Czy też macie tak jak ja?

Chodzi mi o motywacje. To temat na dziś, bo już mnie to męczy. Skupmy się np. na motywacji w dążeniu do idealnej figury, wysportowanej sylwetki, piękna zewnętrznego. Wiadomo, że dla każdego ideał będzie inny, to właśnie jest piękne, różnorodność.

Zacznę od siebie...

Za dzieciaka chuda jak patyk, mama i dziadkowie przekupywali mnie, żebym coś zjadła. Wyobraźcie sobie, potrafiłam zjeść śniadanie w przedszkolu i trzymać je w policzkach do pierwszej okazji, w której mogłam je wypluć. Do doniczek, na placu zabaw, po kieszonkach. Szkoda, że do toalety musieliśmy chodzić z Panią, tam bym pewnie szybko załatwiała sprawę. Jednak pewnego dnia wredne dzieciaki mnie sprzedały, od tamtej pory byłam pilnowana. Nie mieli łatwo, bo głowa pełna pomysłów zawsze znajdzie wyjście. Postanowiłam chwilę jeść, a gdy się nabrali znów to samo. Jednak wiadomo, że konfidenci to dostrzegli i znów byłam pod lupom. Nie rozumiem co miałam za problem? Teraz bardzo chętnie zjadłabym śniadanko z przedszkola! Miałam szczęście. Pewnego dnia pojawił się u nas w grupie Karolek, był grubaskiem i miał paluszki jak serdelki. Słodziak jakich mało. Karolek to dopiero kochał jeść. Wiecznie był głodny. Pewnie się domyślacie, że szybko został moim kumplem. On zjadał szynkę i parówki, a ja jadłam to co jakoś tolerowałam. Świetnie się dogadywaliśmy, on cichy, zawsze dwa razy zastanowił się nad swoim postępowaniem. Ja totalne przeciwieństwo. Zresztą ciekawe co u Karolka? Może teraz jest jakimś siłaczem? Pamiętam, że był wielki i silny, hehe. Tak, przedszkole wspominam bardzo pozytywnie.


Mała Kamcia z Ciotką.

Ja bym siebie nie zabrała nad wodę, zresztą widać jak mocno mnie trzyma:)

Już jako nastolatka utyłam sobie jak świnka. Pamiętam, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Nie zwracałam uwagi na swój wygląd. Żeglarstwo, harcerstwo, obozy, wyjazdy, to mnie interesowało. Wtedy już kochałam jeść, ooo tak, nawet 5 parówek na śniadanie, dwa schabowe do obiadku i micha zupy pomidorowej. Całkowicie mi się odmieniło. Jedyne co zostało do tej pory to wydziwianie. Chodzi o to, że moi bliscy za bardzo cudowali. Wycinali każdą żyłkę z szyneczki. Kroili jedzenie w różne wymyślne figury. Mogłam jeść nawet na szafie, tylko, żebym coś zjadła. No głupota totalna, nie wiem jak oni ze mną wytrzymywali. Teraz sama często łapię się na tym co ja cuduję z tym jedzeniem. Najgorsze jest poszukiwanie idealnej szynki Sopockiej. Co ja się czasem nalatam za nią...

Jedynie chyba pierogi kochałam od małego...

Dobra lecimy dalej, w technikum zrzuciłam w krótkim czasie 20kg. Bez problemu mi poszło, wystarczyło zmienić nawyki żywieniowe. Zresztą wydaje mi się, że w tym wieku jest idealny czas dla organizmu na takie rewolucje. Hormony wtedy idą nam na rękę. Piłam głównie wodę, ograniczałam cukry i tłuszcze do minimum, miałam dużo ruchu i regularnie się stołowałam. Od groma warzyw i owoców. Poszło błyskawicznie. Od tamtej pory tak balansuje. Bywają okresy szczupłej Kamci, ale też i Kamoli pasibrzucha. Bęben to mój wróg. Dosłownie z nim walczę, a walka jest nierówna. Nie będę pisała, że jestem gruba, bo tak nie jest. Jestem normalna, zdrowa dziewucha. Mam krągłości, bo jakby inaczej z takim apetytem. Marzę jednak, że pewnego dnia zacznę regularnie uprawiać sport. Zdaję sobie sprawę, że sport to zdrowie, a ja chcę być zdrowa! Jejku, dlaczego ja tak nienawidzę wzmożonej aktywności fizycznej? Zawezmę się na max miesiąc. Chwila luzu i znów ciężko mi powrócić. Lubię zdrowo się odżywiać dlatego, że boje się wszelkiego rodzaju dolegliwości oraz chorób. Nie daj Bóg coś przeczytam, wyciągnę wnioski i już wmawiam sobie chorobę, „na pewno to mam”, hahaha. Do czego dążę: przerażają mnie media, które promują chudość, dosłownie anoreksje. Obsesja w Internetach jest ogromna. Widzimy piękne szczupłe kobiety i im zazdrościmy, też tak chcemy. Ubrania jakby tworzone tylko dla szczupłych. Jak nadążyć, gdy ma się mnóstwo innych spraw, czy problemów? Ciężko jest nie zjeść w biegu, czy znaleźć czas na ćwiczenia. No i oczywiście mieć tą MOTYWACJE. Wszędzie fit, wszędzie sport i wszyscy nagle to trenerzy personalni , życiowi przewodnicy. Super, bardzo szanuje ciężką prace jaką ludzie wkładają w to co osiągnęli. Nie zrozum tego na opak. Ja im pozytywnie zazdroszczę, najbardziej tym co jedzą ile chcą i świetnie wyglądają! Ale czy tak naprawdę to motywuje? Mnie nie bardzo. Czuję się przytłoczona. Jest tego ogrom, dążenie do ideałów i perfekcji powoli mnie przeraża. Często wpędza w depresję, zamiast dać kopa do zmiany nawyków czy też pójścia na trening. Uwielbiam czytać o przemianach ludzi, którzy źle się odżywiali przez co chorowali i niszczyli samych siebie. Nie zapominajmy, że otyłość to przede wszystkim choróbsko, cichy zabójca. Jedzenie potrafi być uzależnieniem, toksycznym przyjacielem. Trzeba znaleźć złoty środek. Jak go odnaleźć? To mnie ciągle zastanawia. Staram się i nawet czasem mi to wychodzi. Najgorzej opanować się na kacu, znacie to? Albo w czasie „ tych dni”. Kiedyś tego nie znałam, jednak z wiekiem dopadło i mnie. Masakra, apetyt niedźwiedzia. Jak z tym walczyć? Jakieś wskazówki? Może któraś z was wie? Nie odbieraj negatywnie mojej wzmianki o natłoku fitnesów i ogromu osób, które nagle się tym zajmują. To nie atak. Chodzi mi o to jak stało się to przytłaczające, że osoby zdrowo wyglądające mogą czuć się źle na tle tego globalnego szału, popaść w depreche od ciągłego oglądania „idealnych sylwetek” i ubrań slim. Nawet bieliznę korygującą reklamują szczupłe kobiety, tak jak pewnie zauważyliście na reklamach golarek, które to reklamują ogolonymi już nogami, to już jest przesada. Ja wolałabym zobaczyć prawdziwy efekt, żebym wiedziała czego się spodziewać. A Ty? Jakim cudem gacie, które mają wyszczuplić i ukryć co nieco prezentuje kobieta z idealną figurą? Przecież ona nie ma nic do ukrycia. Może to było zawsze tylko skala internetu i teraźniejsza mobilność sprawiła, że jest to bardziej widoczne? Sama mam kilka ulubionych profili osób, które promują zdrowe odżywianie i motywują do działania. Najbardziej lubię te proste, prawdziwe, nienaciągane. Mój faworyt na instagramie prowadzi sympatyczna para, którą obserwuję „,w poszukiwaniu siebie”, są świetni. Zdjęcia bardzo realne, wpisy konkretne, do własnej interpretacji dla każdego. Ich przekaz dociera do mnie bardzo pozytywnie i można przyznać im wielki szacunek za to co robią. Pomagają, nie za darmo, to chyba oczywiste. Każdy musi się z czegoś utrzymać, doceniajmy ich wysiłek i czas. Moim zdaniem biorą symboliczny pieniądz za to co robią dla tych osób przez 10 tyg. opieki, bo tyle to trwa. Dietę układają prostą, tanią bez żadnych wymyślności, na każdą kieszeń. Od razu informuję, że nie znamy się osobiście oraz piszę o nich wyłącznie ze względu na moją fascynację ich działalnością. Kolejnym spostrzeżeniem są modelki plus size. Ciągle próbują się przebić i idzie im coraz lepiej. Ale nie popadajmy też w skrajność. Mam na myśli te naprawdę dorodne. Przecież to jest niezdrowe. One z kolei często zamiast promować AKCEPTACJE swojego ciała GLORYFIKUJĄ niezdrowy tryb życia, co się łączy z zawałami serca i innymi podobnymi skutkami wielkiej tuszy. Plus size to moim zdaniem kobieta o dużych piersiach, okrągłej wyrazistej pupie i zdrowej proporcjonalnej do tego masie. No cóż temat rzeka. Ile ludzi tyle opinii. Przedstawiłam wam trochę siebie i swoich wizji. Jestem ciekawa waszych spostrzeżeń i jak wy to odbieracie?


W tej chwily, wrzucając te zdjęcia... sama narobiłam sobie smaka, mmmm.


Pyszny Kebsik... w Anglii takich nie ma:(


Ja aktualnie jem zdrowo, staram się. Wiadomo, że też lubię frytki i pizze, kocham chipsy. Od czasu do czasu nic nie zaszkodzi, gotując przykładam ogromną uwagę do produktów typu śmietana, sery, mięsa itp. Kocham gotować, tworzę swoje kombinacje, dlatego w sklepach zazwyczaj latam między pułkami i inspiruję się spontanicznie. Nie jest lekko, te angielskie produkty to często jakaś kpina. Przeraża mnie ogromna ilość gotowych dań, produktów niepowiązanych z tytułem opakowania, syfu dostępnego w tutejszych sklepach. Prawie wszystko możesz kupić gotowe, mrożone, w połowie przygotowane. Nieznany mi świat, od razu kojarzy mi się to z rakiem. Otyłość tutaj zwłaszcza wśród dzieci jest przerażająca. Czasem jak zajrzę komuś obok do koszyka to oczy mi wypadają, jakim syfem ludzie się karmią, przesada. Same toksyny. Dobrze, że mam już swoje ulubione produkty i nadal wyszukuje nowych, bo nie wyobrażam sobie jeść tej ogólno dostępnej trucizny. Dobra kończę, bo mam natłok myśli. Dziś na obiad mam kurczaka w przyprawach smażonego na oleju kokosowym, osobno udusiłam warzywa (pieczarki, cebula, papryka, kiełki, marchewka i cukinia) i to wszystko wymieszałam na koniec z ryżem. Takie mieszanki lubię najbardziej. Proste i szybkie.

Przykładowe produkty na obiados, jak widzicie nie jest super restrekcyjnie:)

W tym przypadku było to penne:


Moja wersja kanapki:



Jestem mega ciekawa jak widzicie to wszystko osobiście?

Jak wpływają na was te internetowe przekazy?

Może ktoś z was wygrał z otyłością, albo z niedowagą?

Ciekawi mnie co motywuje innych, czyli was.

Buziaki, miłego!



Wszystkie fotografie są z mojej prywatnej biblioteki.

Zaprojektuj swój blog - wybierz jeden z mnóstwa gotowych szablonów na Nouw lub utwórz własny, metodą „wskaż i kliknij” - Kliknij tutaj

Likes

Comments

"Umiej być przyjacielem, znajdziesz przyjaciela" - Ignacy Krasicki

W miniony czwartek przyleciała do mnie moja Samcia, mega emocje ponieważ w Manchesterze czuje się strasznie samotna i obydwie bardzo za sobą tęsknimy. Ona tam, ja tu. Lot miała z Goleniowa do Liverpoolu o godz. 12:00, 11:30 zamykają już bramki (tak byłó napisane na bilecie). To jej pierwsza podróż samolotem, więc już tydzień przed był stres i ekscytacja całą tą wyprawą... oczywiście spontanicznie wpadłyśmy na ten pomysł. Samanta jest jeszcze bardziej zwariowana niż ja, to chodzący wulkan energii. Wyobraźcie sobie gorącą linie FaceTime jak już wiedziałyśmy, że na weekend się widzimy. Wylotu nie mogłam doczekać się BARDZO, uśmiech nie schodził mi z buzi na samą myśl, ciągle do mnie to nie docierało. Planowałam każdą chwilę, celem były nie tylko oczywiste zakupy hehe, ale również urodziny mojego ukochanego, które miała z nami wspólnie świetować. Przejdźmy do czarnego czwartku, bo przecież jakby mogło obejść się bez przygód. Od dziecka, gdy czegoś pragnę, bardzo nie mogę się doczekać i jestem niecierpliwa to zazwyczaj spotykają mnie schody, tak było i tym razem. Naszym miastem rodzinnym jest Świnoujście czyli każdy wyjazd ma w gratisie kurs promem, żeby się wydostać z pięknej wyspy. Główną atrakcją są kolejki do tego promu, a z nimi bywa różnie. Goleniów to odległość ok. 60km, więc 9:20 Samcia jedzie na promik i tu zaczynają się schody, pełno samochodów, normalnie masakra. Spanikowana czeka i czeka, dzwoni do mnie. Ja blada nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, przecież dziś czwartek. Miałam zobaczyć się z moją Kochaną. Po obliczeniach doszłyśmy do wniosku, że zjeżdżając z promu o 11:10 (taki był czas oczekiwania) będzie miała 20 min na pokonanie długich 60km. Przecież jeszcze odprawa, niemożliwe wydawało się samo dotarcie na 12:00 czyli godzinę odlotu samolotu. Tragedia, lament. Samanta postanowiła się nie poddawać, przecież może jakimś cudem będzie opóźnienie. Rozłączyła się. Wyobraźcie sobie moją minę jak dowiedziałam się, że jej nie zobaczę, bo przecież nie pokona czasu, w necie przeczytałam "po zamknięciu bramek nie ma szans... bla, bla, bla". Załamałam się nerwowo, siedzę czerwona i patrzę się w okno. Wyzywam cały świat, użalam się nad sobą i dostaję snapa. Zdjęcie zza okna samolotu. HAHAHAHA DAŁA RADĘ! Kopara mi opadła do samej ziemi, jak to? Zasięgu już nie miała, nic nie było mi wiadome. Jedziemy po nią na lotnisko jakieś 50 minut, całą drogę staram się wysiedzieć, mam tyle pytań w głowie. Dojechaliśmy i czekamy. Ludzie wychodzą, a jej nie widać. Przecież te blond włosy i wielki uśmiech odrazu bym ujrzała, więc gdzie ona? Stoję niecierpliwa, wariuje, może poleciała gdzieś indziej? Na szczęscie nie, patrzę i nie wierzę, biegne do niej i tule! Krzyki, śmiech, łzy.. JESTEŚMY RAZEM! Oczywiście ta gaduła dyskutowała z kimś i szła sobie spacerkiem, a ja czekałam jak na szpilkach. Po szalonym powitaniu, które słyszał cały Liverpool biegiem po drinki i zaczęłyśmy zabawę. Co jakiś czas spoglądałyśmy na siebie nie wierząc, że jesteśmy w swoim tak wyczekanym towarzystwie. Dla mnie była to ogromna radość, tak długo w tęsknocie i tak daleko to ja jeszcze nie byłam. Co mi odbiło z tą Anglią? Heheh to na inny wpis. Wpadłyśmy do domu, zostawiłyśmy torby i biegiem na miasto. Manchester to raj na zakupy, trzeba mu to przyznać. Centrum przywitało nas piękną pogodą, było ciepło i słonecznie, w planie było jedzenie i shopping. Miałam nareszcie z kim się tym dzielić, super. Wybrać gdzie iść zjeść to dopiero wyzwanie, TripAdvisor jest pomocny jednak i tak nie jest łatwo się zdecydować...

Trafiliśmy do miejsca z burgerami i piwkiem. Mega, mega, mega. Strzał w 10. Jedzenie, klimat lokalu, petarda. Widać pasje w tym miejscu od samego wejścia. Długi już czas odżywiam się lekko i zdrowo więc dla mnie to był naprawdę miły dzień, rozumiecie dziewczyny? Jadłam burgera, fryty i piłam piwko z soczkiem. O zakupach nie będę się rozpisywała... sklepów jest miliony, obłęd. Każdy znajdzie coś dla siebie, idzie oszaleć. Oczywiście nie będąc zadowolone na drugi dzień pojechałyśmy do OGROMNEGO centrum handlowego, gdzie tydzień to za mało na obejście całości. Coś dla prawdziwych pasjonatów, ja odpadam. Trzy ogromne piętra z jedzeniem to jest akurat coś dla mnie, tym mnie przekupili. Nie da się opisać, trzeba tam być osobiście. Samancie odwaliło, dosłownie. Kupiła między innymi swoje dwie jak to mówi wymarzone kurtki, i garderobe dla córki na całe lato. Szał zakupowy to mało powiedziane. Nawet jedna duża torba zgubiona. Nie wiadomo kiedy, ani jak. Trudno się mówi. Każda z nas i tak znalazła strój na wieczór, bo przecież był już piątek czyli dzień kulminacyjny, wieczorem wyjście w miasto. Zabawę zaczeliśmy na 12 piętrze hotelowego dachu w samym centrum Manchesteru, moje ulubione miejsce. Cudowny wystrój, pyszne trunki z baru, świetna obsługa. Dwie godziny i lecimy dalej ulicami tego radosnego miasta, gadamy z ludźmi, pijemy, cały czas z uśmiechami na twarzy. Mój Angielski wreszcie sprawdzony, szło mi nieźle. Sama wariowałam, że znam takie słowa. Jest mega, lepiej sobie tego czasu wyobrazić nie mogłam. Trafiamy do świetnej dyskoteki, bawimy się tam do samego zamknięcia. Ludzie bardzo pozytywni, wszyscy szaleją razem, uprzejmi, rozmowni. Idealna noc. Chyba wynagrodzenie tego startu w czwartek, co mało mnie nie zabiło. Wczesny ranek wracamy i robimy zakupy w Tesco 24h obok domu, to był dopiero ubaw. Wszystko wydawało nam się potrzebna więc koszyki były pełne. W domu jeszcze śmieszkowałyśmy zanim padłyśmy ze zmęczenia. Przecież nie mogłyśmy nacieszyc się swoim towarzystwem. Sobota 14:30 wstajemy i co? Stół zastawiony śniadaniowo, a do tego piwko z sokiem porzeczkowym! Pogoda piękna, balkon otwarty. Słońce gościło u nas w domu cały dzień razem z muzyką, wspaniałym humorem i wpólnym towarzystwem. Tak bardzo mi jej brakowało, każda chwila była na wagę złota. Myśl o jej wyjeździe w niedziele była bolesna. Starałyśmy się o tym nie gadać i korzystałyśmy z radosnych chwil, które trwały. Brzuchy bolały nas od śmiechu, gardła od gadania, nie wiem nawet kiedy znów padłyśmy jak dzieci.  Niedziela 10:00 wyjazd. Wtedy postanowiłam, że też wracam, ale jak na złość nie było to mozliwe z różnych przeciwnosci losu. Muszę dać sobie chwilę. Co nagle to po diable. Pożegnanie było szybkie, żeby nie bolało mocno. Coś na zasadzie odrywania plastra. No i Samcia poleciała, a FaceTime znów rozładowuje nasze telefony od gadania dzień i noc...

W mega skrócie opisałam wam ten czas, który spędziłyśmy wspólnie. Wiem, że nie byłoby to dla was tak ciekawe i interesujące jak dla mnie, mam na myśli rozpisywanie się o szczegółach tej wizyty. Przyjaciele to prawdziwe skarby, w czasach których żyjemy. Pełnych zawiści i zazdrości. Samcie poznałam w tak zwanej biedzie, chyba dlatego jest mi tak bliska. Obie udowodniłyśmy sobie kilkoma życiowymi sytuacjami, że wyzbyłyśmy się wobec siebie egoizmu, traktujemy się z wzajemnością jakby naturalnie. Mam w swoimi życiu mało bliskich mi osób. Czas zawsze weryfikuje. Zawiść ludzka to straszna zaraza, niestety trzeba się przed nią chronić. Dlatego każdemu radzę pielęgnować swoje znajomości i dbać o bliskich, bo uważam to za strasznie cenny skarb. To co dajemy to dostajemy. Właśnie dlatego ten Weekend był piękny. Kochani, zwracam się do tej części skrzywdzonej przez przyjaciela. Nie poddawajcie się, nie skreślajcie wszystkich ludzi. Chociaż to trudne. Trzeba być bardziej ostrożnym i traktować innych z wzajemnością. Odbijać od osób, które nam nie pasują, strając się nie mieć sobie nic do zarzucenia. I życie staje się piękniejsze. Pozytywne myślenie i wyzbywanie się negatywnej energii to coś co pozwala stawać nam się lepszymi. Nad tym pracuje każdego dnia i nie jest lekko, ale warto!

Kilka foteczek dla was:)


Wpis na szybko wybaczcie, musiałam się tym z wami podzielić! Ostatnio mam za dużo na głowie. Mój pierwszy powitalny wpisior chyba się spodobał. Mam nadzieję. Ja sama również poznałam tu wiele ciekawych osób, nawet podobnych do mnie. Każdy profil to inna dawka energii. To mega mnie cieszy. Obiecuję wracać często i regularnie jak tylko naprawię komputer, ciężko piszę się na telefonie. Komentuj, ślij prywatne wiadomości i zadawaj pytania, chętnie odpowiem:) Może nasuniecie mi również pomysł na kolejny wpis, Buziaki!

Likes

Comments

Dobra jestem, zaczynajmy przygodę! :)

Ta miejscówka to będzie taka trochę moja głowa, czyli postaram się zabierać was do swojego kolorowego życia jak najlepiej potrafię, żebyście zobaczyli świat moimi oczami. Dlatego właśnie na powitanie wstawiam zdjęcie przepysznych trunków, które piłam w sobotę na dachu bardzo fajnej restauracji w Centrum Manchesteru. Tam właśnie ostatecznie postanowiłam, że zaczynam pisać.

Musicie wiedzieć, że pragnę poznawać was tak samo jak wy będziecie poznawali mnie, dlatego zostawiajcie po sobie ślady! Uwielbiam ludzi, każdy z nas jest odmienny, to jest właśnie ciekawe, nie ma dwóch takich samych osobowości. Ostrzegam jednak, to nie będzie dla zwolenników ładu i składu oraz osób lubiących harmonię i spokój, bo tacy często rezygnują ze znajomości ze mną (chyba ich przerażam, może im za głośno) Z mojej strony szacun dla was, czasami próbuję taka być i stwierdzam, że to bardzo trudne. Często widzę wszystko inaczej, mam inne poglądy i bywam sama dla siebie niezrozumiała. Trudno mi się pisze (natłok myśli, chęć przekazania wszystkiego na raz) jestem ultra gadułą, w indiańskim plemieniu nazwaliby mnie Słowotok. Myślałam o tym czy nie nagrywać filmików, albo siedzieć i opowiadać, a ktoś do tego stworzony by to spisywała. Zobaczymy, może się tak skończyć, w sensie na tych filmikach. Czytałam poradniki jak pisać bloga, chciałam zaczerpnąć inspiracji, lecz tylko mnie zniechęcały… Ciągle nie wiedziałam jak się za to zabrać. Nie odnajduję się w regułach, więc nic mi po tych poradach. Stwierdziłam, że widzę to wszystko inaczej i zrobię to po swojemu. Pomyślałam, stanę na wysokości zadania, pokonam wewnętrznego lenia i brak wiary w siebie. To, że w siebie nie wierzymy to straszna lipa, niby to takie ludzkie, ale przecież co szkodzi spróbować. Może nie boimy się porażki tylko ludzi, że będą się śmiali, co będą gadali? No, ale chyba lepiej się starać i brnąć, niż być zwykłą jednostką w całości. Zauważyłam, że Ci co mają to gdzieś wiele osiągają, może nie zawsze, nie od razu, ale z czasem ta determinacja się opłaca. Iść w zaparte. Czytałam dużo biografii, różnych ludzi. Osoby, które coś stworzyły, którym się udało, dużo od siebie dały, często próbowały nawet kilka, kilkanaście razy. I to właśnie jest metoda: nie poddawać się na drodze do celu! Otaczać się tylko ludźmi pozytywnymi, dobrymi od których możemy się uczyć.

Babcia mi zawsze gadała (czego nie rozumiałam), że trzeba brać przykład tylko z lepszych od siebie, piąć się w górę i zarażać tym innych, nie zadawać się z gorszymi tylko po to, żeby czuć się lepszym w towarzystwie. Teraz jak sobie o tym myślę to wszystko staje się jasne. Kocham życie i chce brać z niego jak najwięcej, garściami, dosłownie się nim napchać. Każdy dzień mija mi jak godzina, wszystko mnie ciekawi (zawsze mam mnóstwo pytań, dla niektórych bywa to męczące). Czas ucieka, zorientowałam się jakiś czas temu, gdy ktoś zapytał mnie ile mam lat, na co odpowiedziałam, że 21! Po czym w rozmowie wyszło, że przecież jestem rocznik 93… czyli już dawno minęło TE 21! Wtedy dotarło do mnie, że chyba się zasiedziałam i nawet Piotruś Pan się ogarnął. Od małego nie czułam potrzeby dorastania, lubiłam każdy etap swojego życia, nie spodobał mi się ten, w którym zorientowałam się, że mam 24l. Stanęłam na pustkowiu i przyszła pora się z niego zawijać! Szkoda czasu na życie bez celu, chociaż ogólnego, nie musi być przecież sprecyzowany. Żadnych planów, żadnych pomysłów na siebie, to męczy głowę. Życie składające się tylko z głupot i zabawy, zaczyna się nudzić. Mnie zaczęło. Dokładnie to dobiła mnie myśl braku większych osiągnięć. Gdzie te wszystkie marzenia z dzieciństwa? Nie mam nawet prawka, bo nie zdałam i to olałam. Jak o tym piszę to jeszcze bardziej myślę jaki to szczyt lenistwa i żalu. Przyglądałam się jak znajomi i ludzie dookoła mnie osiągają sukcesy, realizują siebie, a ja stoję i stoję… i stoję. Tak mi leciał dzień za dniem. Technikum skończyłam już daaaawno temu. Dwie próby bycia studentką. Zajebiste jest jednak to, że zawsze będę miała w głowie mega wspomnienia i całą masę wspaniałych, ciekawych i bardzo różnorodnych ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Trafiały się też parówy i mendy, ale wszystko co mnie spotyka traktuje jak lekcje i uczę się traktować ludzi z wzajemnością, żeby było równo, co dajesz to otrzymujesz. Jednak nie zrażam się do świata i wszystkich, przecież każdy z nas jest inny. Nie można pchać wszystkich do jednego wora.

Dobra trochę zwolnijmy… do konkretnych etapów życia będziemy powracać, obiecuje uśmiejecie się, czasem wzruszycie, momentami pewnie zdenerwujecie. Tak właśnie powstał pomysł. Moi bliscy kochają jak opowiadam im co u mnie i co mnie spotyka. Zrozumiecie z czasem, bo kto ma taki wesoły i przewrotny żywot, dziwne, że jedna osoba ma tyle nietypowych przygód i ciekawych historii. Mało kto by też chciał o tym opowiadać. Ja to lubię. Musimy to podzielić, żebyście nie umarli ze śmiechu, co za dużo to nie zdrowo. Martwię się tylko czy tak jak wciąga i śmieszy to innych, gdy opowiadam w rzeczywistości uda mi się przelać pisząc. Chaos moich opowiadań, gestykulacja i mimika zmusi mnie chyba do nagrywania filmików. Zobaczymy jak będzie nam to szło. Czasem, gdy wyda wam się coś nieprawdopodobne pamiętajcie, że mam na to świadków i nie ściemniam haha. Śmieje się już sama do siebie, tak więc zapraszam chętnych na tę karuzele śmiechu. Wspomnę wam jeszcze, że aktualnie żyje w Manchesterze (od grudnia, więc niedługo), tutaj każda chwila to nowe wyzwanie, dosłownie. Angielskiego uczę się na bieżąco, idę i mówię! To jest dopiero ubaw, znajomi proszą mnie, gdy gdzieś idziemy, żebym to ja mówiła… tak ich to bawi. Oczywiście robią to dla mojego dobra, najlepiej nauczę się na własnych błędach. Opowieści o Anglii i o tym co mnie tu spotyka zostawmy na następny wpis, raczej na kilka. Myślę nawet czy nie napiszę kiedyś o tym książki, może poradnika. Temat rzeka, komedio-dramat, sama nie wiem co bardziej, chyba komedia, raczej na pewno. Rozsiewam optymizm, zarażam uśmiechem, choć to nie proste, bo sama każdego dnia walczę ze swoim ciężkim charakterem, oj mówię wam walka jest nierówna. W moich wpisach będzie panował harmider, więc już wiesz, że jeśli lubisz tą wcześniej wspominaną harmonię niestety nie zabawisz ze mną zbyt długo.

Hehe, pierwszy wpisik mamy już za sobą! Miłego życzę, ja wracam do szukania pracy i robienia obiadu (kocham gotować), o tym następnym razem, a no i jeśli jesteście ciekawi co u mnie na co dzień zapraszam na swój Instagram, BUZIOLE!

Likes

Comments