Pamiętam wszystko, wszystko co zaszło. Moja pamięć to kronika gatunku, wyzwolona z okowów biologicznych uwarunkowań, zamieniona w różnicę potencjałów. Wieczysta, nieśmiertelna, jak wszystko stworzone myślą Deenai. .. JNikt już nie mierzy upływu czasu. Z prochu powstałeś czasie i w proch... Lecz ja wiem, że TO wydarzyło się dawno. Tamten ja umarł, odszedł w nicość. We mnie obecny jest go zaledwie cień, drobny dysonans wspomnienia oscylujący na skraju świadomości. A przecież i tego wystarczy, by pamiętać; pamiętać wszystko, do bólu, do najdrobniejszego szczegółu. Pamiętam: zaczęło się 2133-05-23 według ostatniej ludzkiej rachuby czasu; w sobotę, późnym popołudniem. Widzę profesora Ashrę, jak gestykulując żywo, stara się udowodnić swoje racje, przeciągnąć niechętną mu publiczność na swoją stronę. Nie umykają mi dyskretne poziewania, tłumione śmieszki i jawne wyrazy zniecierpliwienia. Słyszę, jak załamuje się głos Ashry; jak harvardczyk Vincent McLay apeluje o spokój. Wiem, że za chwilę naukowcy zaczną gromadnie opuszczać salę wyrażając tym protest wobec „absurdalności i demagogii wywodów profesora Ashry”. Wszystko to widzę, jakbym oglądał barwny, trójwymiarowy, realistyczny film. Nie opuszcza mnie wrażenie rzeczywistego uczestnictwa w tym spektaklu. Tak działa mron zmysł, którym kiedyś zostanie obdarzona każda jednostka ludzka. Najpierw jednak musi przeminąć jeszcze wiele obrazów z rzeki czasu.

Pod aulę akademicką, w której zorganizowano wykład profesora Ashry, zajechała czarna limuzyna. Poznaję prezydencką rejestrację. Za chwilę osobisty doradca głowy państwa wysiądzie i pójdzie poszukać naukowca. Dwaj towarzyszący mu ochroniarze będą zimnymi spojrzeniami mierzyć wychodzących ludzi; ich postawa wyrażać będzie obojętność, nacechowaną jednak tajoną pogardą. , . A Doradca prezydenta znajdzie w końcu Ashrę i zacznie namawiać go na małą wycieczkę. Profesor, rozgoryczony potraktowaniem go przez autorytety nauki, nie wierzy do końca, póki nie wsiądzie do prezydenckiej limuzyny, a nawet do rozmowy z Whiteckerem. Wcześniej jeszcze dojdzie do słownej utarczki z doradcą. W myślach profesora dominować będzie zrezygnowanie i niewiara; pewność niezupełnie czystych zamiarów prezydenta i jego świty, to wszystko jeszcze podczas jazdy samochodem. Niech mi pan jeszcze raz wszystko opowie poprosi prezydent. Profesor spojrzy na niego z nagle rozbudzonymi nadziejami. Jego wzrok zalśni na krótki moment ożywieniem; przygaśnie jednak: Ashra zda sobie sprawę z nierealności tego, co roi mu się pod czaszką. Powie o tym prezydentowi. Whitecker wzruszy ramionami. Wiatry się zmieniają-rzuci pół żartem, pół serio. To wystarczy. Ashra domyśli się, że cały ciąg wydarzeń poprzedzających ich spotkanie został sprytnie zaaranżowany przez ludzi prezydenta, po to, aby to Whitecker mógł stawiać warunki. Ashra z nagłą nadzieją zaszczepioną mu przez prezydenta pomyśli o Projekcie; Projekcie, który mógłby stać się ukoronowaniem jego długiego, niezbyt efektownego i wypełnionego mrówczą pracą życia. Ale jeszcze nie dopuści do siebie myśli o powodzeniu tego, czemu się bez reszty oddał. Prezydent napomni go delikatnie, naprowadzi na właściwą drogę. I wtedy Ashra zacznie mówić.

Całą tę historię zacząć należy w momencie, gdy jako rasa wyszliśmy poza granice Układu Słonecznego. Pierwsza wyprawa międzygwiezdna w stronę Proximy, pamięta pan może i od razu spektakularny sukces: odkrycie ziemiopodobnej planety 0 niemalże identycznej faunie i florze. 1 pierwsza zagadka: gdzie się podziała gałąź naczelnych? Wyewoluowała ze wspólnego pnia ssaków; istnieją dowody tego w postaci starszych wykopalisk. Cóż więc spowodowało obecny jej brak? To są fakty powszechnie znane przerwie mu zaczynający się niecierpliwić Whitecker. Ashra nie da się zbić z tropu. Opowie, jak to zachęcona powodzeniem NASA wysłała serię wypraw ku wszystkim pobliskim układom gwiezdnym, penetrując okolice Słońca; przypomni, jakie znaczenie dla dalszego rozszerzenia skali Programu miał przechwycony z kierunku Ross 248 sztuczny, nie adresowany do ludzi ciąg impulsów, zapisany przypadkowo przez zabłąkaną ubiegłowieczną sondę międzygwiezdną; wspomni, jak to społeczeństwo ogarnęło najpierw zdumienie, potem strach, kiedy kolejne dalekosiężne wyprawy milkły, by już nigdy nie dać znaku życia i nie powrócić; nie pominie wreszcie milczeniem zamieszek, które doprowadziły do zakazania lotów międzygwiezdnych. Whitecker zdenerwuje się; przypomni w ostrych słowach profesorowi, że nie są to fakty nowe, odkrywcze. Zasugeruje, że może zmienić zdanie i nie poprzeć Ashry. Ashra, który i tak doszedł już do punktu zwrotnego, spojrzy na niego z dezaprobatą i przejdzie do konkretów. Opowie, jak to dzień po dniu zbierał i selekcjonował dane o wszystkich lotach pozaukładowych, wszystko co było dostępne, legalne lub z pominięciem prawa. Prezydent zdziwi się, jak łatwo przyszło naukowcowi wykradnięcie pilnie strzeżonych tajemnic państwowych najwyższej wagi. O części z nich nawet on, prezydent tego państwa, będzie miał gorsze pojęcie niż profesor Ashra. A Ashra rzeczywiście będzie mówił o sprawach Yia swój sposób niezwykłych. Głos będzie mu się łamał, niejednokrotnie zawaha się, zanim zacznie zdradzać szczegóły; nie pominie jednak żadnego z nich. Słyszę go, jak mówi: Przekonałem się, że wracały te wyprawy, które miały do pokonania drogę krótszą od 15 lat biegu światła.

Wszystkie inne a było ich w sumie jedenaście ginęły, przepadały bez wieści, tak jakby owe 4,6 parseka było jakąś magiczną, nieprzekraczalną barierą, jakąś komórką w nieograniczonej strukturze Wszechświata; komórką, której ścian niepodobna przekroczyć od wewnątrz takiej, dajmy na to, wakuoli. Ale ja tak nie myślę zastrzega się Ashra. Wydaje mi się, że to, czymkolwiek jest, ma sztuczną naturę. Pan chyba zdaje sobie sprawę z implikacji? i nie czekając na potwierdzenie, kontynuuje: Sprawdziłem wszystko; dotarłem nawet do utajnionych meldunków dowódców załóg. Kilka z nich urywa się w połowie zdania, w pół słowa za każdym razem następowało to gdzieś w pobliżu tej wyliczonej przeze mnie odległości granicznej. Jednak część wypraw wysłanych tak daleko powróciła, o ile mnie pamięć nie zawodzi oponuje prezydent. Ashra krzywi się w ironicznym uśmiechu. Whitecker podsunął mu następny argument. Zgoda. Jednak niech pan zauważy, że choć celem tych trzech wypraw były gwiazdy naprawdę dalekie, jak na przykład Opiuchi 70, w pobliżu tych tras nie leżały żadne inne gwiazdy to jednak wyprawy te zawracały przed osiągnięciem granicy 15 lat świetlnych; zarazem jednak, co wydaje mi się godne uwagi, niedaleko niej. Ich członkowie tłumaczyli się astrofobią, wszystkim innymi przyczynami zresztą również... Nikt jednak nie wie, jaka była prawdziwa przyczyna tych trzech powrotów. Pozostaje nam jeden niezbity fakt: nie osiągnęły one tej granicy krytycznej. Co pan przypuszcza? prezydent zadaje naprowadzające pytanie, choć domyśla się. Bo przecież ma pan swoją teorię, nieprawdaż? Ashra potakuje głową. Tak, ma swoją teorię. Tłumaczy Whiteckerowi jej założenia, myśląc przy tym, jak bardzo musi ją spłycić, żeby stała się przystępna dla laika. Jestem zdania, że ktoś nas izoluje podsumowuje swą koncepcję. Pan sugeruje, że te wszystkie wyprawy gdzieś... tam.„ prezydent robi ręką nieokreślony ruch, mogący oznaczać nieomal wszystko. Ashra długo milczy. Tego nie wiem. Przypuszczam odpowiada w końcu, po chwili męczącej ciszy. Ich spojrzenia krzyżują się na moment. Prezydent pierwszy opuszcza wzrok. I co pan proponuje? pyta. Ashra, widać to, jest przygotowany na takie pytanie. Odpowiada krótko, z pewnością w głosie: Wysłać specjalną załogę w kierunku Ross 248. Jaką? w tej sytuacji to pytanie jest nieuchronne. Ashra znów milczy. Wreszcie mówi: Mógłbym zabawić się w proroka.

Ale to nie ma sensu. Nie wiem. Taką, celem której będzie próba nawiązania kontaktu z tam tymi, zwrócenia na siebie ich uwagi. Whitecker rozważa w myśli pewien problem. W końcu wstaje i wyciąga dłoń w stronę naukowca. Ma pan moje pełnomocnictwo mówi. Jego zamyślony wzrok pada na starą amerykańską flagę sprzęd stu lat; symbol pewnej zamkniętej epoki. Tak kończy się ta historyczna w dziejach ludzkości rozmowa, której zakończenie jest większe, niż odkrycie Ameryki przez Kolumba. Nastąpi czas gorączkowych przygotowań, w których weźmie udział całe nieomal społeczeństwo. Profesor Ashra udzieli wywiadu, wyjaśniając, dlaczego uważa, że ponowne wyjście w głęboki kosmos stało się konieczne, i co ma zamiar dzięki temu osiągnąć. Zaprezentuje osobiste przypuszczenia na temat tego, co kryje się w odległości piętnastu lat świetlnych. I zrobi to tak przekonująco, że zyska powszechną aprobatę; społeczeństwo poprze jego marzenie, jego Projekt. Sztab naukowców zacznie opracowywać nowy jakościowo model ślizgu kosmicznego, zdolnego sprostać nałożonym nań zadaniom. W tym sańiym czasie kilka kolejnych, coraz większych eliminacji wyłoni przyszłą załogę „Erhetto”. I kiedy ślizg będzie przechodził próby, oni będą przechodzić je również. Aż wreszcie wszyscy będą gotowi. Nastąpi ceremonia uroczystego pożegnania „Wracajcie uskrzydleni sukcesem”, kiczowato zakończy swe przemówienie jeden z dygnitarzy i wystartują. Spoglądając na Pierścień, zastanawiam się, czy warto było wychodzić poza jego wnętrze. Przed oczyma mam ponury obraz przeszłości naszej rasy, czas dekadencji, knowań i bezustannych intryg; czasy krwi i śmierci a więc, w porównaniu z teraźniejszością, czasy uboższe, schyłek epoki. Mam jednak również przed oczyma wnętrze Pierścienia, ludzkie jajo, zamienione w skansen, opustoszały grobowiec ludzkości. Widzę miliardy miniaturowych mauzoleów, w których snem wieczystym śpią niepotrzebne już nikomu cielesne powłoki, wydrążone ze swego przeznaczenia, pozbawione duszy. Nie potrafię uciec przed fascynacją rozpadającymi się arcydziełami ludzkiej myśli, wypieszczonymi palcami, które już nie ożyją, nie stworzą czegoś równie wzniosłego. Widzę, jak atom po atomie rozpada się kilka tysiącleci materialnej kultury gatunku homo sapiens. Mojego gatunku. Poprzez czas sięgam wydarzeń. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość jestem nimi. Przepływają obok i przeze mnie, dając szansę wychwycenia potrzebnych odprysków czasoprzestrzeni. Dogoniłem swój cień... Ąstronauta John V. Douger jr chwyta Ewę Brown za ramiona widzę to, a jednocześnie w peryferyjnych obszarach mojej pamięci miga ledwie odczuwalne wspomnienie tego faktu. Styk dwóch rzeczywistości: ja z przeszłości naprzeciw ja obecnego. Teraz wydarzy się najważniejsze: statkiem targnie potężny wstrząs, wszystko zajęczy gwałtowną wibracją, lampy przestaną świecić, by dopiero po chwili zażółcić pokłady awaryjnym zasilaniem. Ludzie skulą się, zacisną zęby „byle przetrwać”, będzie'im się tłukło pod czaszkami. Byle przetrwać. I naraz wszystko ucichnie. Zmiana perspektywy zdarzeń.

Ras-Alhuage i Ras-Algeti (nie są to ich rzeczywiste imiona; tych nie byłbym w stanie określić w żadnym z ziemskich języków). Zaciekawieni, zwabieni ludzką szamotaniną w strefie wokół Pierścienia. W skupieniu czują rozgrywający się dramat. Ras-Alhuage. On pierwszy z nich dwóch podejmuje zawsze kreatywne decyzje. Oswobadza ziemski pojazd z sieci energetycznych i mentalnych sideł. Po sekundzie obok smukłego „Erhetto” wyrasta potężna, kanciasta w zarysach, zrodzona z niepojętych dla ludzkiego oka koncepcji sylwetka Ol-Kowi. Urządzony według reguł Deenai, przystosowany został przez Ras-Alhuage do przyjęcia na pokład ludzi. Teraz przesuwa się, dopasowuje do konstrukcji ziemskiego pojazdu. Już... Oba pojazdy przywierają do siebie w nagłym spazmie, drżąc ekstatycznie, gdy bolce wchodzą w gniazda śluzy. Potem wszystko się ucisza. Pierwsza część zadania wykonana powiem, gładząc dłoń Ewy Brown w geście mimowolnej, nieświadomej pieszczoty. Naraz do kabiny wpadnie Sorph, krzycząc, że wszystkie urządzenia pomiarowe i instrumenty badawcze zwariowały, że zaczęły działać do wewnątrz. To nas ostudzi. Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że tamci z pewnością przerastają nas stopniem rozwoju. Jednak co innego mieć świadomość tego, odległą jak najdalsze galaktyki, a co innego zetknąć się z tym w namacalnej rzeczywistości. Gorączkowa narada nie wniesie niczego. Okażemy się wreszcie tym, czym przez cały ten czas byliśmy: bandą bezradnych dzieciaków bawiących się na podwórku w ekspedycję pozagalaktyczną. Deenai długo będą się zastanawiać. Wzięli na siebie odpowiedzialność, naprawiając błąd popełniony kiedyś, już nawet nie wia-* domo przez kogo. Lecz nadejdzie przecież taka chwila, kiedy zdalnie sterowany robot-zwiadowca wniknie do wnętrza ziemskiego statku. Oczyma jego kamer Ras-Alhuage i Ras-Algeti oglądać będą pęki rur, niekończące się bloki napędu wreszcie główną oś statku: załogową część „Erhetto”. I oto nadejdzie historyczna chwila: John V. Douger jr w objęciach obcego automatu. Pstryk. Automatyczna kamera szaleje. Migawki osobistych aparatów fotograficznych trzaskają zdjęcia z oszałamiającą szybkością. Pstryk. Ewa Brown, najpiękniejsza ko-‘ bieta Ziemi, z nogą na pochylonym korpusie obcego mechanizmu. Pstryk. I jeszcze raz pstryk. Pierwsze lody przełamane. Tak kończy się pierwsza część tej historii. Druga zaczyna się gdzie indziej i nie nadszedł jeszcze czas, by ją tu opisywać. Deenai przybywszy na Ziemię, przekonali społeczeństwo ludzkie, że warto włączyć się w bieg Wielkiej Inteligencji po prymat we Wszechświecie. Odbyło się to stosunkowo niewielkim kosztem, jak na tak gwałtowną i nieoczekiwaną zmianę. Populacja spadła w ciągu kilku lat o jedenaście procent. Potem wszystko się unormowało. Pewnego dnia cała ludzkość wyzwoliła się ze swych ciał i odeszła ku nowemu, pełniejszemu życiu. Odeszła z nadzieją, że tam czeka ich szczęście, którego nie udało im się uzyskać na Ziemi. Marzenia sięgnięcia gwiazd i odszukania tam swych pragnień zwyciężyły. Musiały zwyciężyć. Pokusa była zbyt wielka. Deenai, pragnący naprawić swoje niedopatrzenie, jakim było zapomnienie o ludzkim jaju, zadbali, żeby nie było niezadowolonych. A kośmonauta John V. Douger? Otóż nie zdecydował się on na egzystencję wespół z Deenai i innymi rasami Wszechświata. Wybrał Ziemię, planetę swych ojców. W momencie, gdy Deenai odwracali kierunek działania strefy ochronnej Pierścienia, znajdował się wewnątrz niego. Bo czyż najmarniejsze nawet muzeum nie powinno mieć swego kustosza?!

Przenieś swój blog na Nouw - teraz możesz importować swój stary blog - Kliknij tutaj

Likes

Comments

Stałam przy oknie i przez cienką firankę patrzyłam jak ogród z wolna pogrąża się w mroku. Przestawałam rozróżniać barwy kwiatów. Widziałam jak krzewy i drzewa tracą swą zieleń na rzecz szarości, pochłanianej w końcu przez czerń. Głęboka cisza przywodziła na myśl trwanie w nieskończoności. Jakże stary był ten dom i otaczający go ogród. Świadkiem ilu był wydarzeń, ludzkich emocji, namiętności, które zostały pochłonięte przez nicość. Ilustrowała: Sabina Uścińska Z zadumy wyrwało mnie bicie zegara na dole w jadalni. Niechętnie wróciłam do myśli o współczesności. Ludziom z dawnych epok przypisywałam - niesłusznie pewnie - szlachetniejsze pobudki działania, więcej polotu, romantyzmu. Niestety, tkwię akurat tu i teraz, i powinnam przebrać się do kolacji, jak wymaga tego angielski zwyczaj. Wybrałam sukienkę nazywaną przez siebie „staroświecką” z racji długości i mnóstwa koronek. Bardzo pasowała do tego domu. Zostałam tu zaproszona na weekend przez daleką krewną, którą poznałam ledwie parę dni temu. Na dzisiejszej kolacji ma być kilka nie znanych mi osób. Schody o stylowej, dębowej balustradzie prowadziły w dół, do obszernego hallu. Na wprost nich wisiało ogromne lustro, w którym mogłam się przeglądać już od połowy schodów. Najpierw nogi i rąbek spódnicy, falujący przy każdym ruchu, po paru następnych stopniach reszta. Przystanęłam na moment, żeby sprawdzić efekt z większej odległości. Wtedy zobaczyłam w lustrze mężczyznę. Patrzył na mnie w jakiś szczególny sposób. Jego wzrok wyrażał tak wiele, że poczułam się zmieszana. Nie jestem nastolatką, mimo to spuściłam oczy i pozostałych parę stopni zeszłam patrząc pod nogi. Kiedy stanęłam przed lustrem i znowu spojrzałam - za mną nie było nikogo. Obejrzałam się. Ściana za schodami pozbawiona była drzwi! Jak to wytłumaczyć? Nigdy dotąd nie miewałam przywidzeń. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek, którego przed chwilą widziałam po prostu zniknął! Podeszłam bliżej do ściany, żeby ją dokładnie sprawdzić. Zawieszone tam obrazy wyglądały na nie poruszone od wieków. Pociemniałe płótna oświetlone były za słabo, żebym mogła w pełni ocenić ich urodę. Przechodziłam wolno od obrazu do obrazu, aż... nowa niespodzianka! W samym rogu wisiał portret, mężczyzna w osiemnastowiecznym stroju, o rysach twarzy, które przed chwilą widziałam! Pogrążony w półmroku hall wydał mi się nagle miejscem, przerażającym. Prawie biegiem wtargnęłam do salonu.

- Co się stało? - spytała Julia widząc moje zmieszanie. “

- Jakiś mężczyzna,., jakiś mężczyzna tam w hallu, w lustrze zniknął nagle - wyznałam trochę bez sensu i wtedy dopiero uświadomiłam sobie własną śmieszność. Julia jednak zareagowała z wrodzonym sobie taktem. Powiedziała:

- Te stare domy kryją niejedną tajemnicę, ale nie wszyscy jesteśmy dość wrażliwi, żeby to spostrzec. Pąństwo pozwolą, że im przedstawię sławną pisarkę z Polski. Teraz z kolei poczułam się ogromnie zażenowana tym mocno przesadzonym tytułem. Skrępowana bąkałam coś niewyraźnie, kiedy Julia przedstawiała mi swoich gości. Nie od razu zorientowałam się, że mam do czynienia z samymi wyłącznie znakomitościami. Gdy wreszcie doszłam do siebie* wrodzony sceptycyzm kazał mi powątpiewać czy rzeczywiście wszyscy goście Julii należą do aż tak wybitnych. Był to prawdopodobnie rodzaj konwencji towarzyskiej, którą należało zaakceptować, bez skrupulatnego analizowania przyczyn. Zegar wybił ósmą. Julia odstawiła szklaneczkę z nie dopitym sherry i przez chwilę nasłuchiwała. Doleciał nas nikły warkot samochodu, a po chwili jakby kroki na żwirowej alei. Z okien salonu nie było jednak widać drzwi wejściowych do domu. - Myślę, że spóźnialscy zaraz do nas dołączą - powiedziała Julia i poprowadziła nas do stołowego, gdzie nakryto już do kolacji. Moje miejsce przy stole wypadło między emerytowanym generałem, a pustym krzesłem przeznaczonym dla spóźnialskiego. Kiedy kończyliśmy przekąski złożone z zimnych ryb, do pokoju weszła młoda, urodziwa osóbka, powiedziała:

- Cześć - i usiadła naprzeciwko mnie. Po chwili zauważyła jeszcze jedno puste krzesło i wykrzyknęła z wyraźną satysfakcją:

- Mirror znów się spóźnia!

- Mirror? - nie byłam pewna czy się nie przesłyszałam.

- To zabawna historia, coś dla ciebie - powiedziała Julia.

- Mój daleki, a twój bardzo daleki krewny nosi polskie imię: Mirek. W dzieciństwie przezwaliśmy go Mirror i tak już zostało. Niektóre przezwiska przylegają do ludzi na całe życie. Jest człowiekiem towarzyskim, ale okropnie niepunktualnym. Pewnie zdąży dopiero na desery.

- Wcale nie nazwałbym go towarzyskim - szepnął generał, jakby powierzał mi ważną tajemnicę,

- Udaje tylko, żeby przypodobać się Julii, ale w gruncie rzeczy jest odludkiem. Nie cierpi tego całego ZOO, Podejrzewam, że w ogóle nikogo nie lubi. Jest skryty. Człowiek ma wrażenie, że on cały czas coś knuje. Przekona się pani, ale doradzam unikać go. Kobiety nie mają o nim najlepszego zdania.

- Dlaczego?

- Tego nie wiem. Przypuszczam, że ma w sobie coś odpychającego. - Generał skończył na tym i zabrał się do jedzenia. Czynności z nim związane pochłonęły go bez reszty, a chociaż miał nienaganne maniery, coś mnie w jego zachowaniu drażniło. Żeby odwrócić wzrok spojrzałam na zegar, nie zauważając nawet pokazywanej przezeń godziny. Młoda osoba z przeciwnej strony stołu, której imienia nadal nie znałam, zauważyła moje spojrzenie. - Z nim tak stale. - Miała zapewne na myśli Mirka, nie zegar.

- Absolutny brak poczucia czasu. Pamiętam., kiedyś wybieraliśmy się razem na kontynent i Mirror spóźnił się pięć godzin. Wyobraża pani sobie? Gdy wreszcie przyszedł, miał czelność mieć do mnie pretensje, że jestem nie gotowa. Okropny!

- Mówiła z tak czułym wyrazem twarzy , że słowo „okropny” nabrało całkiem nowego znaczenia.

- Jest ode mnie starszy o kilkanaście lat - kontynuowała - a nieraz mam wrażenie, jakbym miała do czynienia z chłopcem. Często chodzimy nad rzekę. Opowiada mi różne ciekawe zdarzenia, chopiaż w sposób dość chaotyczny. Tak wiele rzeczy go interesuje. Tydzień temu na przykład...


Wniesiono gorące dania, co przerwało potok słów sąsiadki na tyle skutecznie, że nie próbowała już do tematu wracać. Desery też zjedliśmy bez spóźnialskiego. Po skończonej kolacji panowie przeszli do biblioteki na kawę i cygara, a panie do salonu, gdzie prócz kawy podano znakomity likier. Zawsze śmieszył mnie ten angielski zwyczaj separacji płci po kolacji, który tu uważany jest za przejaw dobrego tonu i bezwzględnie przestrzegany. Nie ma więc wyboru. Jeśli jest się kobietą trzeba dotrzymać towarzystwa innym paniom, chociażby nie miało się im zupełnie nic do powiedzenia. Szczebiotka, która się spóźniła i tak wiele opowiadała o spóźnialstwie kuzyna Mirka uznała, że skoro nikt nas sobie nie przedstawił, należy to zrobić samemu. Wkrótce byłyśmy po imieniu i Diana podjęła na nowo opowieść rozpoczętą przy stole. Nic z niej nie wynikało, prócz tego, że panienka najwyraźniej była zadurzona w mężczyźnie, na którego nadal czekaliśmy.

- Czy przyjechałaś samochodem tuż przed kolacją? - próbowałam zmienić temat.

- Nie. Znacznie wcześniej. Słysząc samochód o ósmej byłam przekonana, że to Mirror. On jeździ takim...

- Przepraszam. - Pod pretekstem ponownego napełnienia kieliszka udało mi się wreszcie pozbyć gadatliwej towarzyszki. Usiadłam na kanapie z zamiarem kontentowania się wyłącznie aromatycznym alkoholem, ale już po chwili przysiadła się do mnie hrabina o wyjątkowo długim i trudnym do wymówienia nazwisku. Na szczęście zaproponowała, żebym mówiła jej po imieniu i nie czekając na skorzystanie przez mnie z tej łaski, zaczęła opowiadać o.... Tak, jeszcze jedna historia z Mirrorem.

- Wszystko, co o nim mówią, to nieprawda - wyznała hrabina. - Albo przynajmniej prawda nie najważniejsza, częściowa. Mirror jest człowiekiem niezwykle skąpym i wszystko co robi służy jednemu celowi: pomnażaniu majątku.

- Ma wielki?

- Co - wielki?

- Majątek.

- Nie w tym rzecz. Proszę sobie wyobrazić, że nigdy nie zaprosił mnie nawet na herbatę.

- To rzeczywiście nieładnie. Pewnie bywa często u pani na przyjęciach.

- Nie prowadzę domu otwartego. Przy obecnych cenach żywności to niewybaczalna lekkomyślność.

- Julia jest rzeczywiście zbyt niefrasobliwa w tym względzie - zauważyłam.

- Nie o niej w tej chwili mówimy - przywołała mnie do porządku hrabina.

- Proszę sobie wyobrazić, że on na przyjęcia specjalnie przyjeżdża taksówką, żeby przypadkiem nie odwieźć jakiejś damy do domu.

- Może lubi więcej wypić?

- A cóż to ma to rzeczy?

- Pani prowadzi samochód po wypiciu kilku drinków?

- Mam Rolls-Royce’a - odpowiedziała, jakby to wyjaśniało wszystko.

- I co? - uparłam się usłyszeć odpowiedź.

- Takim samochodem nie będę przecież jeździła na byle przyjęcie.

- A jakim jeździ ten skąpiec?

- Widzę, że się nie rozumiemy - hrabina nagle zdenerwowała się i poszła napełnić swój kieliszek. Godzina separacji minęła i panowie ponownie dołączyli do pań. Julia przyprowadziła pod moją opiekę nieśmiałego młodzieńca, z którym nie miałam o czym rozmawiać. Na moje pytanie odpowiedział monosylabami. Wpadłam na pomysł niezbyt oryginalny, ale skuteczny.

- Zna pan Mirrora? - spytałam. Młodzieniec ożywił się.

- Tak - powiedział.

- Jest trochę małomównym, ale bardzo szczodiym człowiekiem.

- Co rozumie pan przez szczodry?

- Oddałby wszystko co ma. Nie znam nikogo, kto jak on nie przywiązuje wagi do pieniędzy.

- A pan - przywiązuje?

- Staram się. Tak mnie wychowywano, ale nie bardzo umiem pieniądze utrzymać.

- Jaki jest pana zawód?

- Różne. Jeszcze nie znalazłem właściwego.

- A Mirror?

- On jest gentlemanem, nie musi zarabiać na życie.


Zrobiło się późno. Goście zaczęli rozchodzić się do swoich pokoi. Nie byłam zmęczona i nie miałam ochoty iść spać. Kiedy zostałyśmy tylko we dwie z Julią, zagadnęłam ją jeszcze o kuzyna Mirka.

- Powiedz mi - poprosiłam - dlaczego on budzi tak powszechne zainteresowanie, a ponadto opinie na jego temat są tak skrajnie różne? Julia uśmiechnęła się zagadkowo.

- Piszesz powieści kryminalne - rozszyfruj tę zagadkę. Idziesz na górę? - spytała.

- Jeszcze chwilę tu zostanę - odparłam.

Kiedy wyszła, pogasiłam lampy, zostawiając tylko jedną. Usiadłam wygodnie i zagłębiłam się w myślach. Chciałam przeanalizować swoje wrażenia z tego wieczoru. Co oznaczały te wręcz obsesyjne opowieści o człowieku, który nie pojawił się wcale? Dlaczego opinie o nim są tak skrajnie różne? Czyżby przezwisko, jakie nosił, wyjaśniało tę zagadkę? Opinie o nim robiły wrażenie raczej portretów osób opowiadających. Rył skąpcem dla skąpej hrabiny, ale szczodrym dla rozrzutnego młodzieńca, spóźnialskim dla dziewczyny bez poczucia czasu, towarzyskim dla Julii - duszy towarzystwa i odludkiem dla niesympatycznego generała. Z tych cech w żaden sposób nie można uformować jednej postaci. A ja sama? Czy wyraźnie zaprzeczyłam przypisywanej mi na wyrost sławie? Nie. Poczułam się jedynie zażenowana, ale nie sprostowałam. Zaniechałam wyjaśnień. Dlaczego inni nie mieliby być podobni? Przyjmowanie niezasłużonych komplementów jest może rzeczą niezbyt chwalebną, za to całkiem przyjemną. A najlepszym sposobem pozbycia się wad - upatrywanie ich u innych. Wszystkie te dociekania nie przybliżyły mnie do rozszyfrowania zagadki Mirrora, zwłaszcza że nie mogłam wierzyć nikomu. Ich zamyślenia są indywidualne, ale akceptowane przez pozostałych. Pozostaje przypuszczać, że Mirror w ogóle nie istnieje. Jest wytworem jakiejś zbiorowej halucynacji lub... Oczywiście! Że też od razu na to nie wpadłam! Ja, jedynie ja jestem obiektem zabawy - eksperymentu. Anglicy uwielbiają różne gry, wymyślają stale nowe. Na czym miała polegać ta akurat zabawa jeszcze nie wiedziałam, że nią jednak była, nie miałam wątpliwości. Przeświadczenie o rozwiązaniu tajemnicy poprawiło moje samopoczucie. Byłam ciekawa dalszego ciągu zabawy. Zrobiło się pewnie późno.


Tarcza zegara zbyt słabo oświetlona nie pozwalała odczytać godziny. Postanowiłam pójść na górę i spróbować zasnąć. Otworzyłam drzwi do halu i... przystanęłam niezdecydowana. W słabym świetle zobaczyłam jak ktoś schodzi ze schodów. Postać widziałam odbitą w tym samym co przed kolacją dużym lustrze. Mężczyzna spostrzegł mnie również i gestem nakazał milczenie. Patrzyłam na niego z zabobonnym niemal strachem. Ryłam prawie przekonana, że kiedy tylko oderwę wzrok on zniknie tak jak parę godzin wcześniej. W końcu postanowiłam stawić czoła tej dziwacznej sytuacji. Spojrzałam na schody w przekonaniu, iż nikogo tam nie zobaczę. Myliłam się jednak. Mężczyzna z krwi i kości szedł już właśnie w moim kierunku. Wtedy oprzytomniałam i zaczęłam myśleć racjonalnie. Kim mógł być nieznajomy, jeśli nie włamywaczem? Co robić? Szansa ucieczki malała z każdą chwilą. Czy powinnam krzykiem zaalarmować cały dom? Zanim podjęłam decyzję mężczyzna podszedł na tyle blisko, że nie miałam już żadnego wpływu na dalszy bieg wypadków. - Przestraszyłem panią. Bardzo przepraszam - powiedział. Nie odpowiedziałam, nadal mocno zmieszana. Poznałam go. Męż- 52 czyzna miał rysy tego z portretu. Może śnię? Pewnie zasnęłam na fotelu i teraz to wszystko jest snem - próbowałam sobie wmówić, chociaż wiedziałam, że to nie może być prawda. ,,Duch czy włamywacz”? - myślałam gorączkowo. - Pozwoli pani, że się przedstawię - wymienił nazwisko kuzyna, o którym była mowa przez cały wieczór.

- Mirror? - spytałam z niedowierzaniem.

- O, widzę, że znowu o mnie plotkowano - uśmiechnął się ujmująco.

- Wejdziemy do środka? Cały czas stałam w drzwiach salonu tarasując wejście.

- Tak - bąknęłam. Nadal nie mogłam odzyskać pewności siebie. Weszliśmy. Usiadłam na tym samym, co poprzednio, fotelu.

- Czego się pani napije?

- Mirror przejął obowiązki pana domu. Byłam niezdecydowana.

- W takim razie proszę zdać się na mnie - powiedział i przygotował cocktail rzeczywiście znakomity. Po kilku łykach nie miałam już żadnych wątpliwości, co do realności otaczającego mnie świata.

- Tyle o panu słyszałam sprzecznych informacji, że nabrałam podejrzeń co do faktu pana istnienia w ogóle.

- Ale teraz, mam nadzieję, wątpliwości zostały rozwiane? - roześmiał się głośno.

- Oczywiście. Proszę mi jednak powiedzieć skąd wzięły się tak skrajnie różne opinie.

- Wytłumaczenie rozczaruje panią. Jestem po prostu dokładnie taki, jakim ktoś chce mnie widzieć. Ludzie obdarzeni obsesyjnymi cechami charakteru upatrują tych cech u innych, a ja im w tym pomagam. Utwierdzam młodego rozrzutnika w przekonaniu, że nie on jeden nie umie utrzymać pieniędzy, skąpą hrabinę, że są jeszcze skąpsi od niej. W ten sposób nieustannie jestem przedmiotem zainteresowania całego towarzystwa.

- A więc słusznie podejrzewałam, że jest to rodzaj zabawy towarzyskiej, chociaż nie wiedziałam kogo posądzać o autorstwo. Z chwilą kiedy poznałam regułę gry, było za późno, żeby wziąć w niej udział, a szkoda, bo mogłabym lepiej poznać samą siebie.

- Wcale nie jest za późno. Proszę się zastanowić, jakie zrobiłem na pani wrażenie. Nagle poczułam zmęczenie, po pełnym wrażeń wieczorze. Ogarnęła mnie senność. Kiedy wybiła dwunasta pożegnałam Mirrora i poszłam do swojego pokoju na górę. „Jeśli on jest zwierciadłem moich pragnień, to jestem osobą bardziej romantyczną niż przypuszczałam” - pomyślałam już w półśnie. Obudziłam się w radosnym nastroju, chociaż nie uświadamiałam sobie powodu tak dobrego samopoczucia. Może to szczebiot ptaków w ogrodzie, lub urzekające barwą i zapachem róże pod oknem - dość, że spodziewałam się czegoś przyjemnego...


Właśnie: będąc szczera, musiałam przyznać, że czekam po prostu na spotkanie z Mirrorem. Jego nocne wyznanie nie przekonało mnie do końca. Jest człowiekiem o silnej indywidualności, nie może więc spełniać jedynie roli zwierciadła. Ma pociągającą osobowość - szkoda, że nie tylko dla mnie. Mam tu szaloną konkurencję - uśmiechnęłam się do własnych myśli. Postanowiłam wyglądać najkorzystniej, jak tylko potrafię. Wybrałam różową sukienkę pasującą do tego prześlicznego poranka. Właściwie dzień dobiegał już południa. Przespałam śniadanie, zejdę od razu na lunch, który w tym domu podaje się z wybiciem godziny dwunastej. Kiedy zeszłam na dół, w salonie zastałam już prawie wszystkich. Nalałam sobie szklaneczkę soku pomarańczowego i zauważyłam:

- Mirror znowu się spóźnia. Nikt nie odpowiedział na moją uwagę. Dziwna zmiana. Wczoraj wszyscy mówili tylko o nim, dzisiaj stał się nagle tematem tabu. Postanowiłam nie dawać za wygraną i zmusić ich do rozmowy.

- Poznałam go wczoraj wieczorem. Jest człowiekiem rzeczywiście interesującym. A wiesz Julio, wcześniej podejrzewałam nawet, że on w ogóle nie istnieje, źe jest czymś w rodzaju zabawy towarzyskiej...

- On był tutaj?

- Ależ tak! Czyżby znowu nie pojawił się od rana? -

- Miał wypadek.

- Co się stało? Kiedy - spytałam.

- Wczoraj, gdy do nas jechał, jego sportowy wóz zderzył się czołowo z ciężarówką. Była za piętnaście ósma. Wcale nie spóźniłby się na kolację.

Likes

Comments

Kartezjusz siedział na dębowej ławeczce wspartej o dorodną, rozłożystą jabłoń i podziwiał zachód słońca nad Alencon. Rozmyślał nad cudowną wspaniałością tego świata, w którym każda rzecz, każda żywa istota stworzona jest po to, by radować oczy i serce człowieka, aby ów mógł chwalić Pana. Wystawił twarz, by owiał ją ciepły, choć wilgotny, bo znad morza ciągnący wiatr. Słońce chowało się już za las i czerwona łuna (dawała wrażenie, jakby to pożar skądś się rozniósł, trawiąc połacie puszcz. Kartezjusz rozprostował nogi, stęknął, wyciągnął ręce i po paru chwilach podniósł się z ławki.

- Hej, Tuton, szykuj łoże - zawołał. Postał jeszcze trochę wdychając niesiony wiatrem zapach igliwia, po czym ruszył w stronę domu rozglądając się dokoła, jakby obawiał się mroku szybko zapadającego w letnim ogrodzie. Gdy wszedł do komnaty, Tuton krzątał się jeszcze przy pościeli, lecz na widok pana przybiegł śpiesznie. Pomógł mu zdjąć odzienie, zzuć boty i zaprowadził na łoże, okrywając go dokładnie kołdrą. Potem wycofał się po cichu, życząc panu spokojnej nocy.

Kartezjusz zasnął. Przyśnił mu się dziwny sen. Szedł po łące brodząc w wysokiej trawie i wdychając wonie ziół, gdy nagle poczuł zaskakującą ulgę. Pojął, iż jego ziemska powłoka została na ziemi, a on, nieważki, szybuje w przestworzach. Ziemia zniknęła mu z oczu i znalazł się w cudownej niebieskiej krainie. Przechadzały się po niej postacie spowite w białe powłóczyste szaty. Jedna z nich podeszła doń, wzięła go za rękę i poprowadziła w stronę niewielkiego wzniesienia, na którym spoczywał w dostojnej pozie władca owej krainy. Widać po nim było, że usilnie myśli. W pewnej chwili dostrzegł Kartezjusza i wskazał nań palcem.

- Powiedzże mi, duszo, jaka jest pierwsza litera, a jaka jest ostatnia? Kartezjusz podumał chwilę i odrzekł:

- Każda litera jest pierwszą i ostatnią.

- Aha - chrząknął władca i pogrążył się w rozmyślaniach. Ocknął się nagle i rzekł do Kartezjusza:

- Czym jest to, co zawsze jest w czymś?

- Nicością - powiedział Kartezjusz. Władca skinął głową i oddał się rozmyślaniom. Kartezjusz tymczasem rozglądał się dyskretnie dokoła, podziwiając cudowne widoki. Poczuł rozkoszną słodycz i z błogością przyglądał się cudom niebieskim. Jedna tylko rzecz psuła mu nastrój. Zauważył, że co jakiś czas któraś ze spacerujących postaci znika, jakby rozpływała się w powietrzu. Bardzo go to zaciekawiło. Władca krainy znowu pochylił się w stronę Kartezjusza i rzekł:

- Powiedzże mi, jaka jest rzecz, która nie ma początku, ale ma koniec i która nie ma końca, ale ma początek?

- Świat - odpowiedział bez chwili namysłu Kartezjusz. Władca spojrzał na niego z zainteresowaniem. Przyglądał mu się tak dosyć długo.

- A czy wiesz, duszo, kim ja jestem?

- Tyś jest, któryś jest - odrzekł Kartezjusz, bowiem domyślał się, z kim ma do czynienia. Władca zdawał się być zadowolony z odpowiedzi Kartezjusza.

- Powiedziałeś mi to, o co cię pytałem - rzekł. - Daję ci zatem możność postawienia mi jednego pytania. Kartezjusz zmieszał się ogromnie, różne myśli, jak błyskawice, biegały mu po głowie. Jedna rzecz intrygowała go głęboko, toteż zakłopotany wykrztusił:

- Jedna dziwność mnie zajmuje, Panie. Czemuż to niektóre niebieskie osoby znikają bezpowrotnie? Władca roześmiał się dźwięcznie.

- Alboż to jaka tajemnica? A zapomną się czasem, pomyślą o niebieskich migdałach, a tu nagle... prysk! A ty, duszo, o czym myślisz w tej chwili? - zapytał znienacka. Kartezjusz, zaskoczony, poczuł zupełną pustkę w głowie. Krzyknął z rozpaczy, bo obraz władcy i niebieskiej okolicy rozpłynął się i... Ocknął się na swym łożu. Tuton już był w komnacie, przyniósł bowiem świeżą bieliznę.

- Cóż to, mój panie, sprawiło, że witasz dzień nowy z krzykiem na ustach? - zapytał z niepokojem.

- Ee, nic tam - stęknął Kartezjusz. Poleżał jeszcze rozmyślając nad swym przedziwnym snem. Przeciągnął się, poniósł na łożu i skinął na Tutona. - Hm... - zamyślił się na chwilę.

- Myślę, więc jestem - stwierdził wciągając białą, jedwabną koszulę.

Likes

Comments

W trakcie przekopywania ulicy Wareckiej służby instalacyjne rur wodociągowo-grzewczych natrafiły na mały cmentarzyk. W trumnach były gołe szkielety - z jednym wyjątkiem: w pomalowanej na niebiesko trumnie o nadgryzionych przez rdzę m osiężnych zawiasach spoczywał szkielet mężczyzny, z czaszką w części twarzowej wypełnioną mało zniszczoną sztuczną szczęką. Kierownik robót to skromne znalezisko przekazał do badań Instytutowi Historii - po pierwsze dlatego, że nie wiedział zupełnie, gdzie indziej mógłby je oddać, po drugie zaś dlatego, że budynek instytutu stał niedaleko, dosłownie za rogiem. Alfred Bielonek, dyrektor placówki, przejrzał szczękę nie bez pewnych emocji. Jako człowiek młody jeszcze miał w iele entuzjazmu dla każdej pracy, której wynik w początkowej fazie przedstawia się nieokreślenie. Sztuczną szczękę poddał pierwszym oględzinom. Wynikło z nich, że obiekt jest raczej nowy, gdyż wykonany z tworzywa stosowanego od niedawna, zaś same zęby ~ dopiero one stanowiły zagadkę!

Bielonek jednak na razie postanowił nie zdradzać się ze swoim i podejrzeniami co do zębów. Na aptekarskiej wadze zbadał ciężar eksponatu, za pomocą specjalnych narzędzi. zmierzył jego długość, szerokość, wysokość. W następnej kolejności prześwietlił znalezisko promieniami Rentgena. I co się okazało? W środkowej części szczęki znajdował się mały komputerek, którego dyskietkę Bielonek mógł zaraz wymontować! Zrobił to. Nie zwlekając, wśród swoich podręcznych nar z ę d z i wyszukał komputer o odpowiednio małej głowicy, po czym nadspodziewanie łatwo uzyskał odczytanie tak dziwnie ukrytego zapisu. Zapis był literowy, nie foniczny, co stanowiło pewną niespodziankę. Na razie jednak Bielonek odczytywał: „Nie odkryli jeszcze mojej tajemnicy: mógłbym się z tego tylko śmiać - gdyby to było bezpieczne. Na szczęście odmówili mi widzeń z Mizonem Bednarskim, toteż nie mogę przekazywać Centrali dalszych informacji. Wiem dużo, lecz prawdopodobnie nie będę wiedział już więcej. Moi prześladowcy wycwanili się. Zorientowawszy się, że mimo ciągłej kontroli informacje jakoś przedostają się poza obręb Fortecy, wsadzili mnie do celi, gdzie jem, wydalam oraz śpię. Czasem na tematy neutralne porozmawia ze mną strażnik. Czuję, że umrę tu i tyle będzie o mnie wiadomo ludziom z drugiej strony muru, ile zgodzi się ogłosić Centrala, dla której pracuję już tyle lat jako informator. Ostatnich moich dni jednak nie zna i nie pozna nawet Centrala. Dlatego piszę ten pamiętnik.

Chcę, żeby ktoś odnalazł mnie po śmierci, wyjął mi ze Bzczęk ten pamiętnik, zrehabilitował mnie w oczach świata, bo przecież gdy ugrupowanie polityczne „Forteca” wygra walkę z dzisiejszym „Normalnym Rządem”, zostanę splugawiony do szczętu, a raczej zostanie splugawiona pamięć o mnie, czego chciałbym uniknąć z uwagi chociażby na spokój serc moich dzieci, wnuków, ewentualnie prawnuków. Co mam na swoją obronę? To, że sumiennie wywiązywałem się ze swych obowiązków - kierownictwo Centrali tylko przez wzgląd, że na powierzonej mi placówce jestem niezastąpiony, nie awansowało mnie. Miałem jedne tylko ideały i jednego pracodawcę, których nie zdradziłem.' Jeśli ktoś powie, że źle trafiłem pracując dla Centrali, to ja odpowiem, że słuszność zawsze jest po stronie tych, którzy zwyciężają. Nie kalkulowałem, wybierając Centralę. Byłem przekonany o słuszności jej stanowiska; nie dlatego, że widziałem w niej przyszłego zw ycięzcę, zgłosiłem się do pracy wywiadowczej w jednej z jej agentur. Ludzi, których obserwowałem i których słowa oraz czyny przekazywałem przez Mizona Bednarskiego dalej, nie sposób było zwać potulnymi barankami albo głupimi gęsiami. Jednak nie wpadli na to, jak przekazuję wiadom ości o nich. Dopuszczali m nie do swych największych tajemnic - tak byli pewni, że nie mam m ożliwości przekazania poza mury Fortecy tych ważnych informacji. Ja tymczasem to, co'zanotowałem, przekazywałem wraz ze sztuczną szczęką Mizonowi Bednarskiemu. Ten, podczas takiego spotkania, które zawsze było podsłuchiwane, przekazywał mi, wyjmując z własnej gęby, drugą sztuczną szczękę. Ja tę szczękę montowałem w swojej gębie i znowu, dzięki wewnętrznemu jej komputerowi, mogłem notować na nowo tajemnice naszych wrogów. Mizon tymczasem moją zapisaną już szczękę pakował do własnej gęby i tak to już się odbywało. Teraz wypada mi powiedzieć, że jestem pozbawiony tego, co przez tak długi czas um ożliwiało mi aktywną działalność.

Po prostu nie mam informacji, które mógłbym przekazywać i które mógłbym też nieco porządkować w e własnym mózgu, jako że raczej jestem pedantem, i - przepraszam - człowiekiem inteligentnym, który nie zgadza się na pełnienie funkcji automatycznego przekaźnika danych, lecz woli te dane najpierw zebrać, ale potem właśnie jakoś intelektualnie przedmuchać. Teraz mogę najwyżej prowadzić refleksję nad wydarzeniami dawnymi, na nowo redagować dla tych, którzy odnajdą moją szczękę, historię tych dwudziestu paru lat, kiedy łazikowałem po wszystkich kluczowych i niekluczowych zakątkach Fortecy, przekazując mojej Centrali wiadomości o tym, co robi nasz wróg. Teraz nasz wróg się wycwanił. I tak poczytuję sobie za szczęście, że od razu nie posłali mnie na szafocik, tylko um ieścili w celi, gdzie co prawda łatwo śmiertelnie się zanudzić. O, teraz coś się zmieniło! Wszedł Fortecjanin z karabinem, pokrzykuje groźnie, wyprowadza mnie z mojej celi, idziemy korytarzem. Usiłuję go pytać, co to ma znaczyć, ale on spojrzał tylko na mnie nieprzyjemnie i znów pokrzykuje, żebym nie marudził, żebym szybciej szedł. Widzę salę, gdzie pod ściahą ustawiono sześciu ludzi. Dołączam do nich jako siódmy. Widzę pluton egzekucyjny w maskach przeciwgazowych.

Pada komenda. Błysk... zzzzzzz” Alfred Bielonek wpada w zamyślenie. Myśli i myśli, a tu nic i nic. Jakim sposobem autor apokryfu sporządził go? Bielonek wyjmuje z gęby swoją, wsadza sobie na opróżnione miejsce sztuczną szczękę sprytnego informatora. Ma w głowie pustkę; koniuszkiem języka bezmyślnie dotyka po kolei czubków wszystkich trzydziestu dwu chwilowo „swoich” zębów. Wyjmuje. Podłącza jeszcze raz do wyświetlacza. „Nie odkryli jeszcze mojej tajemnicy; mógłbym z tego się tylko śm iać...” - Bielonek odczytuje do końca ten sam tekst. Lecz zaraz nie wierzy własnym oczom, bo zam iast zapisanego jako „post scriptum” sygnału: „zzzzzzz” widzi na ekranie literki układające się w pełny alfabet, znaki interpunkcyjne!!! Zębów jest W szczęce 32, komplet. Ile liter jest w alfabecie? Nieco mniej. A więc wszystko by się zgadzało. Bielonka przenika dreszcz: informator, którego szkielet i szczękę znaleźli Instalatorzy wśród kilku innych na odkopanym właśnie małym cmentarzu przy ulicy Wareckiej, pisał swoje teksty koniuszkiem języka, dotykając nim małych sensorów zamontowanych na czubkach zębów. Bielonek uśmiecha się. Już wie, jak smakuje satysfakcja detektywa z dobrze wykonanej roboty.

Likes

Comments