Witajcie w kolejnym poście! :)

Tym razem przychodzę do Was z masą zdjęć z eventu, na który zostałam zaproszona. Dzięki uprzejmości drogerii Douglas, miałam okazję przyjrzeć się kosmetykom Armaniego oraz poznać przemiłą makijażystkę - panią Olę, która specjalizuję się właśnie w tej marce.

Powiem Wam szczerze, że to moje pierwsze spotkanie z produktami Armaniego.

Miałam możliwość przyjrzeć się z bliska wszystkim pomadkom, które... zrobiły na mnie NIESAMOWITE wrażenie. Kolory, konsystencja i trwałość, to wszystko składa się po prostu na IDEAŁ. Nie wiedziałam na jaki kolor się zdecydować, wszystkie wyglądały bajecznie.

Po zapoznaniu się z ''księgą Armaniego'', mogłam oddać się w ręce specjalistki, która zrobiła ze mnie (a właściwie z mojej twarzy!) bóstwo. :) Byłam zachwycona!

Na początku wybrałyśmy kolory, które są w moim typie. Każda pomadka gościła na moich ustach i wtedy mogłyśmy ocenić czy to jest ''to''. :)

Proszę Was - nie patrzcie na moją piękną opaleniznę na plecach! Haha! Niestety, spędziłam kilka godzin na plaży w sukience i trochę potrwa, zanim wyrównam koloryt. Wiecie, że gdyby nie zdjęcia ( i mój narzeczony!) to nie wiedziałabym, że moje plecy i ramiona przypominają puzzle? No cóż.. :)


Ostatecznie, wybór padł na pomadkę ROUGE D'ARMANI w kolorze ''KIMONO''. Jeśli jesteście ciekawi jak wygląda sama pomadka to zapraszam Was na mojego InstaStory, tam znajdziecie kilka filmików.

Miałam przyjemność również wypróbować przepiękne rozświetlacze, bronzer oraz rozświetlające cienie, które podbiły moje serce na maxa.


Przy okazji ''lekcji'' z Olą, mogłam nauczyć się paru trików kosmetycznych, a co więcej - jak nakładać róż! Mam ich kilka w swojej kolekcji, ale leżą na dnie szuflady. Nigdy nie potrafiłam ich użyć, wyglądałam po prostu komicznie. Teraz wszelkie wątpliwości zostały rozwiane.. :)

Było baaardzo, ale to bardzo miło. Dziękuję za zaproszenie!

Przenieś swój blog na Nouw - teraz możesz importować swój stary blog - kliknij tutaj!

Likes

Comments

Witajcie! :)

Podczas majówki wrzuciłam na swój IG zdjęcie naszej kolacji, a dokładniej - krewetek. W związku z dużą ilością pytań, próśb o przepis, postanowiłam, że przygotuję dla Was post. Będzie prościej, wszystko zostanie w jednym miejscu. :)


A więc tak.. Ilość jest imponująca. U nas wyszło ponad 100 krewetek, ale była to porcja dla 6 osób. Gdy przygotowuję krewetki dla siebie i narzeczonego (bez makronu, same krewetki) to kupujemy 2 opakowania - znajdziecie gotowe już, wyczyszczone w Lidlu i w Biedronce.

A więc do przygotowania dania potrzebujemy :

  • opakowanie lub dwa krewetek
  • masło
  • białe wytrawne wino
  • pietruszka
  • papryczka
  • cytryna
  • czosnek
  • słodka papryka, sól, pieprz, ewentualnie przyprawa do ryb i owoców morza

Krewetki osuszamy na papierowym ręczniku i przyprawiamy.

Masło ( i to sporą ilość!) rozgrzewamy na patelni, po czym dodajemy czosnek i papryczkę. Gdy wszystko ładnie się przysmaży - dodajemy krewetki. Smażymy mniej więcej po minucie z każdej strony. Następnie dodajemy sok z cytryny (z całej albo z połowy, według waszego smaku :)) , słodką paprykę oraz sporą ilość wina. Po chwili zrobi się nam idealny sosik.

Nie podam konkretnych proporcji, ponieważ wszystko robimy na oko. ZAWSZE. :)

Na sam koniec posypujemy krewetki pietruszką, przetrzymujemy trochę, aby wszystko ładnie przeszło smakiem.



Krewetki najlepiej podać na patelni, tak aby zatrzymać ciepło i aby... każdy miał dostęp do pysznego sosu! Dokładnie. :)

Koniecznie przygotujcie bagietkę albo tak jak my - bruschettę. Dodatkowo lekką sałatkę, która idealnie pasuje do naszych ''robaków'' i pyszna kolacja gotowa!


​Przepis jest naprawdę BANALNY i szybki do przygotowania. Nie bójcie się i spróbujcie, polecam. :)

Mam nadzieję, że będzie wam smakować!


Buziaki!

Likes

Comments

Hej, hej!

Na moim Instagramie, jak i na InstaStory z pewnością widzieliście już zdjęcia związane z marką Sloggi. Na pewno ten spot reklamowy przyciągnął Waszą uwagę! Na pewno! Piękna, zgrabna kobieta, charakterystyczna muzyka i... zabawna kampania :)!


Otrzymałam 2 biustonosze od Sloggi. Delikatne, komfortowe, kobiece. Bez zbędnych dodatków. Sloggi zapewnia nam komfort i wygodę. Ja w to wchodzę! Na całego! :)

Moją uwagę całkowicie przyciągnęła paczka - samo opakowanie, które miało w sobie wbudowany mały ekranik. Nie mogłam wierzyć, że po włączeniu na ''kartoniku'' zobaczyłam cały spot reklamowy. Wow. :) Zawartość również mnie nie rozczarowała!

Jak dla mnie efekt - WOW. W dodatku to mój ulubiony kolor bielizny.

Dajcie znać co myślicie i w razie pytań - piszcie. Chętnie pomogę!

Jeśli jesteście ciekawi co, jak i gdzie - zapraszam Was na stronę www.sloggi.com :)

Buziaki!

Likes

Comments

date, valentine's day, walentynki



Moi drodzy! A właściwie - moje drogie. :)
Bardzo się cieszę z tego, że poprzedni post trafił do Was w 100%, odebrałyście go mega pozytywnie, padło wiele cudownych słów za co dziękuję! A do tego - został pobity rekord wejść na mojego bloga! Nie wiedziałam, że taka tematyka aż tak bardzo Was zainteresuje. Strasznie mi miło!

Mam nadzieję, że Wasze Walentynki były cudowne! Nie lubię oklepanego stwierdzenia ''my walentynki mamy cały rok''. Moim zdaniem po to jest to święto, aby je właśnie celebrować! A to, że kochamy się przez cały rok jest OCZYWISTE. :)

Nasze Walentynki były naprawdę cudowne. Miał być Grey i kolacja w domu (ponieważ ukochany obiecał przyrządzić krewetki - a robi je genialnie!), a wyszło troszkę inaczej.

Około 15.30 wybraliśmy się na Stare Miasto. Całe miasto zamieniło się w jeden, wielki korek. Z naszego mieszkania do Centrum naprawdę nie jest daleko. Dojazd autem zajmuje max. 10 minut, autobusem podobnie. Utknęliśmy w ogromny korku, tuż przed Centrum. Staliśmy 5,10,15 minut.. Nic się nie ruszyło do przodu. Poprosiliśmy Pana taksówkarza, aby zjechał na pobocze i nas ''wypuścił''. Czas nas gonił. Przemarzłam totalnie, ale na miejscu byliśmy w ciągu 10 minut. Istne szaleństwo, jeśli czyta mnie ktoś z Olsztyna, to doskonale rozumiecie i wiecie co dzieje się w Centrum w godzinach 14-16. Ehhh. :)

Nasz cel - znalezienie wolnego stolika i dobrej restauracji! Większość z nich w ten dzień nie robiła rezerwacji. Na tyle dobrze, że był to wtorek (a nie weekend!) i dość wczesna pora, także ze znalezieniem miejsca nie było wielkiego problemu. Padło na Prostą 38. To zdecydowanie nasza ulubiona restauracja i zawsze do niej wracamy. Żałuję, że nie mam zdjęć, ale było naprawdę sporo gości i nie chciałam zakłócać ich spokoju/intymności/randki latając z telefonem. Tym bardziej, że stoliki były ustawione bardzo blisko siebie.



Jeśli chodzi o mojego narzeczonego - on uwielbia jeść. Uwielbia dobrą kuchnie i nigdy niczego sobie nie odmawia. Tym razem dałam mu całkowicie wolną rękę i poprosiłam, aby to on zadecydował co jemy. Uwierzcie, tyle pyszności w jednej karcie - nie mogłam wybrać..
Na przywitanie dostaliśmy kieliszek Prosecco, uwielbiam. Jeśli chodzi o jedzenie, tym razem padło na krem z homara z kozim serem i sorbetem pomarańczowym - był GENIALNY. Dodatkowo nasze ukochane krewetki w tempurze z sosem mango. Do tego karafka wina i Magda była szczęśliwa. :)
Nie zrobiłam zdjęcia, żałuję!
Na główne danie zamówiliśmy kaczkę oraz eskalopki wołowe w sosie grzybowym - totalnie mój smak. Jeśli będziecie kiedyś w Olsztynie to naprawdę zajrzyjcie do tej restauracji!



O 18.00 zaczynał się nasz seans. Przeczytałam wszystkie książki i powiem Wam, że baaaardzo mi się podobały. Po pierwszej części filmu byłam zadowolona, aczkolwiek miałam trochę mieszane uczucia. Po kilku miesiącach raz jeszcze wróciłam do tego filmu i obejrzałam na spokojnie w domu. Podobał mi się, a dobór aktorów jak dla mnie był trafiony w 100%. :)  Nie mogłam doczekać się drugiej części! Tyle na nią czekałam! I co? Wielka klapa. Miałam wrażenie, że pierwsza godzina filmu strasznie się ciągnęła. Flaki z olejem. Bardzo mało dialogów, wszystko działo się tak szybko.. Jedyne co będę wspominać to zaręczyny, a dokładniej scenerię, która była piękna! Reszta bez szału. 

Po powrocie do domu obietnica została spełniona i na stole wylądowały krewetki! Jeeeju, uwielbiam! Myślę, że dużo z Was je lubi, więc od razu podam Wam przepis, który jest banalny, a danie robi się w 15 minut.


Co potrzebujemy?
Opakowanie krewetek - najlepiej kupcie już obrane, bez pancerza i wnętrzności. :)
Czosnek
Masło
Oliwa
Wino białe
Pietruszka
Pieprz, sól, przyprawę do ryb i owoców morza
Pół cytryny

Krewetki smażymy na 3 łyżkach masła i 3 łyżkach oliwy. Przyprawiamy je dokładnie z dwóch stron i układamy na patelni. Czosnek kroimy w cienkie plasterki i dodajemy do krewetek. Do tego wyciskamy sok z połowy cytryny oraz dodajemy 200 ml białego wina. Krewetki smażymy po 3-3,5 minuty z każdej strony. Na koniec dodajemy pokrojoną pietruszkę. To wszystko idealnie smakuje z bagietką, najlepiej czosnkową. POLECAM. :)





Jestem ciekawa Waszych opinii, co myślicie o najnowszej części Greya? 
Mam nadzieję, że miałyście cudowne Walentynki!


Likes

Comments

couple, Grecja
Hej dziewczyny!

Dostałam kilka próśb, aby napisać post Walentynkowy. Propozycję prezentów, kolacji, jakieś fajne pomysły na ten wieczór. Niestety, takiego postu nie będzie na moim blogu, ponieważ my zrezygnowaliśmy z robienia sobie prezentów. Kiedyś Wam wspomniałam, że Walentynki to słodkie ''święto'', ale my wolimy wyjść gdzieś razem i miło spędzić czas niż kupować sobie prezenty na siłę. Kiedyś.. wiadomo. Zdjęcie, płyta, jakiś miś czy czekoladowe serduszko. Oklepane. :)

Postanowiliśmy, że rezygnujemy z prezentów, a w zamian za to, wolimy pójść do kina czy na kolację. Chyba już z tego wyrośliśmy. Poza tym jest wiele dni w roku (i to takich bez okazji!), kiedy to robimy sobie małe niespodzianki i obdarowujemy siebie prezentami. Ale jak kto woli oczywiście. :)

W związku z tym, że postu typowo Walentynkowego nie będzie, postanowiłam zrobić post o NASZYCH zaręczynach. Ponieważ często o nie pytacie, gdzie, kiedy, jak..? Jaka była moja reakcja?

Cudownie wspominam ten czas, to był zdecydowanie najpiękniejszy i najlepszy dzień w moim życiu, a więc z wielką chęcią podzielę się nim z Wami..



Zacznę od tego, że zaręczyny były w Grecji. Podczas naszych wakacji, we wrześniu 2016 r.
Czy się tego spodziewałam? Nie. To była totalna niespodzianka. Dzień przed wylotem byliśmy w Warszawie u naszego dobrego znajomego. Bawiliśmy się w centrum miasta, spędziliśmy świetnie czas. Pamiętam, że chciałam koniecznie znaleźć jakąś rzecz w walizce Jarka, a on za wszelką cenę nie pozwolił mi się do niej dobrać. Byłam wściekła, bo pilnie czegoś potrzebowałam (teraz nawet nie pamiętam czego..). Myślicie, że to dało mi do myślenia? A w życiu! Nawet nie skojarzyłam, że gdzieś na dnie znajduje się małe cudeńko, które za kilka dni wyląduje na moim palcu! Poza tym... to wszystko było tak zapakowane! Pudełko w pudełko, jeszcze jakiś kartonik a na wszystko folia! Kto by się domyślił? :)

23 września byliśmy już w Grecji, a więc zaręczyny odbyły się dwa dni później. Przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja.. po wylądowaniu, po kolacji, siedzieliśmy w barze przy basenie. Ja również miałam prezent dla mojego ukochanego. Kilka dni wcześniej kupiłam mu jego wymarzony, męski rzemyk na nadgarstek w sklepie YES. Chciałam dać mu to podczas wakacji, ale dopiero po kilku dniach. Oczywiście nie wytrzymałam.
No więc wracając do baru.. Siedząc tam, pijąc drinka, po całym sezonie w pracy byłam tak cholernie zmęczona i zarazem szczęśliwa, że postanowiłam pójść do pokoju i dać Jarkowi prezent OD RAZU. Co nie było wcale takie łatwe, ponieważ klucz trzymał mój narzeczony.. (wiecie, żebym przypadkiem nie poszła grzebać w walizkach.. tak sądzę). Po kilku prośbach i małych kłamstwach, że muszę pójść po jakąś bluzę w końcu zdobyłam klucz! Gdy szłam z prezentem nie mogłam powstrzymać uśmiechu, więc wiedział, że coś jest na rzeczy. Gdy postawiłam na stole małe pudełeczko, on chwilowo zamarł. Dopiero po oświadczynach powiedział mi jak bardzo bał się tego, że znalazłam pierścionek i to właśnie z nim idę... Nawet wtedy, gdy widziałam jego minę, nie wpadłabym na to, że szykuje on zaręczyny. :)

24 września mój narzeczony zarezerwował stolik w pięknej restauracji nad samą plażą, w dodatku na pięknej górze, z której widok był nieziemski. Godzinę później, rozmawiałam z moją siostrą. Wariatka, wykrzyczała mi do telefonu, że to ten dzień, że Jarek na pewno mi się oświadczy! Przyznam szczerze, że uśmiechnęłam się do siebie pod nosem, rozmarzyłam się, ale odgoniłam te myśli. Nie wiem czemu. :) Oczywiście w ten wieczór nic się nie wydarzyło!

25 września, z samego rana zebraliśmy naszą wakacyjną ekipę i ruszyliśmy pozwiedzać inne plaże. Myślałam, że to będzie dzień jak każdy. Było cudownie. Słońce, plaża, znajomi, drinki, upał! Jak dla mnie RAJ. Dzień spędziliśmy cudownie. Przed kolacją wróciliśmy do hotelu. Popijając Aperola przy barze, Jarek zapytał mnie, czy poszlibyśmy na plażę, na taką piękną górę, aby obejrzeć zachód słońca.



Zgodziłam się od razu. Ubrałam się wygodnie..  w szorty i czerwone body, do tego obowiązkowo trampki, po czym zobaczyłam minę mojego chłopaka.

- serio? chcesz w tym pójść? myślałem, że może jakoś ładnie się ubierzemy, już na kolację.. może włożysz jakaś sukienkę? ja pójdę w koszuli;

Zagotowało się we mnie i jeszcze zdążyłam na niego nakrzyczeć! Że po co, że to góry, że nie będę się wspinać w sukience i balerinach! Że ma być nam WYGODNIE. Wiecie.. typowe babskie marudzenie. Ale skąd miałam wiedzieć?!

Mieliśmy jakieś 20 minut do zachodu słońca. Poszliśmy do sklepu po pyszne, greckie wino musujące. Zapytałam Panią, czy mogłaby dać nam jakieś plastikowe kubeczki. Niestety nie miała. Zapytacie skąd więc kieliszki na zdjęciu? A stąd, że wracają ze sklepu w stronę plaży, nasi znajomi jedli już kolację, na tarasie. Mój narzeczony, nie myśląc, podbiegł do nich, wyszeptał coś a oni bez żadnego zastanowienia podali mu ze stołu dwa, szklane kieliszki. Taka mała kradzież. :)

Wspinając się na górę, podziwiając widoki, widziałam jaki szczęśliwy jest Jarek. Cieszył się jak dziecko ze wszystkiego, pomagał mi wejść, był taaaaki kochany. I tutaj przyznaję - przez kilka sekund znowu miałam myśl, że może TERAZ. Ale z drugiej strony znowu machnęłam ręką i odgoniłam myśli.




Taki widok mieliśmy po wejściu na górę. Akurat, gdy wchodziliśmy to wszyscy turyści schodzili na dół. Pora kolacji w hotelach. Zostaliśmy kompletnie sami.
Znaleźliśmy małą skałkę, Jarek rozłożył na niej koszulę, abym mogła usiąść. Otworzył wino i.. pomyślałam sobie wtedy : ''ojjj, jak już otworzył, to na pewno zaręczyn nie będzie! Ale trudno! Jest cudownie!''.
Wypiliśmy po kieliszku, robiliśmy sobie masę zdjęć. W końcu Jarek poprosił, abym usiadła, bo jest piękny widok za mną, a on zrobi mi zdjęcia. Po szybkiej ''sesji'', mój narzeczony był zajęty przeglądaniem zdjęć, a ja rozglądałam się dookoła. W pewnym momencie, tuż za mną, zobaczyłam mały statek, który płynął sobie powoli, wydawał się taki drobny. Wyglądało to cudownie. Wskazałam statek palcem, odwróciłam się szybko do Jarka a on..  a on był już na kolanach.
Zasłoniłam dłońmi twarz i zaczęłam płakać. Jeszcze nic nie zdążył powiedzieć. Ale to, co mówił po chwili totalnie rozbiło mnie na kawałki. On zawsze potrafił mówić cudownie, sprawiał, że czułam się jak w niebie. Ale to, co powiedział wtedy, w momencie oświadczyn totalnie mnie rozkleiło. W tych łzach, powiedziałam najważniejsze ''TAK!!!!!'' w moim życiu, po czym rzuciłam się na niego jak szalona i nie chciałam puścić.
Gdy słuchałam jego słów kolana trzęsły mi się jak szalone. Jarek nawet się nie jąkał, jakby w ogóle nie był zestresowany, ale zdradziły go jego dłonie, które trzęsły się strasznie przy nakładaniu pierścionka. Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa!







Byłam przepełniona szczęściem jak nigdy wcześniej. Zostaliśmy tam jeszcze jakieś pół godziny, skończyliśmy nasze winko, a kieliszki rzuciliśmy za siebie wypowiadając przy tym nasze małe ''marzenia''.

Wróciliśmy do hotelowej restauracji, aby zjeść kolację. Na sali był szwedzki stół, ale zawsze przed posiłkiem kelner pytał czy mamy ochotę zjeść zupę, każdego dnia była inna. Przeważnie kremy.
Poprosiliśmy o zupę, zjadłam 2 łyżki i mój żołądek powiedział STOP. W dodatku co chwilę zaczynałam płakać na nowo. Uspokajałam się, wszystko było już dobrze i znowu, znowu. Ludzie patrzyli na nas jak na wariatów, kelner pytał czy wszystko jest w porządku. A ja po prostu siedziałam i WYŁAM. To nie był płacz, to był po prostu szloch. Byłam tak przejęta tym wszystkim, że nie mogłam nic zjeść ani powstrzymać łez. Jarek zjadł zupę i poszliśmy do szwedzkiego stołu. Pamiętam, że nałożyliśmy sobie trochę jedzenia, siedzieliśmy i dłubaliśmy w talerzach. Spojrzałam na niego po paru minutach i zapytałam czy jest w stanie coś przełknąć. Zaczęliśmy się śmiać i wyszliśmy.
W końcu ochłonęłam i dołączyliśmy do naszych znajomych, którzy czekali na nas przy barze. Gdy nas zobaczyli, od razu pytali, czy wszystko jest w porządku, czy coś się stało? Pokazałam im dłoń, a raczej palec i znowu tonęłam w łzach. Cała ja. :)

Nie dość, że miałam przepiękne zaręczyny to jeszcze rozkręciliśmy taką imprezę ''zaręczynową'', że głowa mała! Nasza wakacyjna ekipa liczyła 9 osób. W pewnym momencie przy stole było ich około 20. Ludzie z Czech, ze Słowacji, z Wrocławia. Kompletna mieszanka, a wszyscy tak świetnie się dogadywali i bawili ze sobą! Było ekstra! Impreza skończyła się około 4 nad ranem, na plaży, kiedy wszyscy wylądowaliśmy w morzu. :)

Pisząc to, oglądając zdjęcia i wspominając - oczy mam wypełnione łzami. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Jarek, wiem, że to czytasz.. :) Kocham Cię strasznie!

Mam nadzieję, że przeczytaliście to z przyjemnością, uśmiechając się pod nosem do siebie.
I życzę Wam kochani, wszystkiego najpiękniejszego w związku z nadchodzącymi Walentynkami. Życzę Wam, żebyście przeżyli równie piękny dzień, którego nigdy w życiu nie zapomnicie!

Zaręczyny to coś CUDOWNEGO. :)


Likes

Comments