W sumie nie wiem od czego mam zacząć...

Powinno się od początku, ale gdzie ja mam swój poczatek? Czy za początek mozna uznać dzień poczęcia ? Jak tak, to mój miał 31 grudnia 2001 (jeszcze) o północy. Podobno wtedy powstaje najwięcej miłości rodziców. A może mój poczatek miał miejsce w dniu moich urodzin? Jak tak, to 26 września 2002 roku.

Jednak ja uważam, że początek to coś więcej niż połączenie się plemnika z komórką jajową, to coś więcej niż wyjęcie dziecka z brzycha matki. Nasze życie, nasze PRAWDZIWE życie, zaczyna się wtedy, kiedy my tego chcemy. Kiedy zaczynamy doświadczać, kiedy zaczyna boleć, kiedy płaczemy z bólu i nienawiści do samych siebie lub do całego świata.

A więc mój początek miał miejsce dokładnie dwa lata temu. Dokładnie w tym pokoju, bo wtedy po raz pierwszy poczułam jak boli złamane serce. Od tamtego momentu już wszystko było inne. Jedzenie inaczej smakowało, słońce inaczej świeciło, ludzie inaczej chodzili, nawet ptaki inaczej śpiewały. A może wszystko było normalne, a to ja się zmieniłam? Miał na imię Kuba, dwa lata starszy ode mnie. Średniego wzrostu brunet o brązowych oczach. Wszystko zaczęło się w wakacje, niewinnie. To nie były nasze pierwsze wspólnie spędzone chwile, jednak coś je wyróżniało, inaczej na mnie patrzył, inaczej sie zachowywał. Podobało mi się to, w końcu ktoś zwrócił na mnie uwagę, ktoś starszy. Pierwszy pocałunek, dobrze go pamiętam, chociaż jest pewna, że on o nim zapomniał, miał miejsce w namiocie, w nocy, na do widzenia. Miał miekkie i ciepłe usta i spokojny oddech, w odróżnieniu od mojego, który był nad wyraz przyspieszony. Myślałam wtedy, że wszystko się zmieni, że następnego dnia przyjdzie i przy wszystkich da mi buziaka w czoło i przytuli... Głupia, naiwna czternastolatka. Przyszedł, ale nie pocałował, nie przytulił, nawet nie spojrzał, jakby nic się nie wydarzyło. W nocy znowu do mnie przyszedł i znów był tym "moim Kubą". Chciał utrzymywać to w tajemniecy. Zgodziłam się.

Wakacje się skończyły. Wyjechaliśmy w dwie różne strony. Ale kontakt się nie urwał. Pisaliśmy dzwoniliśmy, naprawdę czułam, że mu na mnie zależy. Minęły 3 miesiące i juz nie odpisywał na moje wiadomości, ani nie dzwonił. Pewnego dnia wróciłam ze szkoły i zobaczyłam, że mam nową wiadomość, od niego... "to nie ma sensu, przepraszam". Pękłam na pół, czułam każdy kawałe mojego ciała, jakby ktoś powiesił mi na sercu ciężki głaz. To był koniec, a jednocześnie początek, początek mojej świadomości o bólu i istniejącym świecie. Początek nienawiści i pragnienia zemsty. Ten momen zapamiętam na długo jako moje nowe narodziny. Poczatek czegoś strasznego.

Początek

​​​   Godzina 10:30, siedzę przy biurku, obok leżą zeszyty i książki od przedmiotów z których miłam prace domowe. Wszystko zrobiłam, przynajmniej tak mi się wydaje (pewnie jestem w błędzie). Obok leży telefon, cięgle przychodzą jakieś wiadomości z messengera, nienawidze tego, ale z jednej storny... czy nie tego chciałam? Gdy słyszę ciszę, co chwila sprawdzam czy ktoś przypadkiem nic do mnie nie napisał - to choroba - wiem. Największy paradoks tych rzeczy polega na ty, że gdy sprawdzam to nie piszą, a jak nie sprawdzam to piszą.

   Moje całe życie to paradoks, Jak chce, to nie mam, a jak mam, to nie chcę. Pragnę uszczęśliwiać ludzi , a tylko ich ranię. Ostatnio czuję, że coraz bardziej zagłębiam się w otchłaniach mojej melancholii i nic, ani nikt nie może mnie zatrzymać. Wszyscy pytają sie mnie czego chcę. Ale ja naprawdę nie umiem im na to odpowiedzieć. Jednego dnia chcę coś zupełnie innego niż drugiego. Jestem niestała w uczuciach, wybuchowa i porywcza. Jak mogę im odpowiadać konkretnymi słowami, jak w mojej głowie panuje jedynie chaos? Czemu nikt nie może tego zrozumieć? Czemu nie ma osoby, która czuje sie tak samo jak ja - zagubiona?! Chcę być prosta, nieskomplikowana, chcę nie mieć tego typu rozterek, chcę wiedzieć kim jestem, ale nie wiem. Próbowałam się dowiedzieć. Myśle, że w tym wieku mamy prawo nie wiedzieć kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Choć mam wrażenie, że wszyscy tego ode mnie oczekują.

   Czuje się samotna, choć jestem wśród ludzi. Nie mam bratniej duszy, jednak wiele osób za takie sie uważa. Sama nie wiem, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto takiego tylko udaje. Czy w dzisiejszych czasach w ogóle warto starać się o prawdziwą przyjaźń do grobowej deski? W czasach tak zmiennych i nieprzewidywalnych, warto snuć jakiekolwiek plany odeglejsze od tych "co zjem dzisiaj na obiad?". Czy w dzisiejszych czasach przysięgi długoterminowe mają jakieś znaczenie? Czy słowo "kocham" znaczy to samo co "obiecuję Ci, że będę"?

   Mam wrażenie, że ludzie nadużywają zaufania innych, szczególnie jeżeli chodzi o miłość. Słowo "kocham" powinno być wypowiadanie na samym końcu, wtedy mamy pewność, że jest ono prawdziwe i szczere. Wypowiadane na początku jest po prostu słowem składającym się z sześciu liter, pięciu głosek i dwóch sylab.

   Chciałabym pokochać kogoś nie dla samego słowa, a dla całokształtu osoby, która je wypowie. Miłośc to jedno z najpiękniejszych uczuć, bo tak naprawdę jest zlepkiem wszystkich emocji, od nienawiści, poprzez przyjaźć aż do pożądania. Jest piękna, ale też bardzo niebezpieczna.

   Czasem zamykam oczy i wyobrażam sobue chłopaka, nic szczególnego, byleby był oszałamiająco przystojny, wysportowany, inteligentny i zabawny. Czuję, że znam go od dawna. Patrzę na niego, a mój żołądek robi obrót o 360 stopni, czuję motylki i widzę jego brązowe jak czekolada oczy. Wiem kim jest, jest źródłem moich westchnień, moim oczkiem w głowie i najlepszym przyjacielem. Podchodzi do mnie i nic nie mówi, tylko przenika mnie wzrokiem, jednak ja wszystko rozumiem, jakbym słyszała jego myśli, a on moje. Wszystko zwalnia, a nasze usta się łączą, bez żadnych słów, beż ruchu, tylko ja i on wobec nieskończoności.

   Jednak trzeba kiedyś otworzyć oczy, a tutaj nie jest tak pięknie. Chłopcy patrzą tylko na wygląd, chcą tylko seksu i nie chcą milczeć. Wybierają te głupie, te łatwe, te sliczne tapeciary z dużym biustem. A ja siedzę przy biurku, pisząc to otoczona ksiązkami, bez tapety, bez cycków i bez chłopaka.

Likes

Comments