Nie, nie będzie to post w stylu "wstawaj pobiegaj, będą endorfinki, będziesz piękna ". Na mnie to nie działa, już nie działa, zresztą myślę, że to co motywuje nas do ruchu, przyczyny, dla których podnosimy tyłek z kanapy zmieniają się na przestrzeni lat, miesięcy, dni. Ostatnio dość konkretnie zastanawiałam się, co wpływa na mnie motywująco i doszłam do ciekawych wniosków. Gdy zaczynałam moją przygodę z bieganiem, a było to około rok temu, najpierw chciałam zrzucić parę gramów, później złapałam bakcyla icieszył mnie każdy przebiegnięty kilometr, najpierw z trudem 5, później 6, później jakieś zawody, pierwsza dycha od niepamiętnych czasów. Po 10 przyszedł czas na kolejne wyzwania, może by tak 15? Ciekawe czy dam radę? Dałam! No to zaszalejmy 20? Zrobione! To zapisuje się na półmaraton, a co tam. Też zrobione!

Był to czas kiedy chciałam udowodnić samej sobie, że dam radę, czas kiedy cieszyłam się z każdego przebiegniętego kilometra, aż do momentu, kiedy przestało mi się chcieć biegać aż takie dystanse... Nie, nie z lenistwa, po prostu zauważyłam, że gdy już osiągnęłam swój cel, tak długie bieganie przestało mnie cieszyć, a, że maraton mnie nigdy nie kręcił, odpuściłam na rzecz mojego wielkiego marzenia- triathlonu. Zapisałam się na 1/8 i skupiłam się tym razem już na trzech dyscyplinach: pływanie, bieganie i rower., niestety triathlon okazał się wielką klapą, było tak zimno, że nie byłam w stanie w ogóle oddychać pod wodą, poddałam się. Tak, świadomie wyszliśmy z wody nie ryzykując swojego zdrowia. To był przełomowy moment w moim myśleniu o aktywności fizycznej i sporcie. Dziwne uczucie, czujesz, że się poddajesz, że nie spełniasz marzenia, a jednocześnie jesteś mega dumny, że podejmujesz najlepszą i świadomą decyzję, która jak się okazało totalnie zmieniła moje podejście do aktywności. Pierwsza myśl po wyjściu z wody, kurczę przecież sport i aktywność jest dla utrzymania zdrowia i dla radości, nie po to żeby je stracić. Fakt po kilku dniach ogarnęła mnie mega złość na pogodę, na za słabe przygotowanie, na wszystko. Nawet na dobre 4 miesiące prawie całkowicie odpuściłam jakąkolwiek formę ruchu.

Dopiero po pewnym czasie zadałam sobie znów pytanie, co Cię kobieto może zmotywować do ruchu? I już wiem :) Nie muszę biegać po 20 kilometrów, bo cieszy mnie nawet przebiegnięta 5, nawet porządny 10 minutowy trening z kettlebell, teraz już wiem, że robię to bo chcę być sprawna, bo chcę być zdrowa, bo kiedyś chcę znów spróbować swoich sił w triathlonie, a dopiero na samym końcu pojawia się aspekt estetyczny w postaci lepszego wyglądu. Teraz jest mi dobrze, wiem po co i dlaczego się ruszam, ale droga do zrozumienia tego była cholernie kręta, długa i wyboista. Dlatego proponuję, nie szukaj motywacji na zewnątrz, poszukaj w sobie. Oczywiście, po obejrzeniu filmiku, gdzie osoba, bez kończyny daje radę, masz i Ty motywację na trening, ale po jakimś czasie jej poziom spada, i co? I znów będziesz szukać filmików, czy przeglądać zdjęcia wysportowanych ciał w necie. Nie mówię, że jest to złe, jeśli Cie motywuje to super, cieszę się bardzo, naprawdę, szczerze :) Aczkolwiek jeśli nie wiesz jak znaleźć motywację to zastanów się dlaczego chcesz się ruszać? Co chcesz osiągnąć poprzez aktywność fizyczną? Później już tylko rób to co lubisz i ciesz się tym, tak jak ja teraz.

P.S Byłabym okropną zołzą nie wspominając, że dzielnie w biegowych wyzwaniach towarzyszył mi i wspierał mnie mój mąż i cudowna grupa Zabiegani Mielec, gdzie cała przygoda z bieganiem się zaczęła :)

Wybaczcie jakość zdjęć, lepszych nie ma :) A zdjęcia kolejno z pierwszej dychy, pólmaratonu rzeszowskiego i z ostatniego biegania po parku.

Zaprojektuj swój blog - wybierz jeden z mnóstwa gotowych szablonów na Nouw lub utwórz własny, metodą „wskaż i kliknij” - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Przepis na daktylowca miał pojawić się na blogu wczoraj, ale ja, jak to ja robiłam wszystko "na oko" i nie zapisałam dla Was proporcji. Dzisiaj się zreflektowałam, zrobiłam drugie ciasto i tym razem skrzętnie wszystko notowałam. Daktylowiec jest słodki i lekko wilgotny, czyli taki jak lubię, zresztą sprawdźcie sami. Zostawiam Was z przepisem i oczywiście ze zdjęciami.

SKŁADNIKI:

  • 1 jajko
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 2 miarki (około 50-60g) odżywki białkowej
  • 6 czubatych łyżek mąki jaglanej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 100g daktyli
  • 1/2 szklanki wody przegotowanej
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki masła orzechowego dobrej jakości

WYKONANIE:

Daktyle zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na jakieś 10-15 minut, po tym czasie blendujemy całość. Rozpuszczamy olej kokosowy, dodajemy zblędowane daktyle z wodą i pozostałe składniki. Wszystko razem mieszamy, wykładamy do silikonowej formy, lub formy wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 35 minut. Po upływie tego czasu mamy gotową szamkę :)


Likes

Comments

Nie umiem się żegnać, witać też chyba nie... Długo zastanawiałam się czego powinien dotyczyć mój pierwszy wpis na blogu, aż tu nagle pomysł przyszedł sam :) Zrobiłam wczoraj świetne ciastka i poniżej dzielę się z Wami przepisem na nie. Ciacha nie zawierają glutenu, nie są też słodzone cukrem.

SKŁADNIKI:

  • 100g (około 10 czybatych łyżek) płatków jaglanych
  • 50g odżywki białkowej
  • 1 duże jajko
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 4 pełne łyżki jogurtu naturalnego/greckiego
  • 2 pełne łyżki masła orzechowego dobrej jakości
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • opcjonalnie gorzka czekolada/rodzynki/orzeszki

WYKONANIE:

Rozpuszczamy olej kokosowy, dodajemy wszystkie składniki, mieszamy, formujemy kulki, które następnie słaszczamy i układamy na wyłożonej papierem blaszce. Pieczemy w 180 stopniach około 20- 25 min w zależności od tego, jak grube ciastka Wam wyszły. Z takiej ilości składników otrzymujemy 15 ciasteczek.

Mam nadzieję, że ciacha będą smakowały, tymczasem kończę pić kawę i zabieram się za kolejne kulinarne i nie tylko eksperymenty.

Likes

Comments