Wybraliśmy się we trójkę do Gruzji z Wizzairowymi małymi bagażami podręcznymi, w których mieliśmy namiot, śpiwory i kilka koszulek. Nie powiem, żeby czegoś nam brakowało - na taką podróż, jaką planowaliśmy było to wystarczające. Podróżowaliśmy głównie stopem, spaliśmy głównie w namiocie i widzieliśmy praktycznie całą Gruzję, poza Swanetią, do której nie udało nam się dotrzeć...

✈🚌🚉TRANSPORT✈🚌🚉

Jazda na stopa w Gruzji jest na prawdę łatwa. W trzy osoby chyba nigdy nie staliśmy dłużej niż 10 minut. Gruzini nie jeżdżą na stopa w ogóle, znają to jedynie jako zwyczaj europejski, więc gdy widzą autostopowicza wiedzą, że to turysta, a zważywszy na ich BARDZO gościnną naturę niezwykle się cieszą że mogą nas podwieźć, obdarować jakimś jedzeniem itd.

Jeśli ktoś jednak nie jest amatorem takich wrażeń, popularnym środkiem transportu publicznego są marszrutki, czyli takie busiki jakie możemy obserwować w Zakopanem. Jest to dosyć tania zabawa, bo przejechanie niezbyt długiej tasy (rzędu do 100 km) kosztuje zwykle ok. 2 lari (czyli jakieś 3 zł). Są też natomiast marszrutki nastawione typowo na turystów, które są długodystansowe (np. z Tbilisi do Batumi) i tu już musimy liczyć się z kosztem rzędu 15 lari.

Kolejną opcją, co wydawało nam się dość... niezwykłe, jest wynajem taksówek. Taksówki w takiej formie jaką znamy w Europie działają jedynie w Tbilisi, natomiast w całej reszcie kraju są to swego rodzaju samochody do wynajęcia z kierowcą. W przypadku wynajęcia takiej taksówki na cały dzień można dogadać się z kierowcą na jakieś 35-50 lari, w zależności od trasy, co w podziale na 3-4 osoby wychodzi dosyć tanio, szczególnie że taki taksówkarz poczeka na Was w trakcie jak zwiedzacie jakiś obiekt lub jecie obiad.

Co do transportu długodystansowego w Gruzji jest też oczywiście kolej. Niewiele mogę o niej powiedzieć, jako że nią nie jechaliśmy, ale jeśli chodzi o ceny to podróż z Tbilisi do Batumi kosztuje niecałe 20 lari i trwa mniej więcej tyle samo co samochodem.

Jest też bardzo ciekawa opcja lotu z Tbilisi do Mestii. Planowaliśmy polecieć tam helikopterem wojskowym, który miał odlatywać w każdy poniedziałek i piątek. W czasie jednak gdy tam byliśmy loty były tymczasowo wstrzymane, więc nie wiem co się z nimi dalej będzie działo. Były natomiast działające samoloty 18-to osobowe latające na tej właśnie trasie, bilety jednak trzeba rezerwować na miesiąc przed odlotem. Sprzedażą biletów zajmuje się VanillaSky w Tbilisi.

Ja jednak serdecznie polecam autostopa, jako że w ten sposób najbardziej poznamy kulturę gruzińską (choć przejechać się marszruką raz czy dwa to też fajna przygoda).

🚙🚕🚗RUCH DROGOWY🚙🚕🚗

W Gruzji nie ma drogówki, jedynie jeżdżące od czasu do czasu patrole policji mogą zatrzymać gdy przypadkiem zauważą coś niepokojącego. Przepisy ruchu drogowego nie są jednak tak restrykcyjne jak w Europie. Samochody jeżdżą bez przeglądów, OC nie jest tam obowiązkowe, pasy należy mieć zapięte jedynie z przodu. Na tylnej kanapie samochodu można przewozić dowolną ilość pasażerów, nigdzie nie ma zakazów wyprzedzania, krowy chodzą po ulicach bez żadnej opieki. Samochody jeżdżą na zwykły gaz, taki jak do kuchenki, wożąc butle gazowe w bagażniku, więc na czas tankowania wszyscy musza wysiąść i odsunąć się metr od samochodu (co w przypadku wybuchu i tak by nic nie pomogło). ⛽

💤🛀🚽NOCLEGI💤🛀🚽

My wybraliśmy opcję budżetową, czyli namiot. Nie ma w Gruzji żadnych zakazów co do rozbijania namiotów. W parkach narodowych trzeba za tę przyjemność zapłacić 5 lari za osobę, ale dostajemy przeważnie w pakiecie wychodek, wodę pitną a czasami nawet strumyk do umycia się. Poza parkami narodowymi można rozbijać się na dziko w lesie bez żadnych problemów. Jeśli natomiast chodzi o noclegi w miejscowościach, to o ile nie jest to Tbilisi można podejść do pierwszego lepszego domu i zapytać gdzie można rozbić namiot. Miejscowi zazwyczaj pozwolą Wam przenocować na swoim podwórku, a jeśli nie to wskażą Wam bezpieczne miejsce w okolicy. Słowem klucz jest tutaj PALATKA (czyli namiot po rosyjsku). Wystarczy stwierdzenie U NAS PALATKA, MY CHOCZEM SPAC i sprawa załatwiona. Tubylcy często częstują również różnymi produktami spożywczymi. Oczywiście należy wszystko przyjmować z uśmiechem, żeby nie być nietaktownym. Nawet jeśli zjedliście już 10 jajek, 3 kilo śliwek i miskę sałatki z czyjegoś obiadu. Przy odrobinie szczęścia traficie na kogoś kto mówi po angielsku (chyba że znacie rosyjski) i jest to świetna okazja do poznania bliżej zwyczajów i kultury.

No ale nie wszędzie da się namiot rozbić. I wtedy trzeba sobie radzić inaczej:

TBILISI: Znaleźliśmy cudowny hostel, tuż przy przystanku metra, blisko supermarketu, 20 lari za osobę, ciepły prysznic, klimatyzacja, przemiła, anglojęzyczna obsługa, w pełni wyposażona kuchnia - FOX HOSTEL tuż koło metra RUSTAVELI.

SIGHNAGHI: My znaleźliśmy tam dobra miejscówkę na namiot i rozbiliśmy się na szczycie jednej z baszt muru obronnego wokół miasta, ale poznaliśmy bardzo miłą parę Polaków, którzy mają tam niewielki dom gościnny, w którym wynajmują zaledwie 3 pokoje, tak aby mogli poznać wszystkich swoich gości - PETER'S GUEST HOUSE, PIROSMANI STREET 2, SIGHNAGHI.

ZUGDIDI: Jest to podobno bardzo popularna miejscowość jako nocleg po drodze do Mestii. Nam niestety Mestii nie było dane zobaczyć, za to w Zugdidi się zatrzymaliśmy zwiedzić tamtejszy zamek i spędzić ostatnią noc przed odlotem. Spaliśmy tam w niejakim My Moon Hostel, natomiast z tego co wiem jest tam jeszcze jakiś i polecam odwiedzić ten inny. My Moon Hostel jest zlokalizowany w czyimś domu, jest tam jedna łazienka na cały budynek, nie ma klimatyzacji, jest dość brudno i niezbyt przyjemnie, za to w cenie noclegu jest śniadanie (chleb z marmoladą i herbata, ale w dowolnych ilościach).

Generalnie z grubsza wszędzie można rozbić namiot, a jeśli Wam się poszczęści to czasami nawet nocleg w domu jakichś Gruzinów :)

🏢✈🐺KUTAISI🏢✈🐺

Planując podróż myśleliśmy "lądujemy w Kutaisi, drugie miasto w Gruzji pod względem wielkości, to pierwszą noc zostaniemy tam, a potem ruszymy dalej". Otóż nie. Wzięliśmy też pierwszy lepszy transport, który wciśnięto nam na lotnisku, a pani zapewniła nas że kierowca zawiezie nas "do centrum". Otóż również nie. Kutaisi ma jakąś "starówkę" nawet całkiem ładną. Jest tam fontanna, kilka klasycystycznych kamienic, duży kościół na wzgórzu, na samej, ścisłej "starówce" można coś zobaczyć. Natomiast w mniemaniu miejscowych "centrum" jest McDonald przy którym mieści się trochę kantorów. Stamtąd do rzeczonej starówki jest jakaś godzina spokojnego marszu przez straszliwe slamsy, ulice osypujących się budynków, które sprawiają wrażenie pustostanów do momentu kiedy ktoś nie wyjdzie powiesić prania. Jeśli chodzi o transport to nie bierzcie transportu, który chcą Wam sprzedać na stoiskach na lotnisku. Wystarczy wyjść i pomachać na jakikolwiek busik jadący w stronę Kutaisi. Pod warunkiem oczywiście że nie przylatujecie w środku nocy. Dodatkowo w Kutaisi, bardziej niż wszędzie indziej, po ulicach szwenda się cała masa bezpańskich psów. Mają one klipsy na uszach, które teoretycznie mają mówić o tym, że zostały zaszczepione i nie są niebezpieczne, natomiast nie wiadomo jak dawno temu zostały zaszczepione. Poza tym są wygłodzone i lubią chodzić za turystami.

Podsumowując, jeśli nie lądujecie w Kutaisi, to nie umieszczałabym go na liście rzeczy do zobaczenia.

💦🐎🍃BORDŻOMI💦🐎🍃

Bordżomi słynie w Gruzji ze źródła wody. Można ją kupić w całym kraju, a w samej miejscowości można przyjść z butelką, lub dostać ją w plastikowym kubeczku za darmo. Podobno ma właściwości lecznicze. W rzeczywistości Piotrek poszedł z 1,5 litrową butelką po tą świętą wodę, stał 40 minut w kolejce, po czym okazało się że ciśnienie jest tam delikatnie mówiąc słabe, a ludzie przychodzą tam z 10-litrowymi baniakami i, nazwijmy to, zdenerwowany, oznajmił że wody nie będzie. Ruszyliśmy więc kawałek dalej, do parku, do którego wstęp kosztował 50 tetri (czyli jakieś 80 groszy) gdzie, jak się okazało, było kolejne źródło z paniami zatrudnionymi do nalewania jej i tam już poszło bez kolejki. Po napełnieniu butelki naszą upragnioną wodą z Bordżomi okazało się że większego syfu jeszcze żadne z nas w życiu nie piło. Smakowało to trochę jakby posoloną wodę gazowaną z Biedronki ktoś włożył na miesiąc do czarnego samochodu zaparkowanego na Saharze. Tak więc po wzięciu łyka pozbyliśmy się wody i ruszyliśmy dalej, gdzie, jak nam się wydawało, miały czekać na nas baseny, w których się ochłodzimy. Okazało się jednak że jeden basen, ten który znajdował się bliżej, była to zwykła kryta pływalnia i to do tego dosyć droga, a w basenie, który znajdował się dalej woda była wprost z tutejszych źródeł, czyli ciepła jak zupa. Pozostała nam zatem kąpiel w strumieniu i opuszczenie tej bardzo turystycznej miejscowości.

Polecam jednak wizytę w Bordżomi, ponieważ w Parku Narodowym Bordżomi istnieje możliwość wynajęcia koni wraz z przewodnikiem na jedno-, dwu- lub trzydniową wycieczkę po górach. Kosztuje nas to 60 lari od konia plus 30 lari za przewodnika za dzień i 5 lari za każdą osobę za noc w namiocie na terenie parku. Taka więc dwudniowa wyprawa pochłonęła 1/3 całego budżetu naszego wyjazdu, ale mogę śmiało powiedzieć że było warto. Jazda konna w Gruzji znacznie różni się od tej znanej nam w Polsce. Piotrek siedział pierwszy raz w życiu na koniu i nie miał najmniejszych problemów, jako że konie są tam doskonale wyszkolone, a siodła są skonstruowane tak, że nie trzeba robić nic poza siedzeniem.

📷👑🎫ACHALCICHE📷👑🎫

Miejscowość słynie chyba jedynie z tego, że znajduje się po drodze z Bordżomi do Wardzi. Można tam zobaczyć zamek sfinansowany przez Unię Europejską (co, nie oszukujmy się, widać). Część zamku dostępna jest za darmo. Dla uczniów/studentów wstęp kosztuje jakieś 1 lari, ale za normalny bilet zapłacić trzeba już 7 lari. Tak też jest z większością wstępów. Studenci wchodzą wszędzie właściwie za darmo, ale bilety normalne do muzeów są ogólnie drogie. Zamek w Achalciche jednak uważam, że warto zwiedzić. Jest naprawdę obszerny, bardzo ładny, malowniczy, kilka wieżyczek, fontanny, ogrody, muzeum... Ogólnie sympatyczne miejsce.

Nie powiem jednak że dla nas nie była to miejscowość na drodze do Wardzi i tam też się udaliśmy następnego dnia, po noclegu w Aspindzy. Aspindza to niewielka miejscowość mniej więcej w połowie drogi między Achalciche a Wardzią. Bardzo sympatyczni ludzie, w pobliżu płynie rzeka, w której myją się miejscowi więc spróbowaliśmy i my Nie spełniłaby ona żadnych europejskich atestów, ale jak się nie ma co się lubi to się myje w syfie. :)

👌👣☀WARDZIA👌👣☀

Jedno z, podobno, wielu gruzińskich miast skalnych. My natknęliśmy się w sumie na 3 (Wardzia, Upliscyche i David Garedża), ale tylko Wardzię zwiedziliśmy. Odniosłam wrażenie, że miejscowi opowiadając nam o tym "bajecznym" i "cudownym" miejscu troszeczkę koloryzowali. Nie, żeby nie było to ciekawe. Faktycznie, miasto praktycznie nie do zdobycia, nie widziałam nigdzie w Europie takiego pomysłu na mieszkanie i fajnie to zobaczyć jako ciekawostkę, natomiast walorów estetycznych to specjalnie nie spełnia. Jest to po prostu sieć jaskiń połączona głównie balkonami, częściowo tunelem, jest zupełnie nie przygotowane pod turystów. Każda jaskinia wygląda tak samo i nie ma nawet tablic, które tłumaczyłyby co się w której znajdowało. Zapewne sytuacja wyglądałaby inaczej gdybyśmy wzięli przewodnika, ale nie jesteśmy fanami takich rozwiązań. Chociaż w tym przypadku chyba polecam.

Wciąż uważam, że warto zobaczyć Wardzię, ale może nie koniecznie jechać tam z nastawieniem że się zobaczy jakieś architektoniczne cuda. Albo w ogóle cuda.

🚉👨👀GORI🚉👨👀

Gori jest znane jako miejscowość rodzinna Stalina. Znajduje się tam rodzinny dom Stalina, muzeum Stalina, pomnik Stalina, pociąg Stalina, plac Stalina, ulica Stalina i generalnie miasto Stalina. Muzeum jest dosyć drogie, ponieważ koszt zwiedzenia muzeum wraz z wagonem pociągu, którym jeździł Stalin (bo podobno bał się latać) kosztuje 15 lari. Ze zniżką studencką będzie to już jakieś 2 lari, oczywiście. Generalnie muzeum podobno, według przewodników, miało być kontrowersyjne i spodziewaliśmy się jakiegoś gloryfikowania postaci Stalina. W rzeczywistości były to głównie zdjęcia z różnych okresów jego życia, portrety na obrazach i dywanach, trochę zdjęć rodziny i znajomych, świadectwa szkole itp. Jedna tylko rzecz była dosyć nietypowa, a mianowicie widoczna poniżej komnata hołdu maski Stalina... Całe muzeum było jednym z ładniejszych wnętrz jakie widziałam w Gruzji. Myślę że przejeżdżając autostradą w stronę Tbilisi warto się na chwilę zatrzymać w Gori z czystej ciekawości.

⛪⛪⛪MCCHETA⛪⛪⛪

Miejscowość słynąca z trzech, podobno niesamowicie pięknych świątyń. Moim skromnym zdaniem wszystkie kościoły w Gruzji są dokładnie takie same. Są budowane na tym samym planie, mają taki sam układ, ozdoby też z grubsza wyglądają tak samo. Różnią się jedynie wysokością i ilością apsyd. Mcchetę natomiast trudno pominąć w drodze do Tbilisi, a marszrutka na tym odcinku kosztuje 1 lari, więc nie zaszkodzi na chwile się zatrzymać.

☀〽🎢TBILISI☀〽🎢

Wjeżdżając do Tbilisi nie da się nie zauważyć że mieszka tu połowa całej populacji Gruzji. Miasto bardzo duszne, dosyć brudne, ale nie widać tutaj biedy i slamsów jak w Kutaisi. Wiele zabytków, kościołów, wielki posąg na górze :Matka Gruzji" do którego można dojechać kolejką linową... Generalnie Tbilisi to miasto i zwiedza się je też jak miasto. Są tam informacje turystyczne, mnóstwo restauracji, kawiarni, pubów, supermarketów, muzeów, zabytków itd. To co bym polecała zobaczyć, a raczej spróbować to na pewno termy Tbilijskie, czyli najstarsza dzielnica Tbilisi, gdzie za 60 lari można wynająć prywatną lożę i poleżeć godzinę w marmurze.

⛪🗻⛺DROGA WOJENNA⛪🗻⛺

Widnieje w przewodnikach jako jedna z głównych atrakcji Gruzji. Droga sama w sobie faktycznie jest ładna, warto się nią przejechać dla widoków, ale jeśli chodzi o to, czego się spodziewaliśmy, czyli twierdze, pozostałości murów obronnych, leżące stare czołgi, to się zawiedliśmy. Gruzińska część drogi prowadzi od Tbilisi do Stepantsmidy, czyli dawnego Kazbegi, miejscowości leżącej u stóp Kazbegu, a następnie ciągnie się aż do rosyjskiego Vladywostoku. Jedyną fizyczną atrakcją (poza zapierającymi dech w piersi widokami) jest twierdza Ananuri i położone przy niej ogromne sztuczne jezioro, z którego pobiera wodę całe Tbilisi. Podobno tworząc zbiornik zatopiono kilka istniejących tam wiosek, więc jest to raj dla płetwonurków. Kolejnym przystankiem jest już sama miejscowość Kazbegi (wyłączając przydrożne punkty widokowe). Kazbegi jest bardzo turystyczne i dość drogie. My zatrzymaliśmy się w pobliskiej wiosce Snu, skąd rozciąga się przepiękny widok na górę Kazbek.

Droga jest naprawdę przepiękna, jest niesamowitą okazją dla tych, którzy nie są amatorami wycieczek górskich, ale kochają górskie krajobrazy. Żeby jednak ruszyć się gdziekolwiek w górę postanowiliśmy wejść do leżącego na nieco ponad 2000 m. kościoła wznoszącego się w drodze na Kazbek. Widoki niesamowite.

Jeśli chodzi o sam Kazbek jak i w ogóle góry w Gruzji to są dostępne niestety jedynie dla doświadczonych turystów, lub z przewodnikiem, jako że większość szlaków jest nieoznaczonych. Istnieją jedynie opisy w stylu: "trawersujemy zbocze od zachodniej strony, a następnie skręcamy na południe gdy zobaczymy ruiny dawnej strażnicy". Uważam to za niesamowita przygodę i rzecz do zrobienia w życiu, ale nie byliśmy niestety na to przygotowani.

🏰💍🌹SIGHNAGHI🏰💍🌹

Miasteczko samo w sobie jest bardzo ładne, ale też skomercjalizowane, Gruzini nie są tam już tak bardzo przyjaźni, lubią naciągać turystów, ciężko się już tam łapie stopa i generalnie czuć trochę europejskości. Znane jest w Gruzji podobno jako miasteczko zakochanych. Potwierdziło się to w naszym przypadku, gdyż całkiem przypadkiem zostaliśmy zaproszeni na ślub Polaków, który się tam odbywał.

Jeśli chodzi o zwiedzanie to miasto otoczone jest średniowiecznym murem z dużą ilością baszt, gdzie, jak już pisałam wcześniej, rozbiliśmy namiot. Wspominam pobyt tam bardzo przyjemnie, natomiast polecam wynająć tam hostel (przypominam jeszcze raz: Peter's Guest House) i pochodzić sobie po murach i kawiarniach. Polecam na jedną noc, lub romantyczny weekend.

💰🌾🐴UDABNO💰🌾🐴

Jest to wioska położona na południe od Sagaredżo, niedaleko miasta skalnego Dawid Garedża na granicy z Azerbejdżanem. Miejscowość powstała za czasów ZSRR a jej mieszkańcy to przesiedleńcy z górskiego regionu, Swanetii, którzy mieli zamieszkać w tym miejscu, aby zasiedlić zagrabiony teren. Krajobraz składa się głównie ze stepu, z którego gdzieniegdzie wyrastają pojedyncze drzewa. Nie wyglądało to jednak w ten sposób w momencie powstawania wioski, gdyż władze radzieckie zamontowały w okolicach miejscowości pompy, które podnosiły poziom wody o 300 m, dzięki czemu wioska utrzymywała się z rolnictwa. Po rozpadzie Związku radzieckiego Gruzji nie było stać na paliwo do pomp, więc krajobraz wrócił do swojego pierwotnego stanu. Aktualnie jedynie co czwarty dom jest zamieszkany, a pozostałe pustostany służą do składowania siana, które jest jedynym co rośnie w okolicy. Miejscowi zbierają siano, którym karmią zwierzęta i to jest źródłem ich utrzymania. Do wioski prowadzi tylko jedna droga. Podróż z głównej ulicy trwa jakieś 1,5 h, ale po drodze jeżdżą głównie turyści, a i oni nie często.

W Udabnie para Polaków założyła hostel robiąc interes na tym, że stoi po środku niczego, ale osobiście nie polecam. Chcą zarobić na tym miejscu dużo pieniędzy, a klimat jest bardzo średni.

🏊🌊☀MORZE CZARNE🏊🌊☀

Mi się strasznie podobała sama kąpiel w Morzu Czarnym. Jest naprawdę ciepłe, dość słone, fale bywają bardzo duże, a do tego samo w sobie jest przepiękne. My wybraliśmy miejscowość Sarpi. Gruzini powiedzieli nam, że tam jest najczystsza woda. Do tego miejscowość znajduje się przy samej granicy tureckiej, więc 5 razy dziennie słychać modlitwy z pobliskiego meczetu. Przejeżdżaliśmy też przez Batumi. Jest to, moim zdaniem, wielki, strasznie kiczowaty kurort wczasowy. Jeśli ktoś lubi drogie restauracje i ogromne hotele to być może to jest miejsce dla niego, choć osobiście lubię poleżeć w hotelu, jeśli zachowuje on jako-takie walory estetyczne, a te w Batumi, według mnie, były książkowym przykładem kiczowatego wzorowania się na Las Vegas czy Arabii Saudyjskiej. Oczywiście jest to tylko moja opinia, może ktoś się w Batumi odnajduje.

Wracając do morza ogólnie, powietrze jest tam bardzo wilgotne, temperatura wysoka, a plaże kamieniste, co, przynajmniej dla mnie, dosyć utrudniało plażowanie. Osobiście polecam na jeden dzień, maksymalnie dwa. Co do noclegu, my rozbiliśmy namiot na plaży, ale jak już mówiłam, była kamienista, więc było trochę mało wygodnie zważywszy na to, że w podręcznym bagażu nie zmieściły nam się karimaty.

Podsumowując, osobiście uważam że Gruzja jest kierunkiem dla amatorów górskich wycieczek już z pewnym doświadczeniem, wielbicieli plażowania oraz fanów jazdy na stopa i noclegów w namiocie. Niekoniecznie polecam na objazdówkę samochodem po hotelach w większych miastach.

Bloguj z telefonu komórkowego - Nouw - jedna z najlepszych aplikacji do blogowania - kliknij tutaj!

Likes

Comments

Krajobraz Alp Julijskich jest znacznie bardziej surowy od dobrze znanego nam krajobrazu Tatrzańskiego. W wyższych partiach gór brakuje wody, obfitują one w osypujące się kamienie, zalegający śnieg i skaliste zbocza. Są również znacznie mniej zaludnione, co niweluje popularne w polskich Tatrach "kolejki" na szczyty.

Serdecznie polecam te góry trochę już jednak doświadczonym turystom, dla których nie będzie to pierwsza styczność z ekspozycjami i wielogodzinnymi wędrówkami.

SZLAKI

Na Słowenii znajdziemy oczywiście tradycyjne szlaki turystyczne, niektóre nawet wylane asfaltem i możliwe do przejścia w klapkach i z wózkiem, ale znacznie ciekawsze szlaki, dla których wybraliśmy się w te właśnie góry, są to tzw. "ferraty". Ferrata, w dosłownym tłumaczeniu, oznacza "żelazny szlak", czyli, jak sama nazwa wskazuje, będą to szlaki na których towarzyszą nam różnego rodzaju metalowe ubezpieczenia. W austriackich Alpach ferraty mają stopnie trudności oznaczone od A do F. Na Słowenii natomiast takich oznaczeń nie mamy, co może powodować duże zagrożenie. Po przejściu jednego szlaku wydaje nam się, że bez problemu przejdziemy też inne, a mogą się one różnić mniej więcej tak jak podejście na Giewont od Orlej Perci. A oznaczone są dokładnie tak samo. Aby poradzić sobie z tym problemem my używaliśmy przewodnika "Alpy Julijskie" Piotra Nowickiego i Janusza Poręby. Nie mogę natomiast powiedzieć, abym go polecała. Opisy tras w nim zawarte dalekie są od stanu faktycznego. To co było w nim pozytywnego, to liczne ciekawostki krajoznawcze. Nie po to jednak kupuje się przewodnik górski...

Wszystkie szlaki są czerwone, dzięki czemu bardzo łatwo się zgubić. Dlatego trzeba dobrze nawigować i często pytać napotkanych ludzi skąd przyszli.

Jeśli ktoś planuje przejście ferrat serdecznie polecam wypożyczyć (jeśli oczywiście nie posiadacie własnego) sprzęt do tego przeznaczony, tj. kask, uprząż i lonżę z karabińczykami. My wypożyczyliśmy sprzęt w Kranjskiej Gorze w "Juliana Agency Shop" i kosztowało nas to 25€ od kompletu za 8 dni. Wypożyczalnia mieści się jednak w sklepie z pamiątkami, w związku z czym sprzętu mają bardzo niewiele i gdy przyjechaliśmy mieli na stanie tylko jeden komplet, ale szczęśliwie tego samego dnia ktoś swój zwrócił, więc zgarnęliśmy dwa ostatnie. Dlatego lepiej wypożyczyć sprzęt w Mojstranie, gdzie, podobno, znajduje się większa wypożyczalnia (niestety z niej nie korzystałam, więc więcej nie jestem w stanie powiedzieć).

SCHRONISKA

Wykupiliśmy przed wyjazdem ubezpieczenie w Alpenverein Austria. Jest to dość kosztowna sprawa, ponieważ jeśli mamy więcej niż 18 lat taka przyjemność kosztuje nas 47€. Plusem jest to, że daje nam ono zniżki na noclegi w schroniskach, więc ubezpieczenie suma summarum nam się zwróciło. Można jednak wykupić znacznie tańsze (za jakieś 16€) członkostwo w słoweńskim klubie alpinistycznym już na miejscu, co także daje zniżki na noclegi. Można to zrobić w każdej informacji turystycznej a nawet w kioskach. Minusem jest to, że jest to jedynie członkostwo w klubie, nie dostajemy tu żadnego ubezpieczenia, ale finansowo bardzo się to opłaca.

Jeśli chodzi o noclegi to nie ma praktyki spania na podłodze. Schroniska są w większości bardzo duże, w związku z czym trudno je zapełnić, a dopiero wtedy nocleg na podłodze jest możliwy. Nie polecam również zabierać własnych śpiworów, a zamiast tego wyposażyć się w pościel turystyczną. Daje nam to zniżkę rzędu 2-3€ za nocleg w niektórych schroniskach i, co ważne, jest dużo lżejsze. Na miejscu nigdy nie ma problemu z dowolną ilością kocy, więc taka pościel w zupełności wystarcza.

KOCA NA GOZDU, 1226m n.p.m.

  • Schronisko położone nisko, przy drodze asfaltowej. Dobry punkt wyjścia na Prisojnik.
  • Wrzątek darmowy, nieograniczony, w godzinach działania kuchni (bodajże 8-22).
  • Bieżąca, ciepła woda, prysznice.
  • Nocleg w sali wieloosobowej ze zniżką 6€, bez 9€.
  • Obiad 6-7€.

POGACNIKOV DOM NA KRISKIH PODIH, 2050m n.p.m.

  • Jedyne schronisko powyżej 2000m z ujęciem wody.
  • Woda bieżąca, pitna w kranach, bez ograniczeń. Woda zimna, brak prysznica.
  • Toalety z kanalizacją.
  • Dwie sale wieloosobowe, jedna na poddaszu, druga w schronie zimowym, na piętrze nad pomieszczeniem dla owiec, w tym zewnętrznym jest dość zimno.
  • Nocleg w sali wieloosobowej ze zniżką 9€, bez 18€. Przy braku miejsc nocleg na materacu na podłodze 5€.
  • Wrzątek 2,5€ za 1l.
  • Obiad 6-7€, wypieki 3€, kromka chleba 0,5€ (warto się zaopatrzyć przed wyjściem).
  • Brak możliwości pozostawienia śmieci (wszystko trzeba nosić ze sobą).

KOCA NA DOLICU 2151m n.p.m. (ceny i warunki przedstawiają się jednakowo także we wszystkich innych schroniskach powyżej 2000 m za wyjątkiem opisanego już Pogacnikov domu.)

  • Brak wody, toaleta w formie wychodka.
  • Butelka 1,5l wody - 4,5€.
  • Najtańszy nocleg ze zniżką 14€.
  • Obiad 10€, ciasto 3,5€.
  • Wrzątek 4€ za 1l.
  • W przypadku braku miejsc podłoga darmowa (otrzymujemy jedynie koce, nocleg w jadalni).

MIHOV DOM NA VSICU, 1085 m n.p.m.

Spędziliśmy tam ostatnią noc, przed samym wyjazdem, schronisko znajduje się praktycznie w Kranjskiej Gorze, ale watro je odwiedzić ze względu na przemiłą starszą parę, która je prowadzi. Jest to również dobra opcja, jako że Kranjska Gora jest bardzo droga.


SZCZYTY

PRISOJNIK

Na szczyt prowadzą 3 ferraty i jedna łagodna trasa wiodąca od południa. Na podejście wybraliśmy ferratę przechodzącą przez okno. Szlak formalnie jest zamknięty, jednak przed wejściem na szlak zadzwoniliśmy do najbliższego schroniska i po uzyskaniu informacji, że trasa jest bezpieczna ruszyliśmy.

Ferrata jest trudna, jest na niej dużo ekspozycji, wiele stromych podejść po samych klamrach, są miejsca gdzie trzeba przecisnąć się przez na tyle wąskie szczeliny, że z większym plecakiem można się zwyczajnie nie zmieścić. Nawet doświadczonym turystom serdecznie polecam ubezpieczenie na tą trasę. Na zejście wybraliśmy łagodną trasę od południa. Też jest bardzo przyjemna, chodź żmudna i mniej ciekawa.

Do czasu przejścia na znakach trzeba w przypadku ferraty doliczyć czas na wpinanie karabińczyków. według znaków trasa powinna nam zająć 3,5 h a zajęła nam 5. Na innych szlakach natomiast (nieubezpieczonych) szliśmy mniej więcej zgodnie z podanymi czasami.

SKRLATICA

Ferrata stosunkowo nietrudna, do polecenia praktycznie każdemu, kto ma jako takie obycie z ekspozycją. Ubezpieczenia tu nie są konieczne, choć gdy już się je ma są miejsca, w których można się wpiąć. Ubezpieczeń jest dużo, ale ekspozycji niewiele, podejście dość trudne fizycznie, zajęło nam w dwie strony z Pogacnikov domu 10 h.

Na naszej mapie na Skrlatocę prowadzą dwa szlaki. Na słoweńskich mapach jest tylko jeden i ten jest bardziej uczęszczany (choć, jak w reszcie Alp Julijskich, tłumów tu nie znajdziecie). Nam nie udało się go znaleźć, ale spotkaliśmy ludzi, którzy nim szli, więc jestem pewna, że istnieje. Jeśli planujecie wejść inną drogą, niż schodzicie należy bardzo uważać na rozwidleniach i niedługo za Krizem w miejscu gdzie na jednym kamieniu jest strzałka na Skrlaticę, na drugim, kawałek dalej, jest znak na Dovski Gamsovec i to tamtędy trzeba się udać. Znalezienie tego szlaku na szczycie, aby nim zejść, jeśli się nim nie wchodziło graniczy z niemożliwością. Rozwidlenie nie jest w żaden sposób oznaczone, a szlak musi być dość wytarty.

BOVSKI GAMSOVEC

Przeszliśmy przez niego od strony Pogacnikov domu na przełęcz Luknja i dalej do Kocy na Dolicu. Szlak jest oznaczony jako ferrata, ale jest ona bardzo łatwa, na spokojnie do zrobienia z dużymi plecakami i przez bardzo początkujących turystów. Ekspozycje bardzo niewielkie, szlak dobrze oznaczony, w nielicznych miejscach ubezpieczenia, ale uprząż zdecydowanie nieprzydatna. Dalsza trasa do Kocy na Dolicu bez większych przeszkód, podejście dość żmudne i nieciekawe, rozwidlenia dobrze oznakowane. Ryzyko spadających kamieni niewielkie, więc nawet kask będzie na tej trasie mało przydatny. Podejście, mimo że łatwe, bardzo przyjemne, choć niedługie. Ze szczytu bardzo ładny widok na Triglav, polecam jako przyjemną wycieczkę, a jednocześnie dobry sposób na przedostanie się między schroniskami.

TRIGLAV

Na Triglav prowadzą zasadniczo trzy szlaki. Pierwszy, najbardziej uczęszczany, przechodzi przez Mały Triglav i jest to trasa, którą szczyt został zdobyty za pierwszym razem. Szlak jest bardzo krótki, ale niezwykle zatłoczony, przez co musimy stać w kolejkach nawet dwie godziny. Duży natłok ludzi może tworzyć mylne wrażenie, że jest to najłatwiejszy sposób zdobycia szczytu, ale nie jest to prawda. Druga ferrata prowadzi od północy i zaczyna się na przełęczy Luknja. Ten szlak wybraliśmy na podejście i bardzo go polecam (bardziej na podejście niż na zejście). Ferrata trudna, z dużą ilością ekspozycji, uprząż absolutnie konieczna. Jest trochę nieubezpieczonych fragmentów, które są dość niebezpieczne. Szlak jest na tyle długi, że nie da się być na szczycie wcześnie, co sprawia że tłok na ostatnim podejściu, w którym szlak łączy się z południowym podejściem, jest nieunikniony. Szlak sam w sobie rekompensuje jednak te niedogodności. Bardzo ciekawe, strome podejście północną ścianą, którą trzeba się wspinać po klamrach przez dużą część, następnie wędrówka przez kamienną pustynię płaskowyżu i pokonywanie lodowych języków. Trasa wymaga jednak już pewnego obycia i doświadczenia. Ostatnia, najłatwiejsza trasa prowadzi od Kocy na Dolicu i jest to dość szybkie i łatwe wejście pod właściwą kopułę Triglava i wraz z północną ferratą zdobywa szczyt po nietrudnych, lecz zatłoczonych, ubezpieczeniach. Polecam ten szlak na zejście. Na płaskowyżu ciężko jest znaleźć szlak, ponieważ jest tam mnóstwo wydeptanych ścieżek, ale nie należy się martwić, ponieważ wszystkie się łączą i spotykają ze szlakiem. Triglav jest do zdobycia dla każdego i dla każdego może być wyzwaniem, trzeba tylko mądrze wybrać szlak.

KANJAVEC

Na Kanjavec poszliśmy jedynie dlatego, że chcieliśmy przejść ferratą z Zasavskiej Kocy na Prehodavcih z powrotem do Kocy na Dolicu. Trasa ta była w przewodniku opisana jako jedna z najtrudniejszych ferrat Alp Julijskich, a jednocześnie jedna z najciekawszych. Podejście na Kanjavec z Kocy na Dolicu jest krótkie i niezbyt wyczerpujące, ale szlak jest bardzo mało uczęszczany i oznakowanie jest stare i wytarte, dlatego trzeba być bardzo ostrożnym. Już za Zasavską Kocą na początku ferraty jest punkt poboru wody (nie wiedząc tego zapłaciliśmy 4,5€ za wodę w schronisku). Sama ferrata nas rozczarowała. Nie tylko nie była to jedna z najtrudniejszych ferrat, ale nie była to w ogóle ferrata. Tylko w nielicznych miejscach można było znaleźć kawałek łańcucha, który znajdował się tam tylko z powodu dużych ekspozycji. Ścieżka była bardzo szeroka, idąc przy skale można było praktycznie ie zobaczyć przepaści, choć gdy spojrzy się w dół były one imponujące (według przewodnika ponad 1 km) i myślę że to własnie była trudność tej trasy. Choć technicznych trudności nie było żadnych. Uprząż absolutnie zbędna. Trasę wciąż polecam, bo jest bardzo przyemna a widoki przepiękne.

Likes

Comments

W podróż na Słowenię wybraliśmy się we dwoje, zajęła nam ona 11 dni, z czego 3,5 pochłonęła podróż, resztę spędziliśmy w górach.



Podróż rozpoczęliśmy w Gdańsku i mimo rosnącej w Polsce sieci dróg ekspresowych i autostrad znacznie utrudniających jazdę autostopem poszło nam całkiem gładko, bo już w 8 godzin byliśmy na granicy polsko-czeskiej. Wybraliśmy drogę przez Cieszyn, bo takie też porady wyczytałam na innych blogach i była to, dla nas przynajmniej, korzystna decyzja.

Usłyszeliśmy, że przez Czechy ciężko się jeździ, ponieważ, rzekomo, Czesi za Polakami nie przepadają. Nie było nam dane tego doświadczyć, jako że już na polsko-czeskiej granicy zabrał nas bardzo miły Polak, który zawiózł nas aż na granicę czesko-austriacką. O podróżowaniu na stopa przez Czechy nie mogę więc wiele powiedzieć.

Co się tyczy Austrii natomiast- Austriacy biorą na stopa nawet całkiem chętnie, ale da się dojechać jedynie do Wiednia. W każdej części Austrii wszystkie samochody, które się zatrzymywały jechały w stronę Wiednia, więc wydostanie się z niego graniczy z niemożliwością. Skończyło się to dla nas koniecznością zapłaty 10€ za pociąg, który zawiózł nas 60 km za Wiedeń, gdzie byliśmy zmuszeni spędzić bardzo krótką noc w przydrożnych krzakach i rozpocząć żmudną drogę, jadąc po 10-20 km na południe. Jeśli więc mogę dać jakąś radę - jadąc przez Ausrię omijajcie Wiedeń, lub opuszczajcie go pociągiem (w tym jednak przypadku należy liczyć się z kosztami min. 60€ co kłóciło się z naszym studenckim budżetem).

Nie taki jednak diabeł straszny i jakoś się przez Austrię przebiliśmy. Po regeneracyjnym noclegu w bardzo sympatycznym Tavas Hostel w miejscowości Maribor i pożywnym miejscowym burgerze w McPandzie ruszyliśmy w dalszą drogę słoweńskim BlaBlaCarem (prevoz.org) do Lublany i dalej już stopem do Kranjskiej Gory. I w ten sposób w 2,5 dnia znaleźliśmy się w Alpach Julijskich! Ważna uwaga na temat stopa na Słowenii- zawsze trzeba mieć tabliczkę z nazwą miejscowości, nawet jeśli jest tylko jedna droga, brak rozwidleń itd. Usłyszeliśmy od miejscowych, że na tzw. "kciuka" nie zabierają autostopowiczów. Jeśli chodzi o język to na Słowenii z angielskim nie ma najmniejszych problemów.

Likes

Comments