Hej! Jak już pewnie wiecie z moich poprzednich wpisów lub instagrama, od kilku dni zmieniłam miejsce zamieszkania na nieco cieplejsze! Przez następne pół roku czeka mnie właśnie taki widok z okna, jaki widzicie na zdjęciu powyżej. Oczywiście pierwsze dni tylko biegałam robiąc niezbędne zakupy i załatwiając papierkowe sprawy (gdyby tak policzyć moją wędrówkę, wyszłoby z 30km), ale miałam już swoje pierwsze przygody. Pakując walizkę sprawdziłam pogodę - 20 stopni, czyli ciepło, ale nie na szorty, dlatego spakowałam je do paczki, która jest jeszcze w drodze do mnie. Już pierwszego dnia po przyjeździe zaczęłam się gotować, bo temperatura, którą odczuwałam to jakieś 30 stopni. Zgubiłam się też kilka razy w ogromie bocznych uliczek i wysiadłam nie na tym przystanku, na którym trzeba, a nawet kupiłam płyn do płukania, zamiast do prania, bo starałam się na szybko sprawdzić w translatorze nazwę. Jednak mimo tych wszystkich pobocznych przygód widok, który zastałam nad oceanem i zachód słońca, który mogę codziennie podziwiać z okna mojego mieszkania wynagradza absolutnie wszystko i muszę przyznać, że powoli zakochuję się w tej okolicy. Już wiem, że będzie mi ciężko stąd odjeżdżać! Tymczasem żegnam się z wami, oczekujcie kolejnych wpisów i sprawdzajcie instastory, bo tam jestem najczęściej. Pa!

Hi! As you already know from my previous posts or instagram, I've changed my home for a little bit warmer place to stay. For the next six months I will be enjoying this view from my window, as you can see in the picture above. Of course my first few days was all about must-do shopping and document things (I walked about 30km so I feel like a proffesional race-walker), but I also had my first adventures. When I was packing my suitcase I checked the weather for next few days - 20 degrees, which is warm, but not for shorts, so I packed them to the package (which I'm still waiting for anyway). As you suppose on my first day here I thought I will melt down, because I felt like the temperature was 30 degrees actually, not 20. I also got lost in small streets and got off on the wrong bus stop, and even bought fabric softener instead of laundry liquid (I tried to check how is it in portugese on random translator, don't do this). Nonetheless, the ocean view or even the thing I can admire sunset right from my window was really worth all of this and I have to admit I'm falling in love with this area. I already know it'll be hard to leave! For now I'm saying goodbye to all of you, stay tuned and also check my instastory!

Zaprojektuj swój blog - wybierz jeden z mnóstwa gotowych szablonów na Nouw lub utwórz własny, metodą „wskaż i kliknij” - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Zawsze na blogach i vlogach lubię materiały z serii "ulubieńców" miesiąca, tygodnia itp. Mogę wtedy znaleźć nieznaną jeszcze markę kosmetyczną, obejrzeć film, który mnie zainspiruje czy odwiedzić miejsce, o którego istnieniu nie wiedziałam. Dla wielu osób wpisy z tej serii są oklepane, jednak czy dzieląc się jakimś odkryciem z naszymi znajomymi, nie tworzymy im właśnie takiego opisu ulubieńca? Oczywiście pomijam tu temat wpisów sponsorowanych, które często mają się nijak z prawdą, jednak wiele blogerów stawia w tego typu wpisach na autentyczność, a wtedy polecają prawdziwe "perełki". Mam nadzieję, że zainspiruję chociaż jedną osobę moim wpisem, bo będzie on nietypowy :) Zaczynamy!

Film o kotach, który uczy życia

Nie lubicie kotów? Nie szkodzi! Gwarantuję wam, że Kedi pokazuje o wiele więcej, niż tylko kocią naturę. Akcja rozgrywa się w Stambule - mieście o największym zaludnieniu w całej Turcji. W ogromnej ilości miasto zamieszkuje również masa bezdomnych kotów, którymi opiekują się mieszkańcy. Każdy z naszych bohaterów ma swój unikalny charakter i nieodgadnioną przeszłość - w większości historii opowiadanych przez mieszkańców koty pojawiają się w ich życiu nagle i nie potrafią się już z nimi rozstać. Tak rodzi się między nimi prawdziwa miłość, oparta na dawaniu nawet wtedy, gdy ma się niewiele. I chociaż zdarzają się bardzo przykre sytuacje w kocim życiu (na szczęście na filmie pokazana jest tylko jedna, inaczej przeryczałabym cały film, także info dla wrażliwców - spokojnie, dacie radę!), to jednak wiele osób znajduje dobroć, którą przekazują tym uroczym istotom. Film poleciłabym nie tylko kociarzom, ale każdemu miłośnikowi zwierząt, osobom uprzedzonym w stosunku do obcych kultur, wszystkim rozczarowanym ludzkim zachowaniem, na lepszy humor... no dobra, po prostu każdy znajdzie w tym filmie coś dla siebie :)

Who run the world?

Słaba płeć nie istnieje! Jeśli nadal w to nie wierzycie, koniecznie zajrzyjcie na funpage (a wkrótce magazyn!) Kosmos dla dziewczynek. Znajdziecie tam mnóstwo inspirujących historii o kobietach i dziewczynach z całego świata. Jak szesnastolatka uratuje świat przed suszą? Gdzie można obejrzeć prace dziewięcioletniej grafficiarki? Gdzie szukać wzorców dla swoich dzieci, aby wychować je bez krzywdzących stereotypów? Ten funpage z pewnością otworzy wam oczy na wiele aspektów, a może nawet zachęci was lub wasze dzieci do podjęcia działania. Uwaga: nie ma tam porad pt. "jak uwieść chłopaka ze starszej klasy" czy "co mówią o tobie twoje paznokcie" (uff!)

Okiełznać Biblię

Jeśli ktoś czyta Biblię i jej nie ogarnia, albo chciałby zacząć, ale nie wie jak, polecam stronę thebibleproject. Odkryłam ją dosyć niedawno - pewna dziewczyna wstawiła instastories, zapytałam ją, co to za filmiki, bo wyglądały naprawdę super i podała mi właśnie tę stronę. Żałuję, że nie znałam jej wcześniej, bo po zmianie wyznania czytanie Biblii było dla mnie dosyć ciężkie - wcześniej nie miałam z nią styczności, odbębniałam chodzenie do kościoła, a na religii głównie siedziałam w telefonie, bo nauczyciele nie porywali swoją aktywnością. Na stronie znajdziecie filmiki animowane w naprawdę super technologii oraz komiksowe skróty każdej z ksiąg, a także wiele omówień zagadnień, które pomagają zrozumieć Biblię. Do mnie najbardziej przemawiają filmiki, bo lubię sobie wszystko obrazować, jednak do dyspozycji są też części opisowe, rozważania na blogu i materiały do posłuchania. I nie myślcie, że to kolejne nudne materiały z muzyką z lat 60-tych!

Koniecznie dajcie znać, jak podobają wam się takie wpisy - mam już następnych ulubieńców w zanadrzu (zwłaszcza kosmetycznych!)

Likes

Comments

Biała koszula i jeansy w kolorze baby blue to komplet, który noszę bardzo często. Sprawdza się zarówno do pracy, jak i na wyjście ze znajomymi, czy randkę. Dzisiaj pokażę wam, jak z pomocą jednego dodatku zmienić znaczenie swojego looku. Spostrzegawcze osoby na pewno zauważyły, że na lewym zdjęciu na szyi mam apaszkę, która wiązaniem przypomina krótki krawat. Żeby nie było nudno, zawiązałam też koszulę, lecz jeśli chcecie wyglądać jeszcze bardziej elegancko, wystarczy wpuścić ją w spodnie. Na prawym zdjęciu apaszkę pod szyją zastąpiłam okularami - powiększają optycznie dekolt, a luźne włosy nadają swobodnego looku.

White shirt and baby blue jeans is set I wear really often. I can wear it for work, meeting with friends and date as well. Today I wanna show you how you can change meaning of your look by adding just one piece. As you can see on the left photo I'm wearing a scarf tied like a necktie to look more elegant. On the right picture I replaced scarf by my sunglasses - with loose hair they're creating more casual look.

Pamiętajmy też o dodatkach - ja wybrałam klasyczny zegarek w kolorze nude, bransoletkę Lilou, moje ukochane okulary i torebkę w odcieniu różu. Apaszkę zawiązałam tak, żeby było widać jak najmniej "samochodowego" wzoru ;)

Remember about accesories - I chose classy watch in nude colour, Lilou bracelet, my lovely sunglasses and pink bag. I tied my scarf so the cars pattern is barely seen and whole look is more esthetic ;)

Stworzenie luźniejszego looku zajmuje kilka sekund - apaszkę chowacie do torebki, okulary zaczepiacie o dekolt, roztrzepujecie włosy i już jesteście gotowe na wieczorne wyjście!

Creating casual look takes only a few seconds - hide scarf to your bag, hang sunglasses on your shirt, tousle your hair a bit and you're ready to go on evening meeting!

Koszula - H&M
Spodnie - Springfield
Apaszka - Gucci
Torebka - H&M
Zegarek - Aldo
Klapki - Deichmann

PS cudowny makijaż jest zasługą Aneta Nowacka Make Up

Likes

Comments

Dostaliście mail od zagranicznej uczelni, że mają ochotę was przyjąć, gratulacje! Jesteście coraz bliżej wyjazdu. Teraz czas na wypełnienie Learning Agreement, czyli umowy między waszą oryginalną uczelnią a uczelnią partnerską. Ustalacie tam, jakie będziecie tam mieć przedmioty, które wasza uczelnia macierzysta zaliczy wam z automatu po powrocie do kraju. Oczywiście liczcie się z tym, że LA może się zmienić w trakcie wyjazdu z różnych względów, a także z tym, że po powrocie możecie mieć sporą sumkę przedmiotów do zaliczenia. Ale od początku.

SPIS PRZEDMIOTÓW OD UCZELNI ZAGRANICZNEJ

Koordynator uczelni zagranicznej powinien wam udostępnić wykaz przedmiotów na dany semestr, lub powinien być on dostępny na stronie szkoły. Ja razem z rozpiską roku otrzymałam taki wykaz. Oczywiście interesują nas punkty ECTS (trzeba zdobyć minimum 30, aby zaliczyć erasmusa, więc jak widzicie, musiałam wybrać i zdać wszystkie z podanych przedmiotów, aby uzyskać tę sumę).

SPIS PRZEDMIOTÓW UCZELNI MACIERZYSTEJ

Mamy już spis przedmiotów uczelni zagranicznej, teraz do porównania będzie nam potrzebny spis przedmiotów na dany semestr z naszej uczelni. Taki spis uzyskacie od dziekanatu/koordynatora roku/dyrektora kształcenia itp. Z uwagi na to, że będę wyjeżdżać na licencjacie, mój spis oprócz stałych przedmiotów zawierał takie rzeczy jak Przedmioty Do Wyboru (3 grupy po 5 przedmiotów, z których wybiera się jeden do każdej grupy). Pozbierałam więc ofertę przedmiotów i wyglądało to tak:

ogólny plan semestru z punktami ECTS

specjalność dla danego semestru (błękitne pole w ogólnym planie)

przedmioty do wyboru - żółte pola w planie ogólnym (do wyboru po jednym z każdej grupy, dzięki temu mamy większą szansę, że koordynator porównując programy nauczania podepnie któryś z przedmiotów zagranicznych)

Na podstawie dwóch planów możecie wstępnie wywnioskować, które przedmioty będą wam się zgadzać, a które będziecie mieć do zaliczenia po powrocie (tak jak np. u mnie Entrepreneurship, Foreign Language-Spanish itd. się zgadza). Możecie jednak od razu udać się do osoby, z którą musicie wszystkie przedmioty ustalić. U mnie był to dyrektor programu kształcenia. Usiadł nad moim stosikiem kartek i tak, mimo, że niektóre przedmioty z nazwy się nie zgadzały, zostały przez niego zaakceptowane, a nawet będę miała o jeden przedmiot mniej do zaliczenia na kolejnym semestrze. Oczywiście nie mogło być tak pięknie i są też przedmioty, których nie dało się porównać, i zostaną przypisane do zaliczenia po powrocie. Zaznaczajcie i zapisujcie sobie najlepiej na wydrukowanej kartce, co w zamian za co będziecie mieć zaliczone, bo później czeka was wypełnienie Learning Agreement.

LEARNING AGREEMENT

Kiedy już wiecie, co i jak z przedmiotami, przystępujecie do wypełnienia Learning Agreement. Podzielmy ten dokument na mniejsze części, aby łatwiej było się połapać.

W prawym górnym rogu uzupełniamy nasze imię i nazwisko i rok akademicki. Następnie wpisujemy dane personalne, cykl studiów (BA-licencjat, MA-magister) oraz kod edukacji-znajdziecie go TUTAJ (przejedźcie na dół i zacznijcie wpisywać w języku angielskim nazwę swojego kierunku studiów - kod w nawiasie to kod, który musicie tu wpisać). W następnych polach wpisujemy dane naszej uczelni (poproście koordynatora o kod erasmusa) oraz dane uczelni, na którą aplikujemy. Oczywiście wszystko po angielsku.

Dzisiejszy wpis skupia się na części przedwyjazdowej, więc interesuje nas wyłącznie dział "before the mobility", który wypełniamy jeszcze przed wyjazdem. W tabeli A wpisujemy przedmioty, które wybraliśmy na uczelni zagranicznej. Tak jak wcześniej mówiłam, ja musiałam wybrać wszystkie, żeby zgadzały się ECTS-y. Prosta sprawa - z planu po prostu przepisałam je do tabeli. Pod spodem zaznaczyłam poziom języka, a na samej górze przedział miesięcy, w którym odbywam erasmusa. Przejdźmy teraz do tabeli B.

W tabeli B wpisujemy naszouczelniane "odpowiedniki" przedmiotów z uczelni zagranicznej. Wpisujemy tylko i wyłącznie te przedmioty, które będziemy mieć zaliczone po powrocie dzięki erasmusowi. Przedmioty z naszej uczelni, które musimy zaliczyć w normalny sposób po powrocie, bo nie miały pokrycia z erasmusowymi zostawiamy sobie w głowie/w oddzielnych notatkach/gdziekolwiek, ale nie w Learning Agreement. U mnie wyjątkowo znalazło się seminarium dyplomowe, bo uzyskałam zgodę na pisanie licencjatu w trakcie erasmusa. Sprawdźcie też ECTS-y, bo mogą być inne niż w uczelni przyjmującej.

Z tak wypełnionym LA idziecie ponownie do koordynatora, który po sprawdzeniu i akcepcie podpisuje wam dokument, wy również go podpisujecie i wysyłacie skan razem z innymi wymaganymi dokumentami (w moim przypadku CV, kopia dowodu i zdjęcie do legitymacji) do koordynatora uczelni zagranicznej. W odpowiedzi dostaniecie skan z podpisanym przez koordynatora uczelni przyjmującej LA (trzeci rząd) oraz oficjalny Letter Acceptance!

Likes

Comments

Subscribe
@miecznikov