświadczają przy porodzie, jest tak ogromny, że przeciętny facet nie jest w stanie go znieść. A mimo to kobiety rzadko poprzestają na jednym dziecku, świadomie decydując się na kolejny poród. Nie mówiąc już o takich codziennych historiach jak bóle nóg od chodzenia na obcasach (bo kobieta ma ładnie wyglądać), noszenie niewygodnych, obcisłych ubrań (tak samo), depilacja woskiem i tysiące innych działań, które kobiety podejmują codziennie po to, żeby ładnie wyglądać.

Tak, jestem feministką! Ale nie taką, która nienawidzi mężczyzn, ubiera się w bezkształtne worki a latem z dumą obnosi się kosmatymi łydkami. Chciałabym tylko, żeby ci wszyscy twardziele, którzy płaczą przy wyciąganiu wbitej drzazgi, zaczęli w końcu dostrzegać, że żyjące obok nich kobiety są nie mniejszymi (a nierzadko większymi) twardzielami niż oni. Z tą małą różnicą, że my nie podkreślamy tego na każdym kroku, tylko robimy to, co jest do zrobienia, bo dobrze wiemy, że nikt nas w tym nie wyręczy.

Likes

Comments

Ostatnio dużo myślałam nad popularnością mediów społecznościowych. Impulsem do moich rozmyślań było zaproszenie do grona znajomych otrzymane od koleżanki ze szkoły. A raczej fakt, że jeszcze nie tak dawno wspomniana koleżanka (nazwijmy ją Anną) zaklinała się, że ona nigdy, przenigdy nie założy konta na żadnym Facebooku ani innym wynalazku.

Po kilku dniach od zaakceptowania zaproszenia miałam okazję rozmawiać z Anną przez telefon. Oczywiście zupełnie wprost powiedziałam jej, że jestem bardzo zdziwiona tym, że i ona dołączyła do użytkowników Facebooka, na co moja koleżanka wyraźnie się speszyła i zaczęła tłumaczyć, że mąż ją namówił, że sama by nie założyła, ale trzeba wyjść do ludzi itd.

Jeszcze na drugi dzień zastanawiałam się nad naszą rozmową.Pomyślałam sobie, że Anna chyba niespecjalnie umie walczyć o swoje, skoro jak mąż rozkaże, tak ona robi. I zaraz potem, co ten Facebook, Twitter czy Instagram (a kiedyś popularna Nasza Klasa) ma w sobie takiego, że dla wielu posiadanie konta na wyżej wspomnianych portalach to prawie sprawa honoru? Jest coś dziwnego w ludziach mojego pokolenia i szczególnie młodszych. Dziwnego dla mnie, zupełnej ignorantki w sprawie mediów.  Ludzie dokumentują każdy moment ze swojego życia, a niektóre rzeczy robią chyba już nie dlatego, żeby je przeżyć, ale żeby zrobić fajną fotkę, którą natychmiast udostępnią, zbiorą mnóstwo polubień i przez moment będą czuć się fajni, lubiani, podziwiani. Moim zdaniem to bardzo smutne,że niektórym tak zależy na internetowej popularności, która wcale nie musi przekładać się na ilość przyjaciół w prawdziwym życiu, osób, na które w trudnych momentach można liczyć.

 I chociaż sama posiadam konto na Facebooku, to nie dodaję swoich zdjęć, szczególnie takich rodzinnych, wręcz intymnych. Może moi znajomi myślą, że mam tak żałosne życie,że nie mam czym się chwalić, ale trudno, nie mam w sobie potrzeby dzielenia się z całym światem moim prywatnym życiem.

Likes

Comments